Gorący temat

Deadly Class, tom 6: 1988. To jeszcze nie koniec – a kto umarł, ten nie żyje? [recenzja]

W szóstym tomie “Deadly Class” dochodzimy do punktu przełomowego. I nie, nie chodzi o konkretny punkt w fabule, tylko o kołaczące w głowie czytelnika pytanie – dokąd właściwie ta seria zmierza?

Ostatni zeszyt z poprzedniego tomu w zasadzie zmienił wszystko. Powróciły dwie najważniejsze postaci, które teoretycznie uważaliśmy za martwe, czyli Marcus i Maria i to właśnie ta dwójka zdobi okładkę najnowszego tomu “Deadly Class”. Nosi on znaczący tytuł: “To jeszcze nie koniec” i zamiast ekscytacją przepełnia czytelnika nagłym drżeniem niepokoju nad kierunkiem, w którym podąża seria Ricka Remendera i Wesa Craiga.

Marcus i Maria są zatem razem i celebrują chwile wspólnej radości  gdzieś z dala od zgiełku świata na meksykańskiej plaży. Bardziej powinno nas interesować co słychać u Sayi, która na skutek knowań Quana i jak się okazuje członków jej własnej rodziny, pozostaje pod jej nadzorem w Tokio. Tak jest, Saya również nie poniosła śmierci, cóż to dla niej te kilka ciosów nożem zadane zdradziecką ręką. Dzięki tym wszystkim powrotom z martwych jeszcze bardziej zaznacza się totalna umowność serii Remendra, który pod przykrywką opowieści o szkole dla młodocianych zabójców opowiada tak naprawdę o wstrząsach wieku dojrzewania i wchodzenia w dorosłość. Jednak te dwie sfery zaczynają coraz mniej do siebie pasować, a w szóstym tomie tracą jeszcze ten energetyczny napęd, który dotychczas cechował serię. Coś niebezpiecznie zgrzyta w jej mechanizmie i początkowy, długo utrzymywany czytelniczy entuzjazm nagle zaczyna ulatywać.

Tymczasem w szkole, a potem już poza nią, twórcy skupiają się na grupie nowych uczniów, których poznaliśmy w pierwszym tomie. W tle jest walka z groteskowym, ale bezwzględnym samorządem uczniowskim, a potem ucieczka nowych (plus Petry). I choć Helmut, Zenzele i reszta są bohaterami, którzy dobrze wypełnili pustkę po ekipie znanej z pierwszych tomów, coś w tym wszystkim już nie styka i dają znać o sobie charakterystyczne dla scenopisarstwa Remendera efekty fabularnego przekombinowania. 

To seria, którą wciąż świetnie się czyta i przede wszystkim ogląda, ale mając świadomość, że na amerykańskim rynku jest już dziewięć tomów i zaraz pojawi się dziesiąty, zadajemy sobie wielokrotnie postawione już wyżej pytanie – dokąd ta seria zmierza? Ciągłe roszady w sojuszach, mocniejszy nacisk w aktualnym tomie na teen dramę, puchnąca od wątków fabuła – to wszystko nie wróży dobrze. “Deadly Class” zaczyna swą coraz mocniej rozbudowaną konstrukcją przypominać opus magnum George’a R.R. Martina, którego ten wciąż nie jest w stanie skończyć, bo tak bardzo napompował fabułę (plus oczekiwania czytelników). I właśnie “Deadly Class” ma w sobie coś z “Gry o Tron” – przede wszystkim świetne pierwsze tomy i świetnie skrojonych bohaterów, plus wydawałoby się bezwzględność twórców wobec niektórych postaci. Cóż, jak się okazuje z tą bezwzględnością coś nie wyszło. Remender i spółka chyba za bardzo polubili swoje postaci, żeby dać im szybko odejść i coś czuję, że to po prostu się na nich zemści. Cóż, poczekamy i sprawdzimy w kolejnych tomach.

Deadly Class, tom 6: 1988. To jeszcze nie koniec

Nasza ocena: - 60%

60%

Scenariusz: Rick Remender. Rysunki: Wes Craig. Non Stop Comics 2021.

User Rating: Be the first one !

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

Lycyfer. Wydanie zbiorcze, tom 2 – epicki rozmach na miarę bohatera [recenzja]

„Lucyfer” to monumentalne dzieło, stanowiące najwybitniejszy przykład twórczości autora scenariusza – Mike’a Careya, nie tylko …

Leave a Reply