Gorący temat

Zaułek koszmarów – Guillermo del Toro i neo-noir [recenzja]

Drugie po klasycznym obrazie Edmunda Gouldinga z 1947 roku kinowe podejście do powieści Williama Lindsaya Greshama, to nie tylko gruntowne odświeżenie materiału pod kątem wizualnym, ale przede wszystkim okazja ku temu, by przypomnieć nam jedną z tych opowieści które swoim przekazem potrafią dać nam w twarz. I trzeba przyznać, nowy „Zaułek koszmarów” radzi sobie z tym co najmniej dobrze.

Reżyser „Kształtu wody’ i „Labiryntu” po raz pierwszy zetknął się z literackim pierwowzorem jeszcze w 1992 roku, kiedy książkę pokazał mu bliski przyjaciel i zarazem jeden z jego ulubionych aktorów, Ron Perlman. Pomysł nowej ekranizacji otoczonego słusznym kultem dzieła dojrzewał w Guillermo del Toro jednak niemal przez kolejne ćwierć wieku, aż do 2017 roku w którym branżę obiegły pierwsze informacje o rozpoczęciu prac nad produkcją. Rozpoczęte w styczniu 2020 zdjęcia do filmu zostały na pół roku wstrzymane, ale ostatecznie prace nad filmem udało się zamknąć jeszcze w grudniu tego samego roku. „Zaułek koszmarów” na swoją premierę poczekać musiał jeszcze nieco ponad rok, ale ostatecznie wylądował w kinach – i cóż, trzeba przyznać, że na taki efekt końcowy zdecydowanie warto było czekać.

Najnowszy film Meksykanina zabiera nas do 1939 roku i skupia się na osobie Stantona Carlisle’a, mężczyzny o trudnej przeszłości, który zatrudnia się jako pomocnik w objazdowym cyrku. Co z początku wydaje się jedynie sposobem na przetrwanie, wkrótce zaczyna jawić się bohaterowi jako szansa na lepszy byt, a wreszcie  dołączenie do elit. Stan to bowiem człowiek, który dla osiągnięcia celu jest w stanie postawić na szali własną moralność i piąć się po społecznej drabinie po przysłowiowych trupach. Czasem jednak, za popełnione przez nas popełnione przez nas przewiny przychodzi nam ponieść nieuniknione konsekwencje…

Choć jako słowo się rzekło na wstępie, nowa wersja „Zaułka koszmarów” rodziła się w bólach, trudno nie przyznać, że materiał źródłowy jest wręcz uszyty pod specjalistę od mrocznych opowieści w osobie Guillermo del Toro. Reżyser nie opowiada tym razem co prawda o potworach sensu stricte, ale… o potworach w ludzkiej skórze. Nie da się ukryć bowiem, że „Zaułek koszmarów” z lubością zagłębia się w mroczne rejony ludzkiej psychiki, by tam eksplorować motywy chorych ambicji, zachwianą moralność i nieustanną walkę ze ścigającymi nas wewnętrznymi demonami. Trudno zatem najnowszy film Meksykanina określić tego rodzaju kinem, którego zadaniem jest poprawić nam nastroje, zwłaszcza biorąc pod uwagę pesymistyczny wydźwięk całości – ale to co „Zaułek koszmarów” chce nam przekazać, realizuje w stu procentach.

Robi to też we właściwym dla del Toro stylu – poświęcając znaczną ilość filmowej taśmy na odpowiednią ekspozycję świata przedstawionego i bohaterów. Choć z można z tego powodu odnieść wrażenie, że zwłaszcza pierwsze trzydzieści minut z imponującego, bo ponad dwu i pół godzinnego czasu trwania jest boleśnie wręcz powolne, z perspektywy emocjonalnego wydźwięku finałowych akordów opowieści, wydaje się wręcz niezbędne. Przy okazji również, stanowi doskonałą okazję do zaprezentowania niebywale istotnych walorów realizacyjnych produkcji. Jak to zwykle u Meksykanina bywa, pod tym względem mamy do czynienia z dziełem dopiętym na ostatni guzik,. Przepych i dbałość o szczegóły wręcz wylewa się tu z ekranu na niemal każdym karku i to nie zależnie od tego, czy będziemy oglądali wyłożone marmurem wnętrza apartamentów, czy przyjdzie nam trafić w obskurne uliczki Buffalo. Wydaje się zatem, że szaty neo-noir jakie „Zaułek koszmarów” przywdziewa, są dla del Toro naturalnym środowiskiem w którym może pokazać pełnię swoich inscenizacyjnych umiejętności.

Równie okazale wypada obsada, w której aż roi się od znanych nazwisk. Poczynając od Bradleya Coopera w roli owładniętego żądzą sukcesu Carlisle’a, przez doskonale odnajdującą się w roli femme fatale Cate Blanchett i stanowiącą jej całkowite przeciwieństwo Rooney Marę, po uzupełniające całość mniejsze rólki Davida Strathairna, Willema Dafoe czy Toni Collette, wszyscy bez zastrzeżeń zdają się tu łapać pulpowy sposób przekazu i kiedy trzeba, potrafią odpowiednio szarżować.

Ostatecznie więc, „Zaułek koszmarów” okazuje się filmem ze wszech miar udanym. Oczywiście, to nadal historia zamknięta w ramach gatunku specyficznego na tyle, że niekoniecznie trafiającego do najszerszego grona odbiorców – ale nawet ci niebędący potencjalnym targetem produkcji, powinni docenić znakomitą realizację i morał z tych, które warto nieustannie przypominać. Innymi słowy – seans kinowy zdecydowanie zalecany.

Foto © Disney

Zaułek koszmarów

Nasza ocena: - 80%

80%

Reżyseria: Guillermo del Toro. Obsada: Bradley Cooper, Toni Collette, Cate Blanchett, Willem Dafoe i inni. USA, 2022.

User Rating: Be the first one !

Maciej Bachorski

Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i przyzwoitej (znaczy, nie tylko single malt) whisky. Pisywał dla "Playboya", "PIXELA", czy "Wiedzy i Życia", a obecnie współpracuje z "Nową Fantastyką", "CD-Action" i "Netfilmem".

Zobacz także

Watcher – groza emigracji [recenzja]

Przy dobrze pomyślanej historii, do wywołania u widza dojmującego uczucia znalezienia się w pułapce bez …

Leave a Reply