Gorący temat

Spider-Man: Bez drogi do domu – uważaj czego pragniesz [recenzja]

Trzecia część kinowych przygód Człowieka-Pająka z Tomem Hollandem w roli głównej już od jakiegoś czasu zapowiadała się niezwykle intrygująco dla miłośników nostalgicznych uniesień. Film Jona Wattsa udowadnia, że przynajmniej ten jeden raz, ich modły zostały wysłuchane.

Akcja „Bez drogi do domu” startuje niemal dokładnie w tym momencie do którego doprowadził finał poprzedniej części: superbohater wraz z przyjaciółmi odnosi zwycięstwo nad Mysterio, ale w jego konsekwencji, na jaw wychodzi prawdziwa tożsamość Spider-Mana. Oblegający Petera dziennikarze i fani to ledwie początek problemów, zwieńczony zakazem wstępu na przyszłą uczelnię, nie tylko dla niego, ale również MJ i Neda. Zdesperowany chłopak usiłuje szukać pomocy u doktora Strange’a – ale jak się wkrótce przekona, zabawy z zaklęciami wpływającymi na ludzką wolę mogą przynieść więcej szkód niż pożytku – a w tym wypadku całe zastępy superzłoczyńców z alternatywnych rzeczywistości. Podczas gdy antagoniści sieją w mieście prawdziwe spustoszenie, to na barki Petera i jego przyjaciół spadnie obowiązek przywrócenia porządku.

Mało która postać ze stajni Marvela doczekała się do tej pory tylu występów na wielkim ekranie, co słynny Człowiek-pająk. Najpierw mieliśmy trylogię Sama Raimiego, która pogrzebała okropna, przeładowana treścią część trzecia, później temat ożywić próbował niekoniecznie udany reboot i jego kontynuacja z Andrew Garfieldem w roli głównej, a w końcu nadszedł moment na który czekała spora część miłośników postaci: Spider-Man dołączył do Marvel Cinematic Universe. Obok solowych filmów, Peter Parker od teraz miał zapewnione występy u boku Avengersów, a jego historia zyskała zauważalnie lżejszy, przeznaczony dla młodszego pokolenia ton.

„Bez drogi do domu”, choć definitywnie podejmujący bodaj dramatyczne wątki spośród wszystkich odsłon z Tomem Hollandem z takiego sposobu opowiadania historii nie rezygnuje – po raz kolejny możemy liczyć zatem, że nawet w najbardziej mrocznych momentach dostaniemy przeciwwagę w postaci sceny która ma poprawić nam humor, czy to z jak zawsze fantastycznie przeszarżowanym J. Jonahem Jamesonem, czy równie już tradycyjnie pełniącym rolę buforową, najlepszym kumplem Petera, Nedem. „Bez drogi do domu”, jak na kulminację z prawdziwego zdarzenia przystało, od momentów w których łezka może nam zakręcić się w oku również nie stroni – te w dużej mierze zapewnia wspomniany wyżej, wyczekiwany już od pierwszego zwiastuna powrót na wielki ekran znanych z poprzednich filmów o superbohaterze złoczyńców. I trzeba przyznać, jest to powrót uczciwy o tyle, że każdy z nich nie tylko dostaje co najmniej kilkanaście minut by przypomnieć się widzom, ale i stanowi integralny element filmu jako całości. Jeśli zatem ktokolwiek obawiał się, że twórcy postawią jedynie na element nostalgii bez należytego umocowania go fabularnie, może odetchnąć z ulgą: fanservice’u są tu całe tony, ale podane w na tyle wyważony sposób, by rzeczywiście wywoływać bardziej ścisk w gardle, niż przewracanie oczami.

Potężne dwie i pół godziny seansu zostają tu więc wykorzystane jak należy, a w ich trakcie ciężko poczuć choćby moment znużenia – jeśli bowiem nie będziemy akurat świadkami słownych potyczek i sytuacyjnych żartów, to z wielkim prawdopodobieństwem wciągnięci zostaniemy w wir spektakularnej akcji. Realizacyjnie to oczywiście ścisła czołówka Marvelowych ekranizacji, a stanowiące wisienkę na torcie sekwencje finałowej potyczki, to coś, co w pamięci fanów pozostanie na długi czas.

Przed seansem nowego filmu ze Spider-manem w roli głównej miałem nieco obaw, czy nakręcone przez media oczekiwania nie staną się ostatecznie jego kulą u nogi – ale na szczęście nic takiego nie ma miejsca. „Bez drogi do domu” zgrabnie łączy pozornie absurdalny pomysł na fabułę w trzymający się w całości, zapewniający dwu i pół godzinną odskocznię od szarej rzeczywistości seans. Czego więcej wymagać na zakończenie roku?

Foto © United International Pictures

Spider-man: bez drogi do domu

Nasza ocena: - 75%

75%

Reżyseria: Jon Watts. Obsada: Tom Holland, Zendaya, Benedict Cumberbatch i inni. USA, 2021.

User Rating: Be the first one !

Maciej Bachorski

Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i przyzwoitej (znaczy, nie tylko single malt) whisky. Pisywał dla "Playboya", "PIXELA", czy "Wiedzy i Życia", a obecnie współpracuje z "Nową Fantastyką", "CD-Action" i "Netfilmem".

Zobacz także

Jurassic World: Dominion – czas dinozaurów przeminął [recenzja]

Są takie serie filmowe, które towarzysząc nam od dekad niejako wrosły w popkulturę do tego …

Leave a Reply