Gorący temat

Sąsiednie kolory – samotność jest kosmopolityczna [recenzja]

„Sąsiednie kolory” to proza, do jakiej Jakub Małecki już nas zdążył przyzwyczaić. Na wskroś smutna, nostalgicznie powracająca do jego rodzinnego Koła, a jednocześnie niezwykle kosmopolityczna. Bo ta – i inne jego opowieści – równie dobrze mogłyby się wydarzyć w dowolnym miejscu, pod jakimkolwiek innym niebem. I nie straciłyby niczego ze swego hipnotyzującego wdzięku.

Bohaterowie „Sąsiednich kolorów” zdają się być naznaczeni tęsknotą. Tęsknotą często niedookreśloną, której sami do końca nie pojmują, ale która trawi ich, spala od środka. To tęsknota wzbudzana przez coś, co się nie zdarzyło, a mogło, a chciałoby się, by się zdarzyło. To emocjonalny ból, który osadza się na dnie człowieczej duszy i powoli, nieubłaganie wysysa z niego radość, a potem i chęć do życia i w końcu samo życie. Tak, jak z jednej z bohaterek, która ponoć zmarła z tęsknoty właśnie. A to jej nieszczęsne fatum, zdaje się, przeszło na stolarza – Krystiana Dzierzbę, który otrzymał zlecenie na wykonanie dla niej trumny. Ale prosta – zdawać by się mogło – robota przemienia się w próbę zrozumienia tej śmierci. Tak podobnej, a jednak tak różnej, od tych, z jakimi miał on dotychczas do czynienia.

Zresztą, nie tylko Krystian miota się pomiędzy życiem, codziennością, a tęsknotą za czymś, czego nie da się opisać, nazwać. Czego się jeszcze nie zdołało poznać, zobaczyć, a czego już boleśnie brakuje. Kolejni bohaterowie tej smutnej powieści trwają niejako na przekór samym sobie, coraz mniej dostrzegając sensu w tym trwaniu. To prości, zwyczajni ludzie, których codzienność także zwyczajowo nie obfituje w zdarzenia niezwykłe i epickie, a bardziej toczy się leniwie, dzień po dniu, nie wyróżniając się niczym szczególnym. Jednak i oni, zawieszeni pomiędzy tą szarą codziennością, a niedookreślonymi pragnieniami, aż kipią od kotłujących się w nich emocji. Emocji, których nie umieją wyrazić, nazwać, a czasem nawet sobie samym uświadomić.

A to nieuchronnie musi prowadzić do tragicznego końca.

To swego rodzaju korowód dziwaków, bo jak inaczej nazwać lekarza, który na wszystko ma jedno panaceum – taniec? Albo Szaloną Leokadię, prowadzącą od lat bezpardonowy, nierozstrzygnięty wciąż pojedynek z nawiedzającym ponoć jej posesję kormoranem? Albo włóczęgę, którego zwą Diabeł, a któremu towarzyszy pies o imieniu Bóg?
Ich losy splatają się, przenikają, zazębiają między sobą, bo na świecie nikt nie jest samotną wyspą, każdy z kimś rezonuje, każdy od kogoś i czegoś zależy, z czegoś wynika, z kimś jest związany, w taki, czy inny sposób. I o tych zależnościach, o tym trwaniu wspólnym – choćby w pozornej samotności – jest ta książka.

„Sąsiednie kolory” uwidaczniają, dlaczego – mimo regionalnych, rodzimych osadzeń treści – Małecki jest pisarzem na wskroś kosmopolitycznym. Da się tym samym zauważyć, skąd bierze się jego międzynarodowy sukces i popularność w wielu jakże różnych krajach Europy. Oczywiście, to literatura sama w sobie wysokiej klasy. Ale jest coś jeszcze, co ma tutaj kluczowe znaczenie.

To pisarz tworzący opowieści nieosadzone aż na tyle w kontekście społeczno – historycznym, by implementować je jednoznacznie w czas i miejsce. Te historie równie dobrze jak w kolskim krajobrazie mogłyby się wydarzyć i w przypadkowej mieścinie np. w Holandii, czy Niemczech. Może Szalona Leokadia czaiłaby się ze strzelbą na inny gatunek ptaka, ale cała reszta mogłaby zostać swobodnie przeszczepiona na inne realia. I nic by tutaj nie zostało utracone, bo to opowieści w wydźwięku uniwersalne. A ludzie z gruntu są wszędzie tacy sami. Samotni, pośród innych, niepotrafiący okiełznać własnych pragnień, opanować targających nimi emocji.

Dla porównania Łukasz Orbitowski pisze prozę równie znakomitą, co Małecki, ale osadzoną w naszych polskich realiach bardzo mocno. „Inna dusza” opowiada wszak o autentycznej zbrodni, ale też cała jest na wskroś przesiąknięta specyfiką polskich lat – 90 tych, z wszystkimi tego przyległościami. Ktoś, kto nie żył wtedy w Polsce w tamtym czasie, nie zrozumie zaimplementowanego w tę historię kodu kulturowego, który dobitnie oznacza czas i miejsce.

Jego „Kult” również nie ma racji bytu bez zrozumienia ówczesnych czasów i problematyki polskiej religijności, w jej przaśno – jarmarcznej, zabobonnej formie. Tak samo „Chodź ze mną” stanowi niejako portret przeszłości nakreślonej na wskroś realistycznie, ale jednocześnie wyłącznie polskiej. Nie tylko językowo, ale też kulturowo. Kontekstowo. A tym samym nieprzekładalnej na obcy język. Przynajmniej nie na tyle, by być dla obcokrajowca w pełni zrozumianą.
Podobnie, choć w mniejszym stopniu, dzieje się z prozą Kuby Żulczyka. Jego „Ślepnąc od świateł” jest na wskroś warszawskie. I choć „europejskość” stolicy (z jej wszystkimi tego zaletami i wadami) czyni ją nieco czytelniejszą dla czytelnika zachodniego, to już na przykład „Czarne słońce” będzie totalnie niezrozumiałe dla odbiorcy niewyrosłego w „polskim piekiełku”.

Ta różnica nie czyni oczywiście twórczości Małeckiego pośledniejszą. Ten uniwersalizm, ten kosmopolityzm sprawia, że staje się ona czytelna dla szerszych mas, niezależnie do wąskiego kulturowego kręgu naszego kraju, ale śmiało może wykraczać w swojej wymowie poza jego granice. Opowiada o prawdach uniwersalnych, jakie są udziałem ludzi niezależnie od narodowości, czy języka, jakim posługuje się – i w jakim myśli – czytelnik.

To piękna proza – jak zresztą większość tego, co Małecki nam serwuje. Można się sprzeczać, można dywagować, czy opowiada wciąż tę samą historię, porusza te same problemy odrzucenia jednostki, która nie wpasowuje się w pełni w społeczny schemat. Wracają tu bowiem echa choćby głośnego „Dygotu”, czy nie mniej poruszającego „Horyzontu”. Bo „Sąsiednie kolory” to znów opowieść o odmienności, o niedopasowaniu. Ale i o miłości, o przyjaźni. O pragnieniu zrozumienia nie tylko innych, wokół, ale – przede wszystkim – samych siebie. To opowieść o przeszłości, która zawsze kładzie się cieniem, która zawsze pozostawia ślad. Lepszy, lub gorszy.

Można dywagować, czy Małecki ma do opowiedzenia coś innego, niż zazwyczaj. Ale po co? Nie lepiej zatracić się w tej opowieści? Przecież te problemy, raz po raz przez autora poruszane, nadal trawią wielu z nas i tych wokół nas. A skoro coś nadal trwa, nie przemija, to chyba warto o tym pisać?

Sąsiednie kolory

Nasza ocena: - 85%

85%

Jakub Małecki. Wydawnictwo SQN 2023

User Rating: Be the first one !

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Kiedyś Krakus z przypadku, teraz Białostoczanin, z wyboru. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4”, „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”, „Żertwa”, „The best of Histeria”, „Zwierzozwierz” i „Wszystkie kręgi piekła”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. Wydał autorskie zbiory opowiadań: „Ballady morderców” (Phantom Books 2018) oraz „Dreszcze” (Wydawnictwo IX 2021) oraz powieść „Ćmy i ludzie” (Wydawnictwo IX 2022). Pracuje nad kilkoma innymi projektami (które być może nigdy nie doczekają się ukończenia). Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie Martynie oraz popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Po zbutwiałych schodach – realizm magiczny w najlepszym wydaniu [recenzja]

„Po zbutwiałych schodach” to najnowsza powieść wywodzącej się z estetyki grozy, utalentowanej autorki Anny Musiałowicz, …

Leave a Reply