Gorący temat

Cobra Kai – najlepszy serial na czas pandemii

Trzeci sezon “Cobra Kai” wystartował pierwszego stycznia 2021 roku już jako produkcja Netflixa. Specjalnie nie powinno dziwić, że streamingowy gigant przejął serial, ponieważ kontynuacja “Karate Kida” sprzed lat to czyste serialowe złoto.

Karate to sport kontaktowy. Wymaga koncentracji, umiejętności oceny sił przeciwnika, solidnego treningu i nawet jeśli za nimi stoi odpowiednia filozoficzna podbudowa, wszystko i tak sprowadza się do odpowiednio wyprowadzonego ciosu.  “Cobra Kai” to jednak serial nie tylko o karate, ale o kontaktach międzyludzkich, szczególnie tych utraconych, a także o tych nowych, naturalnie i bezpośrednio nawiązywanych przez ludzi, nawet przy pomocy hurtowo rozdawanych, solidnych kopnięć. To zatem serial dokładnie o tym, czego najbardziej nam brakuje w pandemicznym okresie. W chwili kiedy rozpoczynamy seans, przepadamy na  kilka dni dostając w nim to, czego obecnie nie mamy na co dzień. Pełną wigoru fabułę, która w jakimś stopniu przywraca poczucie bycia żywym i aktywnie  decydującym o swoim życiu człowiekiem, a nie zdominowanym przez niewidocznego wirusa i ciągle pouczanym obywatelem zamkniętego państwa.

Pierwsze dwa sezony “Cobra Kai” były zrealizowane w ramach Youtube Originals i chyba nie trafiły do tak wielu osób jak powinny. Szał rozpoczął się po trafieniu serialu w zeszłym roku na Netflix. Ta wywołująca w pierwszym odruchu uczucie konsternacji kontynuacja (szczególnie dla pamiętających filmowy pierwowzór) nie okazała się jednak zwykłym odcinaniem kuponów, a znakomicie napisaną i jednocześnie przewrotną historią. Pomysł, żeby jej centralnym bohaterem zrobić niegrzecznego chłopca, który kiedyś dostał w finale łupnia od Karate Kida, miał w sobie swoisty przebłysk geniuszu. Bo przecież stało się tak, że to właśnie William Zabka w roli dorosłego Johnny’ego Lawrence’a jest największym atutem “Cobra Kai”.

Przypomnijmy – w kultowym “Karate Kid” młody Daniel Larusso został przygarnięty pod skrzydła pana Miyagiego, po tym jak popadł w konflikt i starł się z Johnnym Lawrence’em, trenującym wschodnie sztuki walki w dojo “Cobra Kai” pod kierownictwem nieprzyjemnego typa, Johna Krees’a. W końcowym akcie filmu Daniel i Johnny walczą w finale turnieju, w którym widzimy być może najbardziej rozpoznawalny cios karate jaki znalazł się kiedykolwiek na taśmie filmowej. Johnny Lawrence przegrywa turniej, na dodatek jego była dziewczyna Ali jest teraz dziewczyną Daniela, o którego przygodach zostaną nakręcone kolejne filmy. Natomiast Johnny’ego Lawrence’a przykryje mgła niepamięci. Do czasu. 

Trzydzieści kilka lat później drogi Johnny’ego Lawrence’a i Daniela Larusso ponownie się skrzyżują. Co prawda obaj panowie wyglądają tak, jakby przybyło im ledwie dwadzieścia kilka lat, ale to punkt dla nich, obaj przez te lata zachowali niezłą formę. Larusso jest wziętym biznesmenem, właścicielem prestiżowego salonu samochodowego, szczęśliwym mężem (ale nie Ali) i ojcem dwójki dzieci. Johnny jest zaś synonimem przegrywa, tak jakby za sprawą kopnięcia Daniela z przeszłości przez cały czas spadał na samo dno. Ma kilkunastoletniego syna, z którym nie utrzymuje kontaktu oraz byłą żonę (oczywiście nie Ali), która bardziej niż wychowaniem dziecka, zajmuje się delikatnie mówiąc miłosnymi podbojami. 

Poza tym Johnny żyje tak, jakby wciąż tkwił w przeszłości, w osobistym lockdownie. Nie używa komputera, nie wie co to Facebook i smartfon, słucha obciachowego rocka i zachowuje się jak typowy męski szowinista. Nic dziwnego, że jego ponowne zetknięcie się z Davidem będzie dla niego i dla samej fabuły serialu jak uderzenie pioruna i zarazem nowy początek. I to początek o tyle fascynujący, że łączący epokę pstrokatych lat osiemdziesiątych, (która jednocześnie była przecież epoką niezwykłych ekranowych twardzieli) z dzisiejszą epoką politycznej poprawności, w której nie wolno nikogo obrażać, ani nazywać rzeczy po imieniu (ponieważ te niegdysiejsze, powszechnie używane kiedyś określenia są dyskryminujące i w ogóle passe). Ale też w epoce, w której kobiety potrafią zadawać ciosy równie skutecznie, co mężczyźni. 

Tymczasem Johnny Lawrence nadal obraża i popełnia gafę za gafą,  nie będąc w ogóle tego świadom. Jednak i dla niego przychodzi czas wielkich zmian, ponieważ  właśnie on, pseudo macho o manierach troglodyty z lat osiemdziesiątych zakłada własną szkołę walk pod dawną nazwą “Cobra Kai” i zostaje sensei swoich uczniów ( a w zasadzie początkowo tylko jednego ucznia). I co najdziwniejsze i jednocześnie najciekawsze dla fabuły, zaczyna w niej trenować współczesnych, nastoletnich przegrywów, których jak się okazuje znajdziemy w. Jak to, powinniśmy w tym momencie zapytać, czyżby świat od lat osiemdziesiątych jednak nie do końca się zmienił?

Nie ma co ukrywać, “Cobra Kai” ze wszystkimi zwrotami akcji i całym zestawem zarówno starszych jak i młodszych bohaterów jest niczym innym, jak wzorcową telenowelą. Jeśli jednak spojrzymy pod innym kątem, być może okaże się jej wzorcowo skrojonym pastiszem, który cementując tę formułę (rozstania, powroty, przemiany bohaterów, zamiany partnerów, ogółem same dramy), stał się najlepszym produktem rozrywkowym ostatnich lat, w niezwykle przenikliwy sposób łączącym odległe od siebie w czasie pokolenia popkulturowych odbiorców. Ktoś mógłby zaoponować i podać za pokrewny przykład szalenie popularne “Stranger Things” bazujące przecież na nostalgii, ale nie jest to serial aż do tego stopnia zagnieżdżony w konkretnym popkulturowym fenomenie jak “Cobra Kai” w “Karate Kid”. No i przecież fabuła “Cobra Kai” toczy się współcześnie, w przeciwieństwie do “Stranger Things”.

Co więcej, “Cobra Kai” w jakiś pokrętny, czasami nawet sprzeczny z logiką sposób burzy pokoleniowy, a nawet kulturowy mur. Twórcy mówią nam wprost, że zmiany, nowe czasy, nowa moralność, społeczne przemiany i tak dalej są jedynie ułudą, powtórzeniem, repetą, starym buntem w nowych szatach, a tak naprawdę wszystko sprowadza się do najprostszych konfliktów, najprostszych manipulacji i najprostszych emocji, które muszą zawsze znaleźć ujście. I dlatego to serial, który w równym stopniu fascynuje dzisiejszą młodą widownię i rówieśników Ralpha Macchio i Williama Zabki. Fakt, że źródłem tego ujścia jest tematyka karate jest w jakiś sposób symboliczny, a scena szkolnej bitwy z całym jej emocjonalnym podtekstem pod koniec drugiego sezonu może sprawić, że dzisiejsi ojcowie w jakimś stopniu będą w stanie zrozumieć swoje nastoletnie pociechy. Bo może świat wcale nie uciekł im aż tak bardzo do przodu?

Karate jest tu łącznikiem, który spycha na bok całą dzisiejszą technologię, która rozdzieliła pokolenia i to ekstatyczne mordobicie z końcowym dramatem rodzi niezwykłe poczucie więzi. Gdzieś na bok schodzi wtedy konflikt Russo – Lawrence, zresztą bardzo pomysłowo rozegrany w pierwszym sezonie, kiedy myślimy że oto Daniel Larusso okaże się tym razem tym złym. Na coś takiego Ralph Macchio by nie pozwolił i należne miejsce złego zajmuje  ponownie magnetycznie obleśny Martin Kove w roli Johna Kreese’a.  Staje się w tym serialu symbolem podziałów, symbolem manipulacji, symbolem tego, co zarówno w latach osiemdziesiątych jak i dziś nie jest cool, choć ma niszczycielską moc oddziaływania (zrodzoną zresztą ze zwykłej rozpaczy i niemocy). John Kreese jest w jakiś sposób uosobieniem dzisiejszych fake newsów i całej informacyjnej manipulacji współczesności, bo sam jest niczym pierwotne i z czasem zatrute  źródło tych chorych zasad. Przesadzam? Bynajmniej. 

Z każdym odcinkiem ta karate telenowela przynosi coraz więcej interpretacji, coraz więcej radości i ekranowej mocy oddziaływania, której być może nie przewidzieli nawet sami twórcy. Może to i dobrze, bo dzięki temu przypomina samonakręcającą się maszynę, która przez każdy telenowelowy zwrot akcji uruchamia w głowach kolejne skojarzenia, dając zarazem nową wizję świata już bez pana Miyagiego, który był szlachetnym spoiwem tego dawniejszego świata. 

Bez niego każdy może być podatny na zło, każdy może być podatny na manipulację, na pogardę, na niesprawiedliwość, bez tego niewielkiego wzrostem bohatera to potrzaskany świat, którego poskładanie wydaje się być niemożliwe. Niektórzy o to walczą, niektórzy wręcz przeciwnie, a kiedy nawet myślą, że walczą o coś słusznego, to okazuje się, że nie mają racji. Tak oto ów świat, nasz współczesny świat zarówno dla Karate Dads i Karate Kids staje się zamkniętą telenowelą. Bohaterowie obu płci tłuką w jej ściany, próbują roztrzaskać kolejnymi ciosami, ale nie jest to łatwe. Ważne, żeby być w tym działaniu nieustępliwym, tak jak przegryw Johnny Lawrence, który idąc pod prąd zaczyna wreszcie czuć prawdziwy smak życia i wychodzi z zamknięcia. Może więc i nam w końcu uda się wyjść z tego cholernego lockdownu.

Tomasz Miecznikowski

Avatar
Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

Richard Matheson – człowiek, który został legendą

Jeden z mistrzów Stephena Kinga. Autor, którego „Jestem legendą” wprowadziło do pop-kultury pomysł wirusa zamieniającego …

Leave a Reply