Gorący temat

Diabeł – kameralna etiuda o samotności w oprawie sensacyjnej [recenzja]

Przy okazji ostatniej powieści Roberta Ziębińskiego – „Metro” – pisałem (trochę przewrotnie) jak to dobrze, że film na jej podstawie jednak nie powstał. Podtrzymuję to zdanie względem wspomnianej książki. Historia w niej pokazana jest nakreślona z nadmiernym wręcz rozmachem, zbyt blockusterowym, hollywoodzkim sznytem, by zdołała ją udźwignąć nasza polska kinematografia. Kinematografia, która od czasów Pasikowskiego nadal cierpi na znaczący niedobór strawnego i umiejętnie realizowanego kina sensacyjnego.

Ale tu pojawia się znów Ziębiński. I to w roli podwójnej, bowiem nie tylko jako autor powieści „Diabeł”, ale jednocześnie scenariusza do filmu na podstawie owej powieści. I tym razem na równi się z filmu cieszę, jak czekam na niego z dużą dawką nadziei. Stąd parafraza poprzedniego tytułu recenzji do książki Ziębińskiego. Bo naprawdę, dobrze, że ten film powstał. Piszę to z perspektywy człowieka, który nie widział jeszcze ekranizacji, ale zna już historię. I jest duża szansa, że to się udało. Naprawdę, mogło się udać.

Wróćmy do książki. Ma okładkę filmową. A ja szczerze nienawidzę filmowych okładek. To najgorsze, co przytrafia się literaturze, to ograbianie dzieła z jego własnej tożsamości, niezależności, wtłaczanie czytelniczej wyobraźni w narzucony schemat reżyserskiej wizji. Ale na tej okładce do „Diabła” jest Eryk Lubos. Odtwórca głównej roli. I pyk, już się nie da inaczej. Już od pierwszych stron Max, były wojskowy, weteran, ma twarz Lubosa. Ma jego sylwetkę, ruchy. Głos. Ale to akurat dobrze, zażywszy na fakt, że Lubos jest bardzo dobrym aktorem. I zaskakująco pasuje – jak się nad tym zastanowić – do przypisanej mu tutaj roli. I choć to przypisanie, przyporządkowanie go do konkretnej postaci, to zespolenie Maxa i Lubosa w jedno może niektórych irytować, to jednak muszę przyznać, że z każdą chwilą, kiedy chciałem wyobrazić sobie Maxa, Lubos nim był. Pasował jak ulał, jakby urodził się dla odtworzenia tej postaci.

Samą fabułą nie grzeszy świeżością. Oryginalnością. Mała mieścina – tym razem Tarnowskie Góry – lokalna społeczność, w tym miejscowy bogacz i cała galeria mniej lub bardziej sztampowych postaci drugoplanowych. I pierwszoplanowy bohater, wracający po latach w rodzinne strony, mierzący się ze śmiercią bliskich, ale i z własną przeszłością. Próbujący poukładać sobie świat, który wynurza się ze wspomnień i rzuca ponury, oceniający cień na ten świat obecny. I oczywiście kłopoty, które nachodzą znienacka, ale i trochę są prowokowane, przez krnąbrną naturę bohatera, przez jego nieumiejętność odwrócenia się plecami i odejścia w chwili, kiedy byłoby to dla niego najlepsze. I nawet powieściowy finał, w zakresie rozwiązania zagadki nie jest jakiś znów nowy. Przecież Wojciech Chmielarz już też go, praktycznie jota w jotę wykorzystał. Cóż, widać, że małe, przygraniczne mieściny posiekane plątaniną pokopalnianych szybów mają ograniczony repertuar zbrodni. Gra więc Ziębiński sztampą i w ogólnym zarysie fabuły i w domknięciu tajemnicy i nawet – po części – w kreacji głównego bohatera. Ale czy to źle?
Bynajmniej, jeśli to wszystko razem wzięte zagra. A w „Diable” gra, jak rzadko kiedy.

Niby to zlepek ogranych klisz sensacyjnego kina, ale jednak mocno zaimplementowanego w polskich realiach, a do tego zgrabnie pogłębionego szerszym portretem postaci Maxa. Pokazaniem jego przeszłości. Swoistej genezy. Źródła, które uczyniło go tym, kim jest.

Bo fakt, że to właśnie Max, jego postać, gra tu pierwsze skrzypce. Nie tylko w ciągu przyczynowo – skutkowym. Nie tylko w zakresie bycia katalizatorem fabularnych posunięć. Max jest znaczący w wymiarze o wiele szerszym, poważniejszym, jako symbol polskiego weterana, który wykorzystany przez państwowy aparat, w chwili, kiedy traci termin przydatności do użycia (z różnych względów, czy to wiekowych, czy zdrowotnych), jest odstawiany na bocznicę… Wróć. Konkretniej – jest wyrzucany na śmietnik. Pozostawiany sam sobie, z własnymi traumami, z własnym bólem. Nie ma dla państwowego aparatu znaczenia. Nie ma znaczenia dla społeczeństwa, któremu ofiarnie służył. I dla którego poniósł niejednokrotnie bardzo wysoką cenę.

Więc jest to z jednej strony prosta, chwytliwa, ale też na swój sposób kameralna opowieść sensacyjna. Oparta na kliszach, ale klisze zgrabnie rozegrane potrafią chwycić za serce. Największe kinowe klasyki nie wyważały otwartych drzwi, ale opowiadały na wskroś znane opowieści. I robiły to znakomicie.

Z drugiej, to trochę społeczny apel. O dostrzeżenie problemu. I choć on w książce wybrzmiewa może mało bezpośrednio (mam wrażenie, że mocniej może być zaakcentowany w filmie), to jednak on tam jest. Jeśli chcemy podrapać trochę w tę wierzchnią pozłotkę rozrywkowej, sensacyjnej opowieści, znajdziemy pod spodem historię o samotności. O odrzuceniu. Niedopasowaniu, bezradności. O poszukiwaniu swojego miejsca w świecie, któremu już nijak nie jest się potrzebnym. A może jednak?

To bardzo dobra książka. Zwyczajnie, Ziębiński potrafi pisać, potrafi składać słowa w zdania w sposób oszczędny, ale i na wskroś trafny. Potrafi zaszyć co nieco pomiędzy wierszami, a zarazem snuć opowieść bardzo obrazowo. Jego historie łatwo przetworzyć na filmowe medium, bo on je bardzo filmowo opowiada. Z określoną dynamiką, tempem akcji etc. Tutaj, w „Diable” ważne jest stonowanie, swoista kameralność. Taka, która sprawia, że potrafię uwierzyć w ekranizację. W to, ze sobie z nią polska kinematografia jednak poradzi. Że udźwignie. Mała polska mieścina, na swój sposób urokliwa, ale i trochę zepchnięta na prowincjonalny margines. Senna, niby nijaka, ale jednak kipiąca od emocji. Niekoniecznie tych dobrych. Można by – na pierwszy rzut oka – uznać, że to tania opowiastka sensacyjna, jakich wiele. Ale udało się Ziębińskiemu ująć w tym tendencyjnym sznycie fabularnym drugie dno. Głębsze, ciekawsze. I ważniejsze, samo w sobie, przez przekaz, jaki niesie. I okazuje się „Diabeł” historią o oczko wyżej pozycjonowaną, niż tania sensacja, jaką zdaje się – na pierwszy rzut oka – być. A może inaczej – może dobra powieść sensacyjna właśnie powinna mówić o czymś więcej? Sięgać dalej, poza klisze, poza otarte schematy? Może w tym kryje się jej wartość? Bo „Diabeł” na pewno tę wartość ma. Zresztą, sami sprawdźcie. W książce. A później też na ekranie.

Diabeł

Nasza ocena: - 85%

85%

Robert Ziębiński. Wydawnictwo Empik Selfpublishig 2023

User Rating: Be the first one !

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Kiedyś Krakus z przypadku, teraz Białostoczanin, z wyboru. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4”, „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”, „Żertwa”, „The best of Histeria”, „Zwierzozwierz” i „Wszystkie kręgi piekła”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. Wydał autorskie zbiory opowiadań: „Ballady morderców” (Phantom Books 2018) oraz „Dreszcze” (Wydawnictwo IX 2021) oraz powieść „Ćmy i ludzie” (Wydawnictwo IX 2022). Pracuje nad kilkoma innymi projektami (które być może nigdy nie doczekają się ukończenia). Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie Martynie oraz popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Uniwersum metro 2033. Paryż: Lewy brzeg – postapo eksperymentalne? [recenzja]

Z najnowszą odsłoną UM2033 mam poważny problem. Bo z jednej strony „Paryż: Lewy brzeg” Pierre’a …

Leave a Reply