Gorący temat

Top Gun: Maverick – dziesięć machów do przeszłości [recenzja]

Kolosalny kasowy sukces, zbierane zewsząd pochwały i to poczucie po zakończeniu seansu, że właśnie dla takich filmów powstały kina – Maverick powrócił i nie ma wątpliwości, że jest to powrót ze wszech miar udany.

Nieodłącznie szelmowski uśmiech Toma Cruise’a, prężące się w słońcu muskulatury pięknych ludzi, zawrotne prędkości i technologia niedostępna dla zwykłych śmiertelników, a wszystko to ubrane w szaty opowieści kumpelskiej, klasycznego, amerykańskiego „od zera do bohatera” i fenomenalną realizację – nic dziwnego, że trzydzieści sześć lat temu widzowie zakochali się w „Top Gunie”. Jak to jednak bywa z otoczonymi kultem pierwowzorami, te potencjalnym kontynuacjom potrafią mocno ciążyć. Dokładnie tak było w tym wypadku – w trakcie kolejnych lat, a potem dekad tu i ówdzie pojawiały się plotki o potencjalnym sequelu, ale zaraz kontrowane były brakiem odpowiedniej technologii, czy nawet pomysłu na historię, który nie wydawałby się jedynie próbą zmonetyzowania znanej marki. Kiedy z kolei dla realizacji w końcu zapaliło się zielone światło, na horyzoncie pojawiła się pandemia koronawirusa, która skutecznie powstrzymała kinowe zapędy Mavericka i spółki. Sam Tom Cruise nie zgadzał się z kolei na premierę filmu w serwisach streamingowych. Jak się okazało, zdecydowanie wiedział co robi.

Akcja „Top Gun: Maverick” przenosi nas o przeszło trzydzieści lat do przodu w stosunku do pierwowzoru. Kapitan Pete „Maverick” Mitchell przez lata sukcesywnie unikał awansu, by robić to, co robi obecnie – czuć w żyłach dopływ adrenaliny, podczas przekraczania barier eksperymentalnymi samolotami. Czasy jednak się zmieniają, a uwaga przełożonych coraz częściej kieruje się w stronę jednostek bezzałogowych. Od tego momentu niewiele potrzeba, by jak zawsze naginający przepisy do maksimum pilot stanął na krawędzi zawieszenia długoletniej kariery… chyba, że zdecyduje się wrócić do miejsca gdzie dla niego wszystko się zaczęło, tym razem w roli instruktora. Top Gun po raz kolejny pragnie bowiem wyszkolić najlepszych spośród najlepszych – by ci mogli wziąć udział w straceńczej misji. Dla samego Mavericka może być to z kolei nie tylko możliwość odbudowania zawodowej pozycji, ale przede wszystkim  szansa by raz na zawsze rozliczyć się z przeszłością.

„Top Gun: Maverick” otwiera czołówka, która jako żywo jawi się niczym wierna kopia oryginału. Niemal tożsame ujęcia myśliwców skąpanych w zachodzącym słońcu i „Danger Zone” przygrywająca w głośnikach ustawiają nostalgiczny ton w jakim toczyło będzie się widowisko. I rzeczywiście, sequel odpowiedzialnego między innymi za znakomite „Tylko dla odważnych” czy „Niepamięć” Josepha Kosinskiego z pełną świadomością wiele rzeczy rozgrywa podobnie, w kilku momentach wyraźnie opierając się na sentymencie jaki fani mogą żywić w stosunku do pierwowzoru. Mamy więc cokolwiek przewidywalną fabułę z relacją na zasadzie „ojciec-przybrany syn” na pierwszym planie, na rozkładzie jazdy znajdzie się obowiązkowy watek romantyczny, a do tego łezka w oku może zakręcić się na widok przemawiającego za pomocą sztucznej inteligencji Vala Kilmera, czy powracającego w glorii chwały F-14. Można więc skonstatować bez wielkiej przesady, że przy takim natężeniu mniejszych i większych odniesień do części pierwszej, miejsca na nową jakość pozostaje niewiele – i o ile nie sposób się z tym  nie zgodzić, „Top Gun: Maverick” zachowuje na tyle uroku, by tego typu zagrywki dało się przełknąć łatwiej niż w przypadku konkurencji.

Chyba największą zaletą produkcji i tym co powoduje, że pomimo ewidentnych braków na polu oryginalności sequel mimo wszystko działa, jest jego bijące serducho w postaci Toma Cruise’a. O samym aktorze napisano już setki tysięcy znaków, ale wciąż nie sposób nadziwić się, jak zaangażowanie w tworzenie uczciwego (bo i jak najbardziej realizacyjnie zbliżonego do rzeczywistości) kina rozrywkowego potrafi wpłynąć na odbiór samego filmu. Amerykanin to bez mała żywa legenda kina akcji i po raz kolejny potwierdza, że mimo upływających lat, ze świecą szukać jemu równych. Jakby za jego przykładem idzie zresztą i pozostała część obsady, z przeuroczą Jennifer Connelly, czy skonfliktowanym Millesem Tellerem na czele. To wszystko kalki odbite przez kalki, ale „Top Gun: Maverick” jest przy takim podejściu najzwyczajniej w świecie szczery – i po prostu działa.

Działa też, czego należało się zresztą spodziewać, bombowa realizacja. Świetnie prezentujące się ujęcia z kokpitów samolotów, dynamiczny montaż i przede wszystkim, minimalne użycie CGI powodują, że mimo absurdalnego (a momentami wręcz wywołującego uśmiech politowania) scenariusza, całość prezentuje się autentycznie i pozwala poczuć przysłowiowy „wiatr we włosach” i zapewnia odpowiednie jak na rasowe kino akcji dawki adrenaliny.

Zadając w tle pytanie o to, czy to, że coś zostało nadszarpnięte przez upływ czasu, powoduje, że stało się to pozbawione wartości, „Top Gun: Maverick” okazuje się jednym z niewielu sequeli, które potrafią zmierzyć się z legendą pierwowzoru i nawet jeśli niekoniecznie z nią wygrać, to stoczyć godną walkę. Kinowa wizyta to w tym przypadku obowiązek – i nie tylko dla tych, którzy z rozrzewnieniem wzdychają w stronę minionych dekad.

Foto © United International Pictures Sp z o.o.

Top Gun: Maverick

Nasza ocena: - 75%

75%

Reżyseria: Joseph Kosinski. Obsada: Tom Cruise, Jennifer Connelly, Jon Hamm, Val Kilmer i inni. USA, 2022.

User Rating: 5 ( 1 votes)

Maciej Bachorski

Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i przyzwoitej (znaczy, nie tylko single malt) whisky. Pisywał dla "Playboya", "PIXELA", czy "Wiedzy i Życia", a obecnie współpracuje z "Nową Fantastyką", "CD-Action" i "Netfilmem".

Zobacz także

Watcher – groza emigracji [recenzja]

Przy dobrze pomyślanej historii, do wywołania u widza dojmującego uczucia znalezienia się w pułapce bez …

Leave a Reply