Gorący temat

Superman. Amerykański obcy – nostalgiczna podróż do korzeni Człowieka ze Stali [recenzja]

„Superman. Amerykański obcy” to jeden z najlepszych tytułów o Człowieku ze Stali, jakie miałem okazję przeczytać. Po lekturze z zastanawiałem się dłuższą chwilę, jak to się stało, że Max Landis – nominowany w 2017 roku do Nagrody Eisnera za scenariusz tego albumu, jakimś cudem jej nie zdobył.

Amerykański obcy to siedem opowieści, z których każda – w mniejszym lub większym stopniu – zwraca uwagę na jakiś aspekt kształtowania się legendarnego superbohatera. Superman to postać z jednej strony dla trykociarzy szablonowa, a z drugiej wręcz karykaturalna, ze swoim żelaznym kręgosłupem moralnym, skrajnym idealizmem, który – tak naprawdę – zbytnio nie ewoluował przez te lata od powstania postaci. To nie jest człowiek, który posiadł supermoce, czy nabył umiejętności, wsparte technologią (jak Batman czy Iron Man). To stuprocentowy obcy, z którym niekoniecznie tożsame są typowo ludzkie rozterki, troski, czy słabostki. Jednak – co ma znaczenie – Clark Kent nie zna tak naprawdę ( przynajmniej na płaszczyźnie zawartych w tym tomie opowieści) ani swojego pełnego pochodzenia, ani planety, na której się urodził. Jego kształtowanie odbyło się tu, na Ziemi, wychowywali go zwykli, prości ludzie, amerykańscy farmerzy. Mimo to Superman zdaje się być pozbawiony wad i ludzkich ułomności. To trochę symbol amerykańskiego snu o obywatelu idealnym, co na dłuższą metę mocno mnie w postaci jako takiej irytuje, ten brak odcieni szarości w kreacji postaci, ta zbyt przejaskrawiona nieskazitelność. Ale w napisanych przez Landisa fabułach to nijak nie uwiera, a wręcz przeciwnie. Jest wyeksponowane na pierwszy plan, ale na tyle umiejętnie, że staje się szybko najmocniejszymi punktami każdej z fabuł.
Odcinki zaprezentowane w tym tomie to w dużej mierze opowieści obyczajowe. O dojrzewaniu, o poszukiwaniu własnej tożsamości, o kształtowaniu się młodego umysłu. O pierwszych fascynacjach, młodzieńczych buntach i rodzących się uczuciach. O przyjaźni, tęsknocie i pragnieniu naprawienia świata – co przecież jest tożsame z odczuciami każdego nastolatka, nieważne, czy mającego super moce, czy nie. Nie nastawiajcie się tu na dużą ilość typowej dla historii o Supermanie akcji. Owszem, ona się tu pojawia, są pojedynki z coraz to wymyślniejszymi przeciwnikami. Jednak to w dużej mierze zaledwie tło każdego odcinka, bowiem nas pierwszy plan wyłania się przede wszystkim warstwa emocjonalna, jaką każde ze zdarzeń ze sobą niesie. Znajdzie się tu miejsce na pierwsze spotkania z kluczowymi dla postaci w późniejszej jej historii antagonistami, jak Lex Luthor, czy sprzymierzeńcami, jak Batman, ale też takimi niespodziewanymi „gośćmi”, jak sam Lobo!
Graficznie jest tu naprawdę dobrze. Siedmiu zdolnych grafików, siedem różnych, często skrajnie odmiennych warsztatów. Co ważne – każdy z nich doskonale wpasowuje się w klimat, w tempo, w atmosferę rysowanej opowieści. Doprawdy, rzadkością jest tak umiejętne dobranie rysownika do scenariusza, jak udało się to w przypadku tego albumu. Wczesne dzieciństwo Kenta zdaje się wręcz graficznie przesłodzone w historyjce o nauce latania, zilustrowanej przez Nicka Dragottę, a przesycona kolorami (za które odpowiada Rico Renzi), zilustrowana przez Joelle Jones „Papuga” to dostrzeżenie Kenta przez samego Bruce’a Wane’a. Jednak nie brak tu kreski brudnej, niespokojnej, kipiącej złością i niezgoda na status quo otaczającego świata. Tak jest w znakomitcie narysowanym przez Tommy’ego Lee Edwardsa „Jastrzębiu”, „Sowie” Jae’go Lee, czy „Walkirii” od Jocka.
Gdybym miał wybierać, to najwyżej oceniłbym te odcinki z początków kariery Supermana, kiedy jest jeszcze (prawie) zwyczajnym dzieciakiem z amerykańskiej farmy, w goglach lotniczych i z zalążkiem peleryny na plecach, który ma się dopiero stać Supermanem. Jego postać w tej wersji zdaje się mi bliższa, bardziej człowiecza, a mniej właśnie obca. Później, już przyobleczony w swój charakterystyczny kostium nie da o swoim obcym pochodzeniu tak łatwo zapomnieć.

Superman. Amerykański obcy to jeden z fajniejszych komiksowych tytułów, jakie trafiły w moje ręce w mijającym roku. Polecam każdemu, niekoniecznie tym, którzy kochają opowieści o trykociarzach. Ten album we wspaniałej formie przedstawia genezę legendy. I z pewnością warto go poznać, by zobaczyć, jak kształtował się Człowiek ze Stali.

 

Superman. Amerykański obcy

Nasza ocena: - 90%

90%

Scenariusz Max landis. Rysunki Nick Dragotta, Tommy Lee Edwards, Joelle Jones i inni. Wydawnictwo Egmont 2020

User Rating: Be the first one !

Mariusz Wojteczek

Avatar
Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Fastnachtspiel – oniryczna podróż w trzewia szalonego Miasta [recenzja]

Jeśli miałbym wskazać twórców w polskim komiksie niezależnym, jakich szanuję w opór, to przychodzą mi …

Leave a Reply