Uniwersum DC według Mike’a Mignoli – wczesny Mignola w niekompletnej pigułce [recenzja]

Na album z wczesnym dorobkiem Mike’a Mignoli czekaliśmy długo, a kiedy się wreszcie pojawił, nie do końca spełnił oczekiwania fanów twórcy Hellboya.

“Uniwersum DC według Mike’a Mignoli” – tytuł zbioru brzmi niemal patetycznie, czarując nas okładkową ilustracją z Batmanem w charakterystycznym dla artysty stylu. W tle widać menażerię wyjętą jakby prosto z serii o Hellboyu, ale ci, którzy pamiętają wydaną  kiedyś “Zagładę Gotham” ze scenariuszem Mignoli dobrze wiedza, że to właśnie wtedy twórca stworzył lovecraftowską opowieść z Człowiekiem-Nietoperzem. Rzecz w tym, że tej właśnie historii zabrakło w niniejszym albumie, razem z “Gotham w świetle lamp gazowych”, co już zdążyło wywołać nieprzychylne komentarze na temat zawartości tego specjalnego albumu. Zwłaszcza, że jeśli rzeczywiście mamy kierować się okładką, to Batmana jest tutaj naprawdę niewiele.

Prawdziwym bohaterem tego albumu jest Superman oraz jego przodkowie, bo to właśnie Krypton, a nie Ziemia jest miejscem ściśle łączącym zamieszczone tu historie. Najpierw mamy jednak czteroczęściową opowieść z Mrocznym Przybyszem (Phantom Stranger) w roli głównej i jego pojedynku ze złoczyńcą Eclipso, konsekwentnie realizującym kolejne złowieszcze plany wobec Ziemi. Jest to najsłabszy komiks w całym zestawieniu, mocno przegadany i naiwny, a na dodatek rodzący poważne obawy co do jakości całego zbioru. Podczas lektury następnej historii możemy odetchnąć z ulgą, ponieważ “Świat Kryptona” i jego kolejne odsłony od samego początku wciąga nas rozbudowaną i poruszającą wizją upadku macierzystej planety Supermana. To historia o jego dalekich przodkach, rozgrywająca się tysiące lat przed narodzinami najpotężniejszego ziemskiego superbohatera, pełna melancholii i poczucia straty, które uwypukla bardziej poetyzujący język scenarzysty Johna Byrne’a niż rysunki Mignoli, wówczas w przeważającym stopniu zgodne z graficznymi kanonami komiksowych lat osiemdziesiątych. Widać tu już zaczątki rozpoznawalnego później stylu, ale kolory tu użyte są dla rysunków Mignoli bezlitosne, przytłaczając je jaskrawością barw.

W kolejnych historiach to już Superman jest na pierwszym planie, choć nieustannie pojawiają się reminiscencje z przeszłości Kryptona, uzupełniające historię opowiedzianą w “Świecie Kryptona”. Przerywnikiem jest tu opowieść o pojedynku Człowieka ze Stali z Banshee, która fabularnie jest już bardziej w klimatach Mignoli. Przyszły styl zaznacza się w pojedynczych obrazkach, w rysunkach postaci, ale wciąż nie widzimy jeszcze tej charakterystycznej kreski, która uczyniła artystę sławnym. To daje też pewien pogląd na temat długiej ewolucji, jaką musiała przejść branża komiksowa, aby pozwolić takim artystom jak Frank Miller, Bill Sienkiewicz i Mike Mignola na wyrwanie się z okowów powszechnego stylu rysowania komiksów w tamtych czasach, by w końcu mogli zaprezentować swe oryginalne wizje.

Przygodę z Supermanem kończymy na historii, w której pojawia się znany już nam choćby ze zbioru z Silver Surferem Mongul, czyli złoczyńca będący właścicielem olbrzymiego statku niewolniczego, na którym odbywają się  walki przedstawicieli różnych kosmicznych ras. Tu mamy też pewien zgrzyt, ponieważ “Wspomnienia z przeszłości Kryptona” kończą się cliffhangerem i nie dostajemy jej kontynuacji zapewne dlatego, że nie rysował jej już Mignola. Szkoda, choć i tak dobrze, że ta właśnie opowieść znalazła się w zbiorze, ponieważ ostatecznie dopełnia opowieść o przeszłości Kryptona, pokazując opowiedzianą nam wcześniej historię z innej perspektywy.

Przed tym, na co wielu czytelników czekało, czyli głównym daniem tego zbioru mamy jeszcze krótką historię “Drzewa jak bogowie” ze świata Potwora z Bagien, choć główną rolę gra tu akurat nie on, tylko Floronic Man. Następnie dostajemy już kultowe, wydane kiedyś przez TMSemic (jako “Sanctum” ) “Sanktuarium” i to już jest Mignola jakiego dobrze znamy. Ta opowieść o Batmanie pogrążonym w koszmarze zapowiada późniejszą stylistykę znaną nam z “Hellboya” zarówno w warstwie graficznej i fabularnej, a po ponad ćwierćwieczu od jej publikacji wciąż robi olbrzymie wrażenie.

Na deser zostały już tylko dwie krótkie historie w których Mignola partycypował nie jako rysownik, tylko pomysłodawca i współtwórca scenariusza i to w zasadzie prawie wszystko. Pozostaje bowiem jeszcze zbiór okładek rozrzuconych po albumie, które chyba najlepiej przedstawiają ewolucję graficznego stylu Mignoli, poszukującego własnej twórczej drogi od lat osiemdziesiątych. Widać, jak z czasem coraz bardziej przemycał swoją wizję do tej, która była narzucana przez redaktorów, by ostatecznie ją przełamać i zacząć tworzyć we własnym, wyjątkowym stylu. Dziś Mike Mignola jest już uważany za jednego z największych artystów komiksowych, a dzięki albumowi wydanemu przez Egmont możemy prześledzić przynajmniej część drogi do obecnej pozycji artysty. A że historie tu przedstawione są w większości naprawdę niezłe i przy okazji uzupełniają naszą wiedzę na temat Uniwersum DC, tym większa przyjemność płynie z lektury tego zbioru.

Uniwersum DC według Mike'a Mignoli

Nasza ocena: - 70%

70%

Rysunki: Mike Mignola. Scenariusz: John Byrne i inni. Egmont 2020

User Rating: Be the first one !

Tomasz Miecznikowski

Avatar
Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

Dziki Zachód. Calamity Jane, tom 1 – Go West, young woman! [recenzja]

Trzeci komiks w ofercie wydawnictwa Lost in Time zaskakuje wyborem innego gatunku, niż będący wizytówką …

Leave a Reply