Gorący temat

Przemek Corso – Chcemy wierzyć w kłamstwa, którymi karmią nas social media [wywiad]

Z Przemkiem Corso, autorem m.in. powieści „Serca twego chłód” rozmawiamy o tym, na ile przypomina głównego bohatera swojej książki, jak szkodliwe są social media i czy to dobrze, że czytelnicy kochają antybohaterów.

Miłośnik muzyki, płyt winylowych i prostych przyjemności. Mam wrażenie, że ten opis doskonale do Ciebie pasuje.

Miłośnik, pasjonat – tak. Ale nie płyt winylowych i nie muzyki. Chociaż mam zdecydowanie zacięcie do kolekcjonowania filmów, książek i komiksów. Mam tego mnóstwo. Jeżeli chodzi natomiast o muzykę, stawiam w niej dopiero pierwsze kroki. Jestem jak to mówią „muzycznym analfabetą”, choć mam na koncie kilka tekstów piosenek i mnóstwo scenariuszy do teledysków. A co do prostych przyjemności… cóż… któż nie lubi kawy i spaceru?

To fraza, jaka określasz swojego bohatera, Kubę Jazowskiego. Psychopatę i seryjnego mordercę. Ta zbieżność trochę niepokoi, wiesz?

Naprawdę? (śmiech). Nie przypominam sobie. Ale być może. A tak na poważnie, rozumiem do czego zmierzasz. Postać Kuby z książki „Serca twego chłód” po prostu działa. Widzę to po reakcjach czytelników i po recenzjach. Tak długo walczyłem o tą książkę, że przyglądam się temu ogromnemu zainteresowaniu książką i Kubą z poczuciem przejmującej ulgi. A co do podobieństw pomiędzy mną, a nim… wiesz kwestie Kuby są prowadzone w narracji pierwszoosobowej. To był celowy zabieg, żeby pokazać czytelnikom jak może wyglądać umysł psychopaty. To zadziałało, ale niestety nie ma dnia, żeby ktoś nie pytał mnie o to jak dużo Kuby jest we mnie. Zupełnie jakbym dzielił teraz z czytelnikami jakimś mroczny sekret. A mnie jest zdecydowanie bliżej do książkowego Andrzeja.

Jak powstał Kuba Jazowiecki? Kiedy pojawił się w twojej głowie po raz pierwszy? Jak się kształtowała ta postać?

Wymyśliłem go jak miałem siedemnaście lat. Zaczęło się od stwierdzenia, że nie można być „potwornie szczęśliwym”, a ja wtedy odparłem że można, jak się jest potworem. To było podczas spotkania w Śląskim Klubie Fantastyki i tą dyskusję na temat gierek słownych i tego, że nie można się „strasznie cieszyć” i tak dalej prowadził Kuba Ćwiek w którego, jako dzieciak, byłem zapatrzony jak w obraz. To było na chwilę przed tym jak debiutował zbiorem opowiadań o Kłamcy. Ja już wtedy wiedziałem, że chcę pisać swoje rzeczy i napisałem między innymi opowiadanie pt. „Potwór – czyli teoria potwornego szczęścia w życiu codziennym”. Opowiadała o mężczyźnie, który opowiadała o życiowej harmonii, szczęściu, pieniądzach i sukcesie, ale pod koniec opowiadania okazywało się, że haczyk jest w tym że jest opętany mrokiem i karmi swojego wewnętrznego potwora od czasu do czasu kogoś morduje. To było całkiem zabawne, ale do właściwej konstrukcji i bagażu emocjonalnego „Serca twego chłód” musiałem dorosnąć. Dopiero po ponad piętnastu latach już jako mąż z dziesięcioletnim stażem po różnych przejściach i ojciec mogłem naprawdę zrozumieć jaki potencjał drzemał w tamtym niewinnym pomyśle.

Kreacja Kuby w „Serca twego chłód” to bardzo starannie nakreślony portret psychologiczny seryjnego mordercy. Skupiasz się w książce nie tyle na uwypuklaniu samych aktów przemocy, ale na sposobie myślenia sprawcy. Co było najtrudniejsze przy pisaniu o tej książki?

Moje własne ambicje. Nigdy wcześniej pisząc cokolwiek nie robiłem tak dokładnego researchu, a jak wiesz napisałem dwie bestsellerowe biografie muzyków. Przy pracy nad „Serca twego chłód” czytałem nawet prace naukowe dotyczące psychopatów, czytałem wywiady z nimi próbując znaleźć w sobie klucz do zrozumienia Kuby, ale nie tylko. Rozmawiałem nawet z psychoterapeutami i dywagowaliśmy nad tym, jak bardzo szkodliwa może się okazać terapia prowadzona z poziomu EGO. Dlatego odpowiadając jeszcze raz na twoje pytanie… moje ambicje i potrzeba stworzenia czegoś co będzie miała sens na wielu poziomach. Nie tylko jako opowieść, ale również jako emocjonalna analiza bohaterów i ocena współczesnej kondycji człowieczeństwa. Brzmi zbyt poważnie? Jednym z najważniejszych pytań na które chciałem odpowiedzieć podczas pytania, to fakt czy trzeba być trochę złym, żeby być szczęśliwym? A jeżeli tak, to co oznacza to zło? Obojętność? Przyzwolenie na przemoc?

Sprawdź, gdzie kupić:

Jak wspomnieliśmy, unikasz tego, po co często sięgają autorzy kryminału: epatowaniu makabrą. Skupiasz się bardziej na psychologii postaci. Uważasz, że w kryminałach obecnie jest za dużo przesadnego obrazowania przemocy?

Przemoc jest dobra u Tarantino i taką przemoc lubię, na takiej się wychowywałem. Nie jestem miłośnikiem obrzydliwych scen. Obrazowa przemoc w ośmiu przypadkach na dziesięć jest tanim zabiegiem służącym, żeby szokować albo zatrzymać przy sobie czytelnika. Ja uważam, że lepiej jest dać mu uczciwą historię z dobrym zakończeniem.

Portret społeczny, jaki przedstawiasz w powieści, jest – delikatnie rzecz ujmując – mało pozytywny. Konformiści, skupieni na sobie, wypierający to, co niewygodne, jeśli miałoby naruszyć nasze osobiste status quo, w jakim funkcjonujemy. Naiwnie karmiący się zafałszowanymi, przesłodzonymi obrazkami z Instagrama, przez co nie dostrzegamy, jak naprawdę wygląda świat wokół nas. Tak jest z nami źle?

„Serca twego chłód” to na pewnym poziomie komentarz tego wszystkiego o czym wspomniałeś. Uważam, że mamy problem z wykreowaną rzeczywistością, którą karmią nas media społecznościowe. Co gorsze jednak my chcemy wierzyć w to kłamstwo. W idealne ciała, idealne wakacje, idealny seks, idealne związki… wciskamy sobie te kłamstwa do gardeł, a powinniśmy – że się powtórzę – zacząć od kubka dobrej kawy i spaceru. I to takiego dla nas. Prywatnego. Myślę, że można naprawdę oszaleć kiedy się tkwi w tym po uszy.

Kuba z Justyną to typowy przykład ludzi sukcesu. Zamożni, piękni, realizujący się zawodowo. Żyjący w urokliwej bańce, nie do końca przystającej do rzeczywistości. Ale wcale nie są szczęśliwi. To krytyka konsumpcyjnego stylu życia?

I tak i nie. W książce zestawiam dwa małżeństwa, to o którym wspomniałeś i to Andrzeja, czyli brata Justyny. Pierwsze jest zimne, a drugie choć dysfunkcyjne, to jednak bez prawdziwej miłości nie przetrwałoby nawet dnia. Interesowała mnie koncepcja zestawienia ze sobą tych dwóch rodzin z różnych stron jednego spektrum i próba przeanalizowania tego, jak wiele ci ludzie mogą nauczyć się od siebie nawzajem.

Wracając do postaci Kuby. To klasyczny antybohater, jednak trudno nam – jak to w tym modelu bywa – sympatyzować z nim, uznać go za postać pozytywną, albo choćby akceptowalną. Po co tworzyć bohatera, którego z założenia czytelnik ma nie polubić?

To od początku było moje założenie. Manipulowanie czytelnikiem. Zauważ, że czytelnicy pokochali Kubę, choć od samego początku komunikuję, że nie powinni i Andrzeja, naszego tragicznego bohatera pozytywnego odrazą, choć też nie powinni. To trochę gra z oczekiwaniami i z tym do czego przyzwyczaiły nas książki i filmy. Chodziło mi o przesunięcie naszej wewnętrznej granicy i zabawę konceptem, że istnieją dobrzy seryjni mordercy, albo że psychopaci mogą cudownie ozdrowieć. Nie, nie istnieją i nie, nie mogą ozdrowieć. Cholera, psychopatia to nawet nie jest choroba, mrok mieszkający w naszych sercach również.

On sprawia trochę wrażenie symbolu. Naszego życia w wiecznej pozie, kreowanej za pomocą social mediów. Kuba bezustannie gra, udaje, ukrywa prawdziwe oblicze. My, w prawdziwym świecie także?

A uważasz, że jest inaczej? Inni robią to po prostu lepiej od innych. Ludzie mają tysiące masek…

Na ile prawdziwy jest w takim razie Przemek Corso? Ten znany z Facebooka, z Instagrama? W jakim stopniu pokazujesz prawdziwego siebie?

Powiedzmy, że jestem bardzo selektywny i bardzo ostrożny. Daję tyle z siebie tyle, ile uważam za stosowne.

Z powieści wyłania się mocno negatywny obraz social mediów. Ale sam – o czym mówiliśmy – jesteś przecież ich aktywnym użytkownikiem. To jak to jest? Możemy bez nich żyć? Czy jednak, w dzisiejszych czasach ciężko bez Fb czy Insta? Zwłaszcza artystom?

Myślę, że nie można. Że bezpowrotnie zaprzedaliśmy już nasze dusze postępowi technologicznemu. Ale z drugiej strony uważam, że to tylko od nas zależy jakim miejscem będą media społecznościowe i Internet.

Jeśli chodzi o sam twórczy proces, jak długo powstawała ta książka?

U mnie proces zawsze wygląda tak samo. Ja nigdy niczego nie zanotowałem. Obracam całą konstrukcję w głowie do momentu, aż nie będzie ukończona, a kiedy siadam do pisania potrafię już opowiedzieć każde zdarzenie i streścić ciąg przyczynowo skutkowy. Wiem, że sporo osób pracuje inaczej. U mnie pisanie, to spisywanie, więc praca trwała niecałe trzy miesiące. Kiedy siadałem do pisania pierwszego zdania wiedziałem, jak będzie brzmiało ostatnie i jaki utwór usłyszy Kuba.

A co było najtrudniejsze? Który etap? Były chwile, kiedy chciałeś ten pomysł porzucić, zrezygnować?

Najtrudniejsze było zderzenie się z rzeczywistością wydawniczą. To, że choć wierzyłem w tą historię, to raz za razem okazywało się, że mimo dorobku i idących za tym liczb jednak nie mogę wydać książki, która nie mieści się w określonych gatunkowych ramach. Bo „Serca…” to hybryda.

Masz określony model pisania? Np. z góry przyjęta liczbę stron / ilość znaków do napisania dziennie?

Jak jestem w rytmie, staram się pisać 20 tysięcy znaków dziennie. Wierzę, że to uczciwa licza.

Każdy rozdział w powieści opatrzony jest wskazaniem konkretnego, pasującego utworu. Czytając, warto odtwarzać ułożoną przez Ciebie playlistę? Muzyka jest integralną częścią tej opowieści, nadaje jej rytm?

Tutaj znowu nawiążę do swoich ambicji. Wyszedłem trochę ze strefy komfortu i chciałem podjąć się stworzenia playlisty, która nada powieści odpowiedni ton. Od oczywistych, prostych brzmień, po te bardziej wymagające i nieoczywiste.

Czytujesz kryminały? Masz ulubionych autorów? Takich, od których się uczysz, podpatrujesz warsztatowe techniki?

Mam chorobliwą cechę dekonstruowania tego co czytam i oglądam, więc szczerze mówiąc staram się nie czytać kryminałów, dlatego że obsesyjnie i mimowolnie próbują przewidzieć finał. To silniejsze ode mnie. „Chemia śmierci” Simona Becketta po 60 stronie była dla mnie już tylko formalnością. Odbiera mi to przyjemność z lektury i nie potrafię się przy tym odprężyć. Wolę lektury oparte na bohaterach, gdzie mniej ważne jest KTO, a DLACZEGO coś robi. Ostatnio zachwyciły mnie „Gdzie śpiewają raki” Dali Owens. A co do uczenia się… Jako dzieciak kochałem Stephena Kinga, do tej pory uważam go za genialnego autora, a on powiedział kiedyś, że aby dobrze pisać, trzeba dużo czytać.

Zaczynałeś przygodę z branżą wydawniczą od publikacji dwóch powieści dla dorosłych, ale później napisałeś „Podziemne miasto” – pierwszy tom sensacyjno – przygodowego cyklu o złodzieju zabytków Robercie Karczu – w wydawnictwie Novae Res, które nie cieszy się wielką estymą wśród czytelników. Model vanity kojarzy się z literaturą pośledniej jakości, której nie chcą „prawdziwi wydawcy”. To, twoim zdaniem, krzywdząca opinia o takiej formie publikacji?

Wiesz, premiera „Podziemnego Miasta” zakończyła się dla mnie sprzedażą praw do serii, więc zarobiłem pierwsze prawdziwe pieniądze na pisaniu. W Novae Res poznałem też wielu wspaniałych ludzi z którymi do tej pory mam kontakt. Do współpracy z nimi zachęciła mnie obecność znanych, dobrze wypromowanych tytułów w ich katalogu. Nie mam nic przeciwko jakiemukolwiek modelowi wydawniczemu. Self publishing też działa, ale ważniejsza jest lekcja idąca za twoim pytaniem i to czego sam się nauczyłem. Jest zasadnicza różnica pomiędzy napisać książkę, wydać książkę, a sprzedać książkę. Niektórzy przekonują się o tym boleśnie.

Z wszystkich twoich dotychczasowych publikacji, która jest ci najbliższa, najważniejsza? Którą darzysz największą estymą, największym sentymentem?

Zdecydowanie „Serca twego chłód”. To moja najważniejsza książka. I każda kolejna…

Jest gatunek literacki, w którym czujesz się najlepiej? W jakim jeszcze gatunku chciałbyś coś napisać?

Chcę napisać western, ale zanim to nastąpi na pewno kolejne przygody Kuby, a także kolejne przygody Roberta Karcza.

Bohaterowie „Serca twego chłód” w pewnym stopniu zaistnieli także na ekranie, za sprawa teledysku Grubsona, do piosenki inspirowanej właśnie twoją powieścią. Ale marzy ci się jeszcze pełnometrażowy film na jej podstawie?

Bezpiecznie będzie powiedzieć, że trwają rozmowy, czy mam po prostu przemilczeć pytanie? (śmiech)

Kogo widziałbyś w głównych rolach? Kto mógłby zagrać Kubę, Andrzeja, Justynę i Sylwię?

Nie wizualizuję w ten sposób bohaterów, ale gdybym miał wybrać kogo chciałbym zobaczyć w filmie na podstawie „Serca twego chłód” to na pewno wymieniłbym Małgorzatę Kożuchowską. Dla mnie mogłaby zagrać nawet drzewo, żeby tylko się pojawiła na chwilę. Drzewo… albo książkową doktor Anię.

A obecnie pracujesz nad nowa książką? Jeśli tak, zdradzisz trochę szczegółów na jej temat?

Dużo tych projektów mam przed sobą, więc na potrzeby tej rozmowy wspomnę tylko o jednym z nich. Podpisałem kontrakt na serię bajek dla dzieci. Premiera jeszcze w tym roku.

Mariusz Wojteczek

Avatar
Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Beata i Eugeniusz Dębscy – trzeba się napracować, żeby stworzyć rzecz stylową, wartościową i zajmującą [wywiad]

Z Beatą i Eugeniuszem Dębskimi, autorami książki „Dwudziesta trzecia” rozmawiamy między innymi o kulisach pracy …

Leave a Reply