Gorący temat

Strażnicy – arcydzieło komiksu w nowym, imponującym wydaniu [recenzja]

Choć od wydania “Strażników” w wersji jednotomowej minie niebawem trzydzieści pięć lat, to komiks Alana Moore’a i Dave’a Gibbonsa nadal jest niedoścignionym komiksowym arcydziełem, które w tematyce superbohaterskiej powiedziało wszystko, co najważniejsze. A już oglądanie komiksu w nowym, powiększonym wydaniu to czysta, estetyczna rozkosz. 

Polscy czytelnicy po raz pierwszy zapoznali się z dziełem Alana Moore’a i Dave’a Gibbonsa w 2003 roku, trzeba jednak zaznaczyć, że nie od razu w całości. Testując chłonność i możliwości naszego rodzimego, komiksowego rynku, Wydawnictwo Egmont podzieliło “Strażników” na trzy tomy, które na szczęście wydało wówczas w niedługich kilkumiesięcznych odstępach, więc komplet historii dostępny był dość szybko (co ciekawe, niemal równolegle POST wydał podzieloną na dwa tomy “V jak Vendetta”). A po lekturze całości, mówiąc Marvelem, nic już nie było takie samo. 

Być może podobnie musieli czuć się amerykańscy czytelnicy, którzy w 1986 roku zaczynali od pierwszego zeszytu komiksu, a po dwunastym, wydanym już w 1987 roku zapewne czuli się tak, jakby za chwilę od nadmiaru wrażeń miały im eksplodować mózgi. Od tego czasu “Strażnicy” są praktycznie bez przerwy w wydawniczym obiegu i diabeł wie, czy Alan Moore jest z tego faktu dumny, czy może raczej wściekły, bo według umowy z DC, prawa do postaci  miały do niego wrócić dopiero w momencie, w którym komiks wypadnie z obiegu i przestanie być wznawiany. To jednak nie zdarzyło się od ponad trzydziestu lat, w czasie których “Strażnicy” wciąż gościły na księgarskich półkach. Także w Polsce, w  której od kilku długich lat tytuł jest praktycznie cały czas dostępny. A teraz jeszcze w wydaniu, którego będzie pragnął w swoich zbiorach każdy komiksowy maniak, nawet jeśli ma na półce wszystkie poprzednie wydania Egmontu.

Co prawda w 2008 roku Egmont sprzedawał jeszcze w formie pakietu komplet trzech części “Strażników” z pierwszego wydania, ale dla polskiego rynku komiksowego druga dekada XXI wieku zmieniła wszystko – coraz lepiej radzące sobie w kinach ekranizacje filmów superbohaterskich ( w tym samych “Strażników” w reżyserii Zacka Snydera), komiksowe kolekcje z Hachette i wiele innych czynników zaczęło generować wznoszącą falę potrzeb  dla dorastających czytelników komiksów, którzy w dużej części byli geekami podobnymi do tych z serialu “The Big Bang Theory”. Fakt, że w 2021 roku możemy raczyć się wydaniem “Strażników” w formie zachodnich Absolute Edition świadczy o tym, że najwyraźniej osiągnęliśmy kolejny poziom popkulturowego wtajemniczenia i oby ta tendencja się utrzymała. 

Choć wśród wydań w takim rozmiarze dostaliśmy od Egmontu  już klasykę z Batmanem, prace Steve’a Ditko, czy Jacka Kirby’ego, to wciąż trudno przejść do porządku dziennego i traktować również “Strażników” również jako klasykę, choć niewątpliwie to klasyka pełną gębą jak najbardziej zasługująca na takie wydanie. Wszystko dlatego, że komiks ze scenariuszem Moore’a, w przeciwieństwie do wielu innych opowieści superbohaterskich z lat osiemdziesiątych (a nawet późniejszych) wydaje się w ogóle nie starzeć. Owszem, choć rysunki Gibbonsa i kolory Higginsa wyglądają z dzisiejszej perspektywy oldskulowo, a soczyste opisy Moore’a pełne porównań możemy momentami odebrać jako pretensjonalne, to wszystko jednak jest wpisane w ogólną koncepcję dzieła, która okazała się po prostu ponadczasowa. 

Czasem aż żal, że nie było mi dane przeczytać “Strażników” w wieku powiedzmy szesnastu lat, czyli pewnie optymalnym dla ówczesnych amerykańskich komiksowych odbiorców, bo zastanawiam się, czy by wtedy rąbnęło tak, jak moja lektura komiksu w wieku trzydziestu lat, już z dużym humanistycznym bagażem wyniesionym z setek przeczytanych książek i obejrzanych filmów. 

Do tego czasu komiksy pozostawały przede wszystkim rozrywką, choć takie tytuły jak “Szninkiel”, czy “W poszukiwaniu Ptaka Czasu” udowadniały, że i to medium może dostarczyć silnych, emocjonalnych i zarazem estetycznych przeżyć. Natomiast Moore i jego “Strażnicy” oraz “V jak Vendetta” przeczytane w 2003/2004 roku było jak wskoczenie na wyższy (a w zasadzie na najwyższy) poziom komiksowego wtajemniczenia, na którym okazało się, że i w tej dziedzinie są utwory równe arcydziełom z innych dziedzin kultury. A jeśli są, to zapewne jest ich więcej, Moore nie może być samotnym geniuszem i muszą być inne komiksy, które są w stanie pod względem fabularnej konstrukcji i formalnej kompozycji dorównywać wielkim powieściom. I cóż, to też okazało się prawdą i zaowocowało przeświadczeniem, że ci, którzy nie tykają komiksów z wielu, czasami bezzasadnych powodów, tak wiele tracą. Bo prawda jest taka, że gdybym nigdy nie przeczytał “Strażników”, gdybym nigdy się z nimi nie zetknął, moje życie jako czytelnika byłoby znacznie bardziej uboższe. 

Na pytanie dlaczego takie by było, krytycy i fani komiksu odpowiedzieli już w czasie tych trzydziestu pięciu lat od premiery “Strażników” potokiem słów i zachwytów. Koncepcja i  konstrukcja to dwa słowa klucze  potrzebne do zrozumienia sukcesu komiksu Moore’a i Gibbonsa , a dzięki materiałom dodatkowym, które polski czytelnik ma okazję oglądać po raz pierwszy, możemy choć w części dowiedzieć się jak wiele trzeba włożyć pracy, by powstało wewnętrznie spójne arcydzieło. 

Wszyscy bohaterowie na początku nazywali się i wyglądali inaczej (np. Rorschach to Question, a Doktor Manhattan to Kapitan Atom). Nieustanne krążenie wokół ogólnej koncepcji, dzięki tekstowi Moore’a z dodatków i samemu draftowi odczuwamy jeszcze jak szukanie po omacku, ale za to konsekwentnie właściwej drogi do ostatecznego kształtu komiksu. Nie ma się co dziwić, tego rodzaju przygotowania zajęły twórcom trzy lata, a już samo pisanie i rysowanie rok. Setki rozmów, setki szkiców koncepcyjnych, pokreślony i pomazany scenariusz i wreszcie jeden z najgenialniejszych pomysłów, czyli konstrukcja planszy podzielona na dziewięć tych samych rozmiarów kadrów, które tak sugestywnie budują napięcie, tego wszystkiego było trzeba, żeby “Strażnicy” mogli powstać w kształcie, w którym poznali komiks czytelnicy. Te czterdzieści stron dodatków, choć to niewielka porcja w porównaniu z tym, czego dostarcza wydany po angielsku album “Watching the Watchmen” dokumentujący powstawanie kolejnych rozdziałów komiksu Moore’a i Gibbonsa, i tak daje pojęcie o mrówczej pracy nad projektem, z którego miało powstać coś naprawdę przełomowego. Te komiksowe, formalne bebechy uwidaczniają , że mamy do czynienia z prawdziwymi, przejętymi tworzeniem swojego działa artystami, którzy chcą, żeby wypadło ono jak najlepiej, choć z tego co można wyczytać z ich słów, chyba nie spodziewali się, że wypadnie aż tak genialnie. 

Jak już napisałem wcześniej, po “Strażnikach” nic już nie było takie samo. Moore dokonał totalnej dekonstrukcji komiksu superbohaterskiego, którą zresztą potem odchorowywał i można rzec przechodził terapię, tworząc w swoim nowym uniwersum opowieści pokroju “Toma Stronga”, które były ucieczką w objęcia formuły komiksów ze Złotej i Srebrnej Ery. Stało się jednak tak, że “Strażnicy” i inne komiksy genialnego Anglika z tego okresu wyznaczyły nową cenzurę i udowodniło, że komiks superbohaterski może mieć do zaoferowania również dla dorosłego i dojrzałego literacko czytelnika. A jeśli jeszcze nie na tyle dojrzałego, to właśnie “Strażnicy” były dziełem, które otwierało horyzonty na zupełnie nowe, estetyczne  doznania w komiksowym medium. Doznania, w myśl których każdy element dzieła ma tu znaczenie, na czele z powtarzającymi się, graficznymi symbolami i  i wymykającymi się stereotypom postaciami, z początku tworzonymi pod określony, (pop)kulturowy wzorzec, który Moore’a następnie z taką lubością odwracał.

Czytanie po raz kolejny tego komiksu w powiększonym wydaniu i z takimi dodatkami pokazuje, że wciąż można jeszcze wycisnąć z opowieści Moore’a i Gibbonsa nowe doznania. Szczegóły na małych kadrach stają nagle bardziej widoczne, a przecież każdy kadr jest dla tej historii istotny, wcześniej ( a może i później) chyba nie było takiego komiksu, w którym każde rozplanowanie planszy nie tylko opowiada historię, ale coś znaczy, dopowiada, buduje wewnętrzny rytm, tworzy napięcie itd. (najbliżej takiej twórczej samoświadomości byli chyba Azzarello i Risso w “100 nabojach”). Jakby Moore i Gibbons wyraźnie do nas mówili, że wszystko może być ważne i znaczące, każdy element tworzonego dzieła, nie ma tu nic na odczep, nie ma wypełniającej fabułę waty. 

Cóż, w ten właśnie sposób stworzyli komiksową receptę na arcydzieło, ale do tego trzeba mieć jeszcze talent obu panów (plus talent Johna Higginsa z jego na poły jaskrawą, na poły zgaszoną paleta barw, tu już w wydaniu poprawionym, a trzeba wiedzieć, że w oryginale robią kolory robią dużo większe wrażenie). Dzięki mrówczej i jednocześnie koncepcyjnej pracy, “Strażnicy” wciąż nie  zdążyli się zestarzeć. Fabuła została nagięta do potrzeb formalnej konstrukcji, gdzie “jak opowiadamy” jest w wielu momentach ważniejsze niż “co opowiadamy”. Symbioza tych dwóch aspektów dała właśnie dzieło doskonałe. Komiks, który wciąż niepokoi swoim morałem, wciąż zmusza do myślenia, wciąż jest aktualny w przedstawianiu świata przed upadkiem, nawet w naszej dzisiejszej współczesności bardziej, niż gdy “Strażnicy” mieli polską premierę. Bierzcie, czytajcie, poczujcie w dłoniach ten ciężar, który w tym akurat przypadku odpowiada wadze prawdziwego arcydzieła.

Strażnicy

Nasza ocena: - 100%

100%

Scenariusz: Alan Moore. Rysunki: Dave Gibbons. Tłumaczenie: Jacek Drewnowski. Egmont 2021

User Rating: Be the first one !

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

Powrót pszczołojada – piękno historii ukryte w jej prostocie [recenzja]

„Powrót pszczołojada” to debiut komiksowy niezwykle utalentowanej holenderskiej twórczyni Aimee de Jongh, którą polski czytelnik …

Leave a Reply