Gorący temat

Resident Evil: Witajcie w Raccoon City – uciekajcie z tego miasta! [recenzja]

Dobre filmowe adaptacje gier wideo moglibyśmy policzyć na palcach jednej ręki, a i tak pewnie pozostałoby nam ich w zapasie. Nietrudno było zatem zrozumieć fanów wypełnionej ożywieńcami serii, że na wieść o nowym filmie w uniwersum Resident Evil zareagowali z cokolwiek ograniczonym entuzjazmem. Ale z drugiej strony, chyba nie mogło przytrafić im się nic gorszego niż to, czym przez lata kinowe sale karmił Paul W. S. Anderson… prawda?

Nowe podejście do znanego wszem i wobec materiału źródłowego nie idzie na żadne twórcze ustępstwa i w przeciwieństwie do tego co widzieliśmy w filmie z Millą Jovovich w 2002 roku, stawia przede wszystkim na zapewnienie fanom odczuć, które jednoznacznie będą kojarzyły się z grami – i postanawia połączyć w jedną całość wydarzenia zarówno w wirtualnym pierwowzorze jak i jego sequelu. Tym samym więc co Raccoon City, niewielkiego miasteczka niemal w całości utrzymywanego przez korporację Umbrella, trafiamy wraz z powracającą doń po latach Claire Redfield. Dziewczyna ma ważki powód by ponownie zawitać do miejsca swego wychowania – jest bowiem w posiadaniu materiałów jednoznacznie sugerujących, że w Raccoon City dochodzi do przerażających eksperymentów. Pech chce, że trafia na moment najgorszy z możliwych – oto bowiem niespodziewana katastrofa powoduje, że w mieście dochodzi do wybuchu tajemniczej epidemii, zamieniającej ludzi w żadne krwi zombie. Wraz z pomocą od lat niewidzianego brata Chrisa, a także jednostką lokalnej policji będzie musiała odkryć przerażający sekret jaki stoi za poczynaniami korporacji… a także wydostać się z Raccoon City zanim będzie za późno.

Obserwując to co działo się przed premierą „Resident Evil: Witajcie w Raccoon City”, nie sposób uciec było od wrażenia, że film Johannesa Robertsa pod względem oczekiwań fanów miał pod górkę nieco niesłusznie. Bezlitosne pastwienie się nad castingiem Leona S. Kennedy’ego*, czy wróżenie scenariuszowej porażki na podstawie tego, że film miał łączyć w sobie wydarzenia pierwszej i drugiej części gry, wydawały się cokolwiek przesadzone – zwłaszcza, że zaprezentowany później zwiastun nijak nie sugerował całkowitej katastrofy. No cóż…

Dobra wiadomość dla wszystkich którzy trzymali kciuki za powodzenie przedsięwzięcia jest taka, że pierwsze kilka minut kinowego doświadczenia rzeczywiście sprawia wrażenie rzeczy spójnej – mamy niezły, klimatyczny wstęp w sierocińcu, na ekranie przemyka kultowa Lisa Trevor, a film zdaje się cokolwiek stonowany i cierpliwie prowadzony. Pozytywne wrażenie i ulga wywołana znacznie wyższym poziomem jakości niż oczekiwany może wręcz uśpić naszą czujność na tyle, by pierwsze zgrzyty pojawiające się w całości radośnie zignorować – ale jak się wkrótce okazuje, to jedynie miłe złego początki.

Nowy „Resident Evil” szybko rozjeżdża się bowiem dokładnie w tym miejscu, którego obawiali się fani – na poziomie fabuły. Pal licho, że próba upakowania dwóch bogatych w detale historii w jeden, trwający niewiele ponad sto minut film już samego założenia była karkołomną – gorzej, że scenariusz nie radzi sobie nawet z tak podstawowym zadaniem, jak zbudowanie odpowiedniego tła dla wydarzeń na ekranie. Seria pojedynczych scen, powiązanych związkiem przyczynowo skutkowym jedynie na tyle, by usprawiedliwić morze nazwisk i inspirowanych grami ujęć wzbudza raczej uśmiech politowania nad marnym fanserwisem niż jakiekolwiek emocje, a ktoś kto z „Resident Evil” nie miał do tej pory do czynienia, będzie się pewnikiem zastanawiał co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi.

Niekoniecznie przy tym uzyska satysfakcjonujące odpowiedzi – paradoksalnie bowiem, mając dwa „gotowce” w jednym, filmowi Robertsa udaje się odwlekać zawiązanie akcji niemal do samego końca, w międzyczasie pozwalając postaciom snuć się z jednego miejsca do drugiego i od czasu do czasu sięgając po mające ożywić znudzonego już ponad miarę widza przewidywalne jumpscare’y. Pod względem straszenia, to zresztą jedyne na co „Resident Evil: Witajcie w Raccoon City” stać – próżno szukać tu jakichkolwiek prób budowania atmosfery zagrożenia. Ciężko jednak byłoby takową uzyskać, jeśli wisienką na torcie całości okazuje się cała moc radośnie pląsającego po ekranie CGI z poprzedniej epoki. Na tym nie koniec: ani trochę lepiej nie wypada bowiem przejawiająca bliskie zeru zaangażowanie, paradoksalnie złożona z kilku obiecujących nazwisk pokroju Robbiego Amella czy Kayi Scodelario obsada. W całej tej beczce dziegciu, nieoczekiwaną łyżeczką miodu okazuje się porządnie zrealizowana, wierna grom scenografia. To jednak zdecydowanie za mało, by móc mówić o rzeczy która wywołuje choćby śladowe zaangażowanie.

Chciałoby się napisać, że „Resident Evil: Witajcie w Raccoon City” dowiózł to co mógł, na tyle na ile mógł – ale to absolutnie nie byłaby prawda. Szczerze mówiąc nie wiem do kogo nowe podejście do kultowego materiału jest adresowane, ani kto będzie cierpiał na nim bardziej – fani, czy osoby pierwowzoru nie znające. Pewnym jest za to, że tych którzy z filmu wyciągną jakiekolwiek pozytywne aspekty, policzymy na palcach jednej ręki… czyli niemal tak, jak udane adaptacje gier wideo.

* nie miejcie pod tym względem złudzeń  – Leon w tym filmie to rzeczywiście gwałt na ikonicznym bohaterze.

Foto © United International Pictures Sp z o.o.

Resident Evil: Witajcie w Raccoon City

Nasza ocena: - 30%

30%

Reżyseria: Johannes Roberts. Obsada: Kaya Scodelario, Robbie Amell, Hannah John-Kamen i inni. USA, 2021.

User Rating: 0 ( 1 votes)

Maciej Bachorski

Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i przyzwoitej (znaczy, nie tylko single malt) whisky. Pisywał dla "Playboya", "PIXELA", czy "Wiedzy i Życia", a obecnie współpracuje z "Nową Fantastyką", "CD-Action" i "Netfilmem".

Zobacz także

Goście – nie ufaj nieznajomym [recenzja]

Jak kino zdążyło niejednokrotnie udowodnić, znajomości zawierane pod wpływem chwili to prosta droga ku mniejszej …

Leave a Reply