Gorący temat

Richard Matheson – człowiek, który został legendą

Jeden z mistrzów Stephena Kinga. Autor, którego „Jestem legendą” wprowadziło do pop-kultury pomysł wirusa zamieniającego ludzkość w krwiożercze potwory. Twórca legendarnego „Pojedynku”. Richard Matheson w końcu, po dekadach zaniedbań, trafił do Polski.

Richard Matheson urodził się w 1926 w Allendale w stanie New Jersey, w rodzinie norweskich emigrantów. Dorastał na Brooklynie, walczył jako żołnierz piechoty w czasie II wojny światowej, po jej zakończeniu skończył uniwersytet stanowy w Missouri, by na początku lat 50-tych przeprowadzić się do Kalifornii. Tam zaczął publikować. W 1954 sensację wzbudziła post-apokaliptyczny horror wampiryczny „Jestem Legendą”, dwa lata później na półkach księgarń pojawił się „Niewiarygodnie kurczący się człowiek”, w kolejnym roku przeniesiony na ekrany kin. Matheson należał do tzw. Southern California Sorcerers (zwanego inaczej po prostu Grupą), stowarzyszenia łączącego utalentowanych twórców, autorów łączących w swych książkach fantastykę naukową, fantasy i horror. (Innymi ważnymi członkami Grupy byli m.in Ray Bradbury i niestety nieznany jeszcze w Polsce Charles Beaumont). „Czarodzieje” blisko współpracowali z przemysłem filmowym. Matheson dostarczał scenariuszy do licznych seriali sensacyjnych i fantastycznych – były wśród nich przede wszystkim legendarne „Alfred Hitchcock Hour”, „Twilight Zone” oraz „Night Gallery”. Również Matheson był autorem scenariuszy do filmowych adaptacji twórczości Edgara Allana Poego zrealizowanych przez Rogera Cormana („Upadek rodu Usherów”, „Studnia i wahadło”, „Kruk”). Był aktywny w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Wydawał zbory opowiadań („Shock”, „Shock 2”) i kolejne powieści („Piekielny dom”, „Stir Of Echoes”). Zmarł w roku 2013, w Los Angeles.

Ta pomnikowa dla światowej grozy postać przez całe lata była mało obecna w świadomości polskich fanów horroru. Dwukrotnie, raz na początku lat 90tych, raz na fali popularności filmowej adaptacji z Willem Smithem, pojawiło się w księgarniach „Jestem Legendą”, i to przez całe dekady było wszystko. Doszło nawet do koniec końców trochę paradoksalnej sytuacji, w której pomimo nieobecności samego Mathesona wydana została antologia opowiadań poświęconych jego twórczości! (prawdopodobnie z uwagi na udział w niej Stephena Kinga, który w Polsce jest w stanie „sprzedać” wszystko). Tymczasem znaczenie Mathesona dla współczesnej fantastyki i grozy jest wprost nie do przecenienia. Jego dzieła, przywołana już „Jestem Legendą”, ale także „Piekielny Dom”, „Nieprawdopodobnie Zmniejszający Się Człowiek” czy opowiadanie „Pojedynek”, stanowią kanon współczesnego literackiego horroru, miały wpływ na wyobraźnię całych pokoleń twórców i czytelników. Aż prosiło się, by w końcu i polscy fani mogli się z nimi zapoznać.

„Białą plamę” postanowiło, spełniając swe wieloletnie obietnice, uzupełnić Wydawnictwo MAG. No i jest – wydana w serii Artefakty cegła, zawierająca wszystkie trzy arcysławne powieści i na dodatek uzupełniona o niewielki zbiór rewelacyjnych opowiadań (z kultowym „Pojedynkiem” na czele). Ta książka warta jest tyle, ile waży, w szczerym złocie. Niezwykłej jakości rarytas – pozycja absolutnie obowiązkowa na półce każdego fana literackiej grozy. Rzadko kiedy zdarza się takie stężenie „kanoniczności” na stronę kwadratową. – to się czyta!

„Jestem legendą”

Robert Neville to jedyny ocalały z przerażającej pandemii (ihaaaa…), w wyniku której wszyscy ludzie na świecie wymarli. Ba, żeby tylko wymarli, najgorsze, że po śmierci ludzie ci zamienili się w wampiry! I to takie klasyczne, podręcznikowe – atakowanie jeszcze żyjących ludzi, wysysanie ich krwi, niechęć do światła słonecznego, alergia na czosnek, przebijanie kołkiem – te sprawy.

Neville toczy z wampirami wojnę. Całymi dniami podróżuje ulicami opustoszałego miasta, wyszukuje ich kryjówki, przebija kołkami, wywleka na światło słoneczne. Nocami sytuacja się odmienia – w ich trakcie to upiory szturmują zabarykadowany, obwieszony czosnkiem dom mężczyzny. Są jednak zbyt słabe i niezorganizowane, by poradzić sobie ze świetnie przygotowaną obroną.

Dla Nevilla pierwsze miesiące samotnej walki to nieustanna rozpacz, żal za minionym światem, tęsknota do innych ludzi (kobiety!), i opary alkoholu, którymi stara się zagłuszyć swe cierpienie. Mijają jednak kolejne lata i mężczyzna zaczyna się powoli przyzwyczajać do swej niezwykłej sytuacji. Rozpoczyna badania nad istotą wampiryzmu, analizuje próbki krwi potworów. Udaje mu się wyodrębnić bakterię odpowiedzialną za wybuch pandemii, możliwe byłoby również opracowanie antidotum. Tylko po co, skoro wszyscy ludzie zginęli?

Pewnego dnia Neville, oswojony już z myślą, że jest jedynym żywym człowiekiem na ziemi spotyka… kobietę, chodzącą w ciągu dnia! Początek znajomości nie jest zbyt udany, na widok biegnącego w jej kierunku, brodatego dryblasa rzuca się ona do panicznej ucieczki, w końcu jednak mężczyźnie udaje się zaciągnąć ją do swej kryjówki.

Tam kobieta opowiada swą historię, to, jak latami ukrywała się wraz ze swoim mężem przed wampirami. Neville’a niepokoi tylko fakt, że ma ona bardzo silną alergię na zapach czosnku…

„Jestem legendą” to absolutne arcydzieło, jedno z najlepszych postapo w historii gatunku, zgrabnie łączące, w stylu charakterystycznym dla lat 50tych, science fiction z rasowym horrorem.

Wyborny jest już sam pomysł wyjściowy – pandemia, która przemienia ludzi w potwory – warto również docenić mathesonowe poczucie humoru, które nadało im postać wampirów rodem z wprost z klasyki literackiego horroru. Do tego dochodzi bardzo dobra, depresyjna i przejmująca fabuła, będąca oczywistą inspiracją dla całego późniejszego nurtu zombie horroru. Sceny oblegania domu Neville’a przez wampiry zapowiadają wprost „Noc żywych trupów”, również pandemia zamieniająca ludzi w krwiożercze potwory stanowi już dziś gatunkowy archetyp. No i ta przewrotność finału, końcowy, nokautujący czytelnika twist – dla niego samego warto powieść przeczytać !

Nic dziwnego, że tak rewelacyjna historia spotkała się z zainteresowaniem filmowców. „Jestem legendą” było filmowane aż trzy razy, najbliżej oryginału jest pierwsza wersja – „Ostatni człowiek na Ziemi” z 1964 (z samym Vincentem Price w roli głównej), w roku 1971 nakręcono ekstrawagancką, niezbyt udaną propozycję pt. „Omega Man” (tym razem w rolę Neville’a wcielił się Charlton Heston), a XXI wiek przyniósł nam trzecią adaptację, z Willem Smithem („Jestem legendą” 2007). Niestety, – nową propozycję zabija fatalne, niszczące przewrotność powieści zakończenie (przypomnijmy, w filmie bohater został legendą, albowiem, poświęcając swe życie, opracował lekarstwo na epidemię! Wciórności!)

Sprawdź, gdzie kupić:

„Piekielny dom”

Umierający milioner chcąc zyskać nadzieję na życie po śmierci wynajmuje grupę badaczy zjawisk paranormalnych. Mają oni spędzić wigilijny tydzień w cieszącym się złą sławą nawiedzonym Piekielnym Domu, badając występujące w nim zjawiska paranormalne.

Piekielny Dom należał niegdyś do niejakiego Emerica Belasco i był wtedy miejscem zepsucia, orgii narkotyczno seksualnych i rytuałów czarnej magii. Po niewyjaśnionym zniknięciu właściciela w Domu zaczęło „straszyć”. Podejmowano kilka prób eksploracji nadnaturalnych zjawisk ale kończyły się one fatalnie : śmiercią lub szaleństwem śmiałków.

Do kolejnej ekipy zwerbowani zostają : jedyny ocalały z poprzedniej próby mężczyzna, była aktorka, a obecnie znana medium, oraz sceptyczny wobec istnienia „duchów”, uważający wszelkie zjawiska „nadprzyrodzone” jedynie za emanację obecnych w domostwie prądów elektromagnetycznych, profesor, wraz z którym przyjeżdża również jego neurotyczna żona.

Już podczas pierwszego seansu uczestnikom objawia się duch zamordowanego syna właściciela – Daniela Belasco. Kierowani jego wskazówkami badacze rzeczywiście znajdują w piwnicy domostwa zamurowane zwłoki. W trakcie kolejnych manifestacji nadprzyrodzone moce ranią profesora oraz kobietę-medium, żonę naukowca opętuje zaś tajemniczy byt, budząc w niej dzikie pożądanie seksualne.

Mimo kolejnych nadnaturalnych wydarzeń profesor pozostaje sceptyczny. Jest przekonany, że wszystkie zjawiska powodowane są kobietę-medium, nieświadomie wpływającą na obecne w budynku prądy elektromagnetyczne. Wszystkiemu położyć ma kres skonstruowana przez naukowca maszyna, która spowoduje „wyładowanie” mocy i pozbawi w ten sposób Dom „magicznego” potencjału…

W roku 1971 w literackiej grozie rozpoczynał się okres zwany dziś Złotą Erą Horroru. To był czas mocnych efektów, campowych fabuł, przemocy, seksu i krwi w technikolorze. Pisząc „Piekielny dom” Matheson, podejmując swoistą literacką grę ze sławnym „Nawiedzonym Domem Na Wzgórzu” Shirley Jackson, wyszedł zadość tego rodzaju oczekiwaniom.

Wydanej w 1962 roku powieści Jackson fani horroru zarzucają czasami (niesłusznie!) nadmierną powściągliwość i oszczędność w używaniu ostrych środków wyrazu. Za to w „Piekielnym domu” potencjometry efektów specjalnych odkręcone są na maksimum. Pełna narastającego napięcia powieść aż skrzy się od jump scare’ów, mocnych momentów i wszechobecnej grozy a świetny, dobrze przemyślany wątek główny pozwala zapomnieć o dość banalnych bohaterach – trochę przypominających kartonowe figurki przestawiane na planszy jakiegoś horror-cluedo.

To prawda, że w porównaniu z eleganckim dziełem Jackson „Piekielny dom” jest momentami aż nadto krzykliwy i jarmarczny, ale przyznać trzeba, że wyjątkowo skutecznie straszy on czytelnika do dziś.

W 1973 w dobrej obsadzie ( Michael Gough, Roddy McDowall, Gayle Hunnicut) powstała filmowa adaptacja powieści, zatytułowana „Legend Of Hell House”.

„Człowiek, który nieprawdopodobnie się zmniejszał”

Na skutek szczególnego zbiegu okoliczności, połączenia oprysku środkiem chwastobójczym i napromieniowania, organizm Scotta Careya zaczyna się, z upiorną niczym tykanie zegara konsekwencją, kurczyć (sic!). Lekarze nie potrafią mu w żaden sposób pomóc a media zaszczuwają żądzą coraz to nowych informacji. Mężczyzna stopniowo staje się mniejszy od własnej żony, od własnej córki, traci pracę i wszelkie źródła dochodów. Doznaje kolejnych upokorzeń – zaczepiany przez pedofila, pobity przez grupkę chuliganów, przeżywający seksualne frustracje niezaspokojonego pożądania.

W końcu Scott ląduje w głębi własnej piwnicy, która ma dla niego rozmiar gigantycznej krainy; toczy tam śmiertelną walkę o przeżycie. Musi, niczym Robinson Crusoe, zdobyć odzież, pożywienie (okruchy starych krakersów), wodę (resztki w głębinach węza ogrodowego), musi też uciekać przed monstrualnym, krwiożerczym Pająkiem rozmiaru tolkienowskiej Szeloby.

OK, dziś sam tytuł może razić swą groteskową campowością, ale w latach pięćdziesiątych tego rodzaju absurdalne historie cieszyły się ogromną popularnością. To zaś, ile z tej opowieści potrafił, siłą swego talentu, wycisnąć Matheson, zasługuje na ogromne uznanie. Dynamiczna, „survivalowa” część zadowoli miłośników fantastycznych przygód, z kolei reperkusje, jakie w życiu Scotta Careya powoduje nieustanne zmniejszanie się, jego losy, zmuszają do głębszego namysłu nad istotą człowieczeństwa, sensem życia, nad granicami poznania.

„Człowiek, który nieprawdopodobnie się kurczył” został błyskawicznie, bo już w rok po wydaniu (czyli w 1957) zekranizowany – produkcja była całkiem efektowna i do dziś daje się nieźle oglądać.

Krótkie formy

Zbiór MAG-a uzupełniony został dodatkowo garścią opowiadań Mathesona. Na pierwszy plan wybija się tutaj „Pojedynek”, unieśmiertelniony przez legendarny filmowy debiut Stevena Spielberga.

Pewien mężczyzna nieopatrznie wyprzedza na drodze ciężarówkę, budząc tym niechcący do życia prawdziwego demona. Ciężarówka nie zamierza odpuścić, wyprzedza kierowcę i przystępuje do drogowego wyścigu na, dosłownie, śmierć i życie. Z tej codziennej, banalnej sytuacji Matheson wycisnął maksimum grozy, suspensu i szarpiącej nerwy akcji. To arcykanoniczne opowiadanie grozy stanowi prawdziwy popis jego niezwykłych umiejętności warsztatowych.

Niewiele ustępuje mu popularnością „Koszmar na wysokości 20.000 metrów”. Ta opowieść o przerażonym pasażerze, który przez okno widzi, jak dziwaczny gnom niszczy skrzydło samolotowe, mógłby się znaleźć w „Demonie Ruchu” Stefana Grabińskiego.(z kronikarskiego obowiązku warto przypomnieć, że „lotnicze” niesamowitości inspirowane cyklem Grabińskiego pisał w Polsce Janusz Meissner).

Przerażający „Test”, nasuwający z kolei skojarzenia z filmem „Soylent Green” to mokry sen wszystkich przeciwników eutanazji snujących opowieści o mordowaniu staruszków w Holandii. Tytułowy test bowiem to sprawdzian sprawności psychofizycznej starszych ludzi, kto nie zda, wiadomo…

Inne zapadające w pamięć i przejmujące opowiadanie, to „Montaż”. Zniecierpliwiony oczekiwaniem na sukces początkujący pisarz chciałby, „przemontować” swe życie niczym kinowy film tak, by nudne lata zbić w krótkie chwile. Ale w życiu naprawdę nie warto się spieszyć, wszystkich czeka na końcu to samo… Co za niezwykła, przejmująca metafora ludzkiego życia! Tekst, napisany przez młodego, trzydziestoparoletniego Mathesona poraża swym, jakże prawdziwym, przekazem.

Czarna komedia „Dystrybutor” zapowiada kingowski „Sklepik Z Marzeniami”. Nowy sąsiad, pozornie przyjazny, serią złośliwych i okrutnych „żartów” doprowadza do tragedii i ostatecznego upadku mieszkańców pewnej uroczej uliczki.

Warto na koniec wspomnieć cudownie absurdalną „Muchę”, komiczny wariant „Pojedynku”, w którym naprzeciw siebie staną zmęczony prawnik w swej kancelarii i tytułowa… mucha.

Wspomniane opowiadania to tylko drobny wybór z przebogatego dorobku nowelistycznego Mathesona. Do kompletu warto byłoby pokusić się o wydanie całego samodzielnego zbioru. Czeka również w kolejce znakomita powieść „Stir Of Echoes” (znana w Polsce z kinowej adaptacji „Opętanie” z Kevinem Baconem). Niemniej gruby tom MAG-a pozwala wyrobić sobie zdanie o twórczości amerykańskiego pisarza.

Jej charakterystyczną cechą, szczególnie jak na autora na wskroś fantastycznego, jest mocne zakotwiczenie w otaczającej nas rzeczywistości. Matheson często ukazuje grozę, która czaić się może w zwyczajności, w najbardziej codziennych sytuacjach i zdarzeniach. Strach przed lataniem, nerwowy kierowca na autostradzie, męcząca praca w biurze – wszędzie może wydarzyć się coś, co spowoduje, że w normalne życie wkroczy nagle element niesamowity.

Matheson nawet w najbardziej rozbuchanych i barokowych pomysłach pozostaje zdumiewająco rzeczowy, usiłuje wszystko racjonalnie wytłumaczyć i momentami wręcz kurczowo szuka naukowych (czy pseudo-naukowych) wyjaśnień dla swych fabuł.

Ludzie zamieniający się po śmierci w wampiry („Jestem legendą”) to efekt choroby bakteryjnej, bohater uodporniony jest poprzez ugryzienia nietoperza a połowę czasu poświęca na mozolne opracowywanie potencjalnego antidotum. Niesamowite zjawiska mające miejsce w nawiedzonym domostwie to prawdopodobnie wpływ „prądów elektromagnetycznych”, które mają być pochłonięte przez machinę rodem z Ghostbusters („Piekielny dom”) a kurczenie się Scotta Careya spowodowane jest napromieniowanymi chemikaliami („Człowiek, który nieprawdopodobnie się zmniejszał”).

Jeszcze parę słów o technice. Matheson pisze sprawnym, „hemingwayowskim” stylem, bardzo przystępnym i łatwym w czytaniu. Opowieści są zwarte, konkretne, pozbawione zbędnych ozdobników. Nawet mniej cierpliwy czytelnik nie poczuje się znużony.

Richard Matheson wywarł wielki wpływ na całe pokolenia twórców literackiej fantastyki i grozy – nieprzypadkowo zbiór poświęcony jego twórczości nosi tytuł „Jest Legendą”. Najbardziej znanym „padawanem” Mathesona, głośno to przyznającym, jest sam Stephen King – podobnie jak Matheson, potrafiący przywołać horror z najbardziej codziennych przedmiotów i wydarzeń.

Warto i trzeba czytać Mathesona. Sięgnijcie po niego, jeżeli :

  • chcecie poznać inspirację dla „Nocy Żywych Trupów”,
  • „Nawiedzony Dom Na Wzgórzu” wydawał wam się zbyt delikatny,
  • lubicie dobrą fantastykę i horror. Bo to lektura obowiązkowa, po prostu.

Rafał Gluchowski

Ślązak rodem z Pszczyny. Zawodowo prawnik dużej międzynarodowej korporacji, prywatnie fan fantasy, heavy metalu a przede wszystkim horroru. Przez pewien czas marzył o karierze pisarskiej, ale stwierdziwszy, że brak mu odpowiedniej dozy talentu skoncentrował się na publicystyce. Uwielbia grozę klasyczną - od Poego do Lovecrafta, nabożnie czci twórczość Thomasa Ligottiego, ale najbardziej lubi „złotą erę horroru” - drapieżne, kolorowe paperbacki wydawane w latach 70tych 80tych. Dumny członek Oficjalnego Fan Clubu Guya N. Smitha , samozwańczy znawca i żarliwy obrońca dobrego imienia jego prozy (dla tego powodu zwany czasem „ajatollahem pulpy”) Poza literaturą lubi też horror filmowy. Pasjonat europejskiego kina gatunkowego (tzw. Euro Cultu, czy też, jak mówią złośliwi, Euro Trashu), ze szczególnym uwzględnieniem włoskiego giallo.

Zobacz także

Pharmacon – więcej science niż fiction

Ostatnimi laty nie tylko polska literatura science fiction boleśnie udowadniała (mimo chlubnych wyjątków, jak choćby …

Leave a Reply