Bilet w tamtą stronę – kolejowa groza w nowym wydaniu [recenzja]

„Bilet w tamtą stronę” Marcina Kowalczyka to opowieści kolejowe z umiarkowaną dawką grozy, których kojarzenie z twórczością Stefana Grabińskiego niekoniecznie jest najtrafniejsze. Co nie zmienia faktu, że literacko to przykład prozy znakomitej, dojrzałej, dopracowanej stylistycznie. A przede wszystkim, nacechowanej niezwykłym sentymentem do kolei, ale i olbrzymią wiedzą o tejże.

W pierwszej chwili sam odruchowo zestawiałem ten zbiór z prozą naszego mistrza opowieści kolejowych, bo jeśli kolej, jeśli torowiska i jeśli duchy, to przecież tylko Stefan Grabiński. I owszem, z jednej strony duch naszego legendarnego twórcy unosi się nad wieloma opowiadaniami, jednak porównywania prozy Kowalczyka do twórczości Grabińskiego z gruntu uznaję – po lekturze – za błędne. Może bowiem pojawiają się tu zbliżone fabularne tropy, może i kolej, jako taka jawi się jako w pewnym stopniu spersonifikowany organizm, może są tu odniesienia (w nielicznych tekstach) do złożoności kolejowego rozkładu, trwale zespolonego z jakimś niedookreślonym rytmem samej rzeczywistości, jednak różnic widzę w warstwie fascynacji tematycznych na tyle, by historie obydwu autorów stawiać na dwóch krańcach gatunku „kolejowej grozy”.

Moje słowa jednak nijak nie mają na celu umniejszać jakości prezentowanej w zbiorze prozy. To znakomicie napisane opowiadania, w których zachwyca staranność oddania niuansów kolejowego świata i życia ludzi z nim związanych. Widać tu miłość do pociągów, zwłaszcza tych dawnych, jak parowozy, wypchnięte na boczne tory pamięci przez maszyny nowocześniejsze, szybsze, bardziej zaawansowane, ale jednocześnie bardziej… bezduszne? Sądzę, że autor zgodziłby się z takim postawieniem sprawy, bowiem wielu jego bohaterów jest na tyle ściśle związanych z kolejnictwem, że nijak nie umieją sobie poradzić z przemijaniem maszyn, z likwidacją torowisk i zamykaniem kolejnych, nagle uznanych przez globalne zmiany za peryferyjne stacji.

Kowalczyk kreuje grozę, wynikającą z przenikania naszego kolejowego świata z tym nadnaturalnym, pełnym duchów, pociągów – widm, dawno zmarłych kolejarzy, którzy nie dotarli za życia do swoich kresowych stacji i próbują podróż dokończyć po śmierci. Ale i obecne są tu dziwne, niesprecyzowane siły, władające poza osnową rzeczywistości, w metafizyczny sposób, całą kolejową siatką połączeń, która zdaje się czymś więcej, niż tylko złożonym systemem transportu ludzi i towarów.

Kowalczyk potrafi kreować niezwykłą magię mogącą kojarzyć się z autorem „Ślepego toru”, jednak posługuje się odmiennym, od Grabińskiego zestawem instrumentów. Jego kolej także jest inna i choć pewne ukłony w kierunku sławetnego poprzednika w tworzeniu kolejowej grozy dostrzec tu można, to jednak da się tu jednocześnie wyczuć znak czasów, choćby w precyzyjnych opisach technicznych samej pracy kolejarzy. Kolej u Kowalczyka siłą rzeczy jest odmienna od tej ówczesnej Grabińskiemu, a to mocno kształtuje klimat opowieści.

A i groza jest inna, bo w nielicznych tylko mamy widmowe pociągi etc. Częściej pojawiają się tu wagony z tajemniczymi, acz zupełnie nie nadprzyrodzonymi ładunkami (część cyklu „Wagon”) są postawy jawnego bohaterstwa, wynikające po części z niewysłowionej miłości do kolei („Jełop”), czy choćby koszmarnych zbrodni, także przez owo obłąkańcze wręcz przywiązanie do pociągów powodowanych („Krobia”). Są bolesne historie z czasów wojennych („Niedzielna wycieczka”) i opowieści nacechowane najprawdziwszą grozą („Nastawnica” – jedno z najlepszych opowiadań w zbiorze).

Reasumując, „Bilet w tamtą stronę” to proza znakomita, aczkolwiek dla tych, którzy spodziewają się bezpośredniego odniesienia do twórczości Grabińskiego, albo co gorsza ściśle utrzymanych w jego stylu opowieści kolejowych, to muszę ich przestrzec, iż mogą odczuć zawód przy lekturze. Bowiem Kowalczyk nie kopiuje Grabińskiego, nie stara się podszyć pod jego styl. Składa mu hołd, owszem, ale to jest hołd autorski, w pełni niezależny, oparty na własnej, nowatorskiej wizji.

I jako taki zdecydowanie broni się, jako groza nietuzinkowa, niebezpośrednia, nie epatująca oczywistym strachem. I – co najważniejsze – to znakomita warsztatowo proza, która zadowoli każdego miłośnika kolei, ale i dobrej literatury zarazem.

Bilet w tamtą stronę

Nasza ocena: - 90%

90%

Marcin Kowalczyk. Wydawnictwo IX 2020

User Rating: 3,25 ( 4 votes)

Mariusz Wojteczek

Avatar
Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Kosmos. Możliwe światy – pasjonująca podróż przez wszechświaty [recenzja]

W latach 80. popularnonaukowy program Carla Sagana i Ann Druyan, “Kosmos”, kształcił, zaciekawiał, otwierał oczy …

Leave a Reply