Gorący temat

Zabawmy się u Adamsów – mroczne oblicze dziecięcej transgresji [recenzja]

„Zabawmy się u Adamsów” to tytuł, który nadal szokuje, choć zapewne – w obliczu popkulturowego zużycia przemocy samej w sobie – już nie tak mocno, jak po pierwszym wydaniu w latach 70-tych. Jednak co mniej obyty z gore czytelnik musi podchodzić do tej powieści z ostrożnością, bowiem raz przeczytanej książki Mendala W. Johnsona nie da się zbyt łatwo wyprzeć z pamięci. A oswoić się z nią jest jeszcze trudniej.

Fabuła jest banalnie prosta. Młoda, dwudziestoletnia Barbara podejmuje w okresie letnim pracę opiekunki nad dwójką dzieci państwa Adamsów, kiedy ci wybierają się w podróż po Europie. Z pozoru prosta, przyjemna i niezbyt wymagająca funkcja opiekunki nad małoletnim rodzeństwem zmienia się w koszmar, kiedy dzieci postanawiają dla zabawy… dziewczynę zniewolić.

Tak zaczyna się cała opowieść i najbardziej przerażająca gra pomiędzy bohaterami. Gra, o tyle szokująca, że jej głównymi inicjatorami są istoty pozornie, z odgórnego założenia, niewinne. A przynajmniej takie powinny być.

W powieści Johnsona granica przesuwana jest powoli, ale bardzo konsekwentnie. Z początku autor powolnie buduje napięcie – choć sam akt uwięzienia pojawia się już na początku, to jednak przesuwanie granicy następuje stopniowo, i jest obudowane szerokim spektrum wahań i rozterek młodocianych bohaterów. Zachłyśnięcie się przez dzieci wolnością – błędnie rozumianą, nadinterpretowaną, ale jednak wolnością, prowadzi do tragedii. Bohaterowie – rodzeństwo oraz ich przyjaciele z sąsiedztwa – testują nie tyle samą Barbarę (ona bowiem jest już wcześniej uprzedmiotowiona, staje się na początku symbolem zdobytej władzy i kontroli, jednocześnie zatracając identyfikujące ją cechy społeczne, zastępowane imaginacjami, osadzającymi ją w wymyślonych przez poszczególne dzieci rolach) co granice własnych możliwości. Sprawdzają kres przyzwolenia, jaki są skłonne sobie przydzielić. One – bowiem nie ma przecież nikogo, kto mógłby je powstrzymać. Zniknął typowy, codzienny nadzór,. Zniknęła kontrola i społeczna hierarchia. Wszystko zostało wywrócone do góry nogami, zabrakło zwierzchnictwa i tożsamego z nim moralnego kompasu. A bowiem bohaterowie są jeszcze go pozbawieni. Owszem, mają wpojone mgliste wzorce zachowań, jednak nie kojarzą im się one z czymś słusznym samym w sobie, a z ciężarem. Z brzemieniem ograniczenia, z narzuconą presją dorosłości, która dla nich jest wciąż odległym i niepożądanym stanem. Stanem, którego za wszelką cenę należałoby uniknąć.

Jednocześnie w całej opowieści, gdzie poszczególni młodociani bohaterowie portretowani są nad wyraz dokładnie w sensie rysu psychologicznego, daje się wyczuć nie tylko ich brak jednoznacznego rozróżnienia dobra i zła, co bardziej nieumiejętność myślenia długowzrocznego. Bardziej abstrakcyjnego zestawiania faktów. Ich działania – nawet w ich własnym odczuciu – są złamaniem tabu, przekroczeniem granicy, wyrwaniem się poza zaklęty rubikon sztywnej codzienności, a jednocześnie nie są zdolni skojarzyć prostych ciągów przyczynowo – skutkowych i braku możliwości uniknięcia odpowiedzialności w dłuższej perspektywie. One wiedzą przecież, wszyscy kolejno i każde z osobna, że rodzice w końcu kiedyś wrócą. Że prawda o ich występku wyjdzie na jaw. Musi wyjść. Ale konsekwencje, które są tak odległe – w ich subiektywnym postrzeganiu czasu – przestają mieć znaczenie. Przestają wzbudzać zasadny lęk.

Pierwszym skojarzeniem z innym dziełem literackim – przez ogólny koncept fabularny powieści Johnsona – jest oczywiście „Dziewczyna z sąsiedztwa” Jacka Ketchuma. Jest to jednak tylko powierzchownie właściwy trop, bowiem jeśli zagłębimy się w konstrukcyjny schemat, to książce Johnsona zdecydowanie bliżej do „Władcy much” Goldinga. U Ketchuma wszak inicjatorką zdarzeń jest osoba dorosła, która milczącym przyzwoleniem, a później szerokim spektrum mniej lub bardziej werbalnych zachowań prowokuje dzieci do okrucieństwa, do przekraczania granic.

W „Zabawmy się u Adamsów” takiej dorosłej, pełnoletniej postaci nie ma. Jest grupa nieletnich, którzy właśnie pozbawieni zasadnej kurateli przełamują tabu i badają, jak daleko mogą się posunąć. Dokładnie tak, jak dziecięcy rozbitkowie w powieści Goldinga. I choć Johnson przesuwa swoje rozważania nad deprawacją (wynikającą z braku poczucia odpowiedzialności społecznej za swoje czyny), do niewyobrażalnej granicy, dużo dalej, niż w rzeczywistości zrobił to Golding, to jednak schemat zachowań jest bliższy prozie Brytyjczyka, niż zdarzeniom z powieści Ketchuma.

U Goldinga chodzi o dominację w obrębie dziecięcej społeczności na wyspie, gdzie walka o władzę przeradza się w zaciekła, okrutną wojnę między jej przymusowymi rezydentami. W „Zabawmy się u Adamsów” jest coś, co miało – w odczuciu inicjatorów – stanowić formę żaru, psikusa. A co wymknęło się spod kontroli. Dzieci w książce nie rozumieją wagi swoich postępków. Konsekwencji planów i działań, jakie podejmują. Dla nich to abstrakcja, bez moralnego ciężaru. Wyniesiona z popkultury, z kina, z książek. I nie tyle same dzieła popkulturowe są problemem, ani zawarta w nich przemoc, co brak zrozumienia kontekstu. Wagi przedstawianych zdarzeń. Oderwane od bagażu doświadczeń emocjonalnych, bez – nie tyle wpojonego, co przyjętego świadomie – kodeksu moralnego oddziałują na młodociane umysły tak, a nie inaczej. Katalizatorem ich zachowań jest ciekawość. W dodatku ciekawość pozbawiona bezpiecznika, w postaci wspomnianego moralnego kompasu, etycznego wzorca.

Literacko jest nieźle, choć nie idealnie. Książka miejscami może czytelnika zmęczyć, mocno osaczając statecznością wywodów, natłokiem myśli poszczególnych bohaterów i onirycznością samej kreacji fabularnej, która z każdą stroną wyrywa nas ze strefy komfortu, a w czym nie pomaga też duszna atmosfera i wręcz za spokojny rytm książki. Z drugiej strony, nie jest to powieść „do podobania się”. Ona nie ma na celu bawić, a właśnie zmęczyć, zszokować, zmusić do trudnych rozważań nad samą koncepcją dziecięcej niewinności i roli wychowania w kształtowanie się moralnych zachowań w obrębie społeczeństwa. Czy każdy z nas, niezależnie od wieku, jest zdolny do okrucieństwa? Czy pozbawieni presji otoczenia, lęk przed karą, przed odpowiedzialnością, bylibyśmy zdolni do czynów nieakceptowalnych zarówno moralnie, jak i społecznie?

„Zabawmy się u Adamsów” to książka, która raczej nikogo nie zostawi obojętnym. To dobitny przykład transgresji, tym bardziej dwuznaczny moralnie i tym mocniej szokujący, że obejmuje swoim zasięgiem właśnie dzieci – istoty z gruntu postrzegane jako niewinne. To nie pierwszy i nie ostatni tego typu przykład podejmowania tematu tabu w popkulturze. Pomijając – by się nie powtarzać – wspomniane powieści Goldinga czy Ketchuma, warto przywołać choćby mroczny film Narciso Ibaneza Serradora „Czy zabiłbyś dziecko” z 1974 roku, w którym autor scenariusza i zarazem reżyser także pokazuje pełne okrucieństwa zachowania grupy dzieci pozbawionych nadzoru dorosłych oraz tabu związane z dopuszczeniem do siebie myśli, że dziecko może nie być niewinne, może pełnić rolę agresora.

„Zabawmy się u Adamsów” z pewnością nie jest powieścią szukającą taniej prowokacji, jaka często jest udziałem współczesnych thrillerów czy horrorów spod znaku gore. To w dużej mierze powieść psychologiczna, gdzie przemoc jest punktem wyjścia dla rozważań nad specyfiką ludzkiej natury.

Szokuje, przeraża – owszem. Ale nie robi tego dla samego wzbudzenia strachu, ale by zdawać pytania. Takie, na które – niejednokrotnie – nie chcemy nie tylko znać odpowiedzi, ale nawet pamiętać, że czasem wręcz musimy je postawić.

Zabawmy się u Adamsów

Nasza ocena: - 80%

80%

Mendal W. Johnson. Wydawnictwo Vesper 2021

User Rating: Be the first one !

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Osa – Dirac Angestung Gesept wciąż działa! [recenzja]

„Osa” Erica Franka Russella to powieść cechująca się przede wszystkim mocno prześmiewczym tonem, w jakim …

Leave a Reply