Possessor – egzystencjalny koszmar [recenzja]

Po dyskusyjnym pełnometrażowym debiucie, jakim okazali się „Zaraźliwi”, Brandon Cronenberg wreszcie ponad wszelką wątpliwość udowadnia, że niedaleko spada jabłko od jabłoni.

Niedaleka przyszłość. Światem rządzi big data – ktokolwiek jest w posiadaniu informacji, ma przewagę nad rynkowymi rywalami. Ale bynajmniej nie oznacza to, że może czuć się bezpieczny. Rozwój technologii umożliwił bowiem opracowanie implantów, a te przejęcie kontroli nad dowolnym umysłem. Właśnie w takiej moralnie wątpliwej profesji specjalizuje się Tasya Vos. Zepchnięcie osobowości ofiary do roli bezwolnego widza to jednak ledwie pierwszy krok – tuż za nim idą zainscenizowane zabójstwa. Wygrywa ten, kto posiada dane. Wygrywa ten, kto więcej zapłaci. Tyle, że wytrzymałość ludzkiej psychiki ma swoje granice, a nawet dla sprawdzonej w boju profesjonalistki, kolejne zlecenie może okazać się o jednym zbyt wiele. Zwłaszcza, gdy ludzkie narzędzie postanowi walczyć.

Młody Cronenberg w „Possessorze” niewątpliwie lubi grać enigmatycznym scenariuszem i bynajmniej nie są to słowa rzucane na wiatr. Już sama ekspozycja świata przedstawionego i bohaterów jest tu dawkowana niezwykle oszczędnie, tak by z jednej strony pozwalać nam nadążać za akcją, z drugiej nigdy nie zdradzać zbyt wiele szczegółów. Choć przekaz całości jest zdecydowanie jasny do odczytania, droga doń bywa zawiła, dokładnie tak jak meandry ludzkiego umysłu. Brzmi to dość górnolotnie i trzeba przyznać, że reżyser stawia sobie za cel przedstawienie dokładnie takich – to znaczy wielkich – idei. Mógłby polec przy tym z kretesem, bo część poruszanych przez „Possessora” problemów, jak masowa inwigilacja, kontrola umysłu, czy działające w cieniu szemrane organizacje które za nic mają nasze prawa, w kinie widzieliśmy nie raz – łatwo byłoby więc wpaść w pułapkę truizmów i moralizatorstwa. Cronenberg broni się jednak znakomicie bo wie, że w cieniu technologicznego przełomu rozgrywają się małe ludzkie dramaty. A wraz z nimi nadchodzi prawdziwa groza.

W centralnym punkcie opowieści Amerykanina znajdują się zatem ludzie i ich własna walka o przetrwanie. Wewnętrzny konflikt i starcie dwóch przeciwstawnych sił zostaje tu jednak wykręcone i powyginane we właściwy dla pełnej mrocznego, cyberpunkowego sznytu fabuły sposób. „Possessor” dusi i wywołuje uczucie zagubienia industrialnymi krajobrazami, jedynie podkreślonymi nienaturalnie wykrzywionymi kątami kamery i niepokojącym ambientowym soundtrackiem. Technologia w filmie Cronenberga to forma opresji, a możliwości ucieczki kruszeją wraz z kolejnymi znajdującymi się poza kontrolą bohaterów katastrofami.

Cała ta lawina emocji zostaje oddana przez bardzo dobrą obsadę. Rola Tasyi Vos wydaje się jakby skrojona pod dramatyczne umiejętności Andrei Riseborough, a na drugim planie całkiem nieźle sprawuje się też niejednoznaczna Jennifer Jason Leigh i chłodny jak lód Sean Bean. Prawdziwą gwiazdą widowiska pozostaje jednak Christopher Abbott, który w trakcie seansu przechodzi przez paletę wszystkich możliwych emocji i potrafi okiełznać szarżę tak, byśmy w jego bohatera nie przestali wierzyć.

Wierzymy też w tę historię, przedstawioną w sposób odcinający się od łownego nurtu na tyle, by cały czas mieć z tyłu głowy świadomość, że jeden krok za daleko i „Possessor” może znaleźć się na granicy artystycznego bełkotu. Tak się jednak nigdy nie dzieje. To bezkompromisowy w ukazywaniu przemocy horror, wzbogacony odpowiednią dawką nihilistycznej wizji nie tak odległej przyszłości, szczyptą arthouse’u i wreszcie solidnie przepracowanych podstaw psychologii. Tym samym Brandon Cronenberg udowadnia, że zdecydowanie ma potencjał na to by w materii niekonwencjonalnej grozy zaskoczyć nas jeszcze nie raz.

Foto © M2 Films

Possessor

Nasza ocena: - 75%

75%

Reżyseria: Brandon Cronenberg. Obsada: Andrea Riseborough, Christopher Abbott, Jennifer Jason Leigh i inni. USA, 2020 (M2 Films).

User Rating: Be the first one !

Maciej Bachorski

Maciej Bachorski
Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i przyzwoitej (znaczy, nie tylko single malt) whisky. Pisywał dla "Playboya", "PIXELA", czy "Wiedzy i Życia", a obecnie współpracuje z "Nową Fantastyką", "CD-Action" i "Netfilmem".

Zobacz także

Spontaneous – krwawa miłość [recenzja]

W temacie komedii romantycznych filmowcy powiedzieli tak wiele, że mogłoby się wydawać, że już wystarczająco. …

Leave a Reply