Diabeł zza okna – urok mrocznej, słowiańskiej baśni [recenzja]

Polska groza cierpi na kompleksy. Bardzo chciałaby dorównywać zachodnim wzorcom, wypluwając przez to z siebie coraz to nowe, mniej lub bardziej udane kalki zagranicznych trendów. I dopiero, kiedy zaczyna odrzucać ślepe podążanie za modą, za wzorcami opowiedzianymi już dziesiątki razy, potrafi zaskoczyć. Świeżością, oryginalnością. Tak jest z „Diabłem zza okna” Anny Musiałowicz, który pokazuje, że umiejętne przetworzenie starych motywów może się udać, jeśli podejdziemy do tego ze starannością i talentem.

Można by się spierać co do czystości gatunkowej debiutanckiej powieści Musiałowicz. Czy to aby na pewno horror? Może bardziej fantasy? Mroczna baśń z elementami horroru? Jednak pewna gatunkowa relatywność w żaden sposób nie przekreśla przynależności tej książki do horroru. Mamy klasyczną, mocno nostalgiczną opowieść o klątwie z przeszłości, jest mnogość nadprzyrodzonych elementów. Jest tytułowy diabeł. Jest – na wskroś przesycająca tę powieść – słowiańska dusza. Ale jeśli doszukiwać się będziemy koniecznie zaprzeczenia tej kwalifikacji gatunkowej, to również te same argumenty możemy zastosować do „Nie ma wędrowca” Wojciecha Guni. Z którą to powieścią „Diabeł zza okna” ma kilka punktów stycznych – o czym za chwilę.

Warsztatowo ta powieść niewątpliwie urzeka nostalgiczną poetyką, sielskością polskiej wsi, którą wielu zapewne ma okazję jeszcze pamiętać. Z czasów młodości, kiedy nie byliśmy tak zdominowani przez cyfrowe technologie. Osobiście wychowywałem się na takiej wsi, jak z książki Musiałowicz, więc tym bardziej potrafiłem się w sztafażu powieściowym odnaleźć. Realia, cała scenografia, oddane są z precyzją, świetnie odmalowują rzeczywistość, która w późniejszym etapie jest starannie dekonstruowana przez coraz silniejsze manifestacje nadprzyrodzonego.

To zresztą element, który bardzo blisko zestawia „Diabła zza okna” ze wspomnianym „Nie ma wędrowca”. To dekonstruowanie przedstawionego realizmu. Obnażanie jego kruchości, odsłanianie, krok po kroku jego drugiej, spodniej, tej nadnaturalnej warstwy, która manifestuje się najpierw dostrzeganą przez bohaterkę postacią diabła, a później o wiele poważniejszą, bardziej otwartą, mocniej ingerującą w rzeczywistość manifestacją siły niewytłumaczalnej w sposób racjonalny.

Powieść Musiałowicz wykorzystuje klasyczny motyw klątwy sprzed lat, która nadal, w określonych odstępach czasu wraca, by dopełniać wciąż i wciąż na nowo mrocznego dopustu. Jednak autorka umiejętnie przetwarza ją na (prawie) współczesne realia, czyniąc historię ciekawszą, oryginalniejszą, świeższą. Pozbawia ją wtórności, nadaje nowego wymiaru i pozwala zdarzeniom dziać się powoli, nie niwecząc – mimo makabrycznych przecież zdarzeń – sielskości nastroju.

Ale – co kluczowe – Musiałowicz nie opiera się tylko i wyłącznie na elementach grozy. Nie epatuje nimi przesadnie, dozuje je ze starannością zgoła aptekarską, co nie tylko pozwala jej umiejętnie wykreować napięcie, ale jednocześnie nie przesadzić. Nie przekształcić „Diabła zza okna” w przejaskrawioną, komiksową opowiastkę. Autorka konsekwentnie buduje nastrój przyjaznej ( w dużej mierze już minionej, ale wspominanej z rozrzewnieniem) wsi, własnej młodości, tęsknoty za minionym. I ta, obyczajowa warstwa stanowi tak naprawdę trzon opowieści, a jednocześnie podstawę, dla wprowadzania wspominanych, dekonstruujących ją elementów nadprzyrodzonych. A kiedy wraz z każdą przeczytaną stroną, ta rzeczywistość, którą wspominamy, do której tęsknimy i w której autorka pozwoliła się nam już zadomowić, powoli zaczyna się rozpadać, rozsypywać, odsłaniając kolejne elementy tajemnicy sprzed lat (ale też ujawniając, że realizm otaczającego nas świata jest tylko fasadą, pod którą kryje się o wiele więcej) odczuwamy naturalny, atawistyczny lęk. Wynikający głównie z utraty poczucia bezpieczeństwa, co wywodzi się właśnie z powolnej, ale systematycznej dekonstrukcji rzeczywistości, obnażania jej kruchości, ułomności. Tracimy poczucie stabilizacji, co odruchowo wzbudza niepokój.

Sama sylwetka diabła pozornie nie tchnie grozą, jawi się jako istota dość pocieszna. Mocno kojarzy się ( wizualnie) ze stworem z filmu „Przyjaciel Wesołego Diabła”, choć w powieściowej odsłonie nie jest to stworzenie tak pocieszne i przyjazne.

Fabuła jest dopracowana, wydarzenia wynikają z siebie z odpowiednią konsekwencją, postacie wykreowane są realistycznie. Jest kilka zaskoczeń w finale. Jest niezwykła poetyka w stylu pisania, która przywodzi na myśl choćby prozę Agnieszki Kwiatkowskiej, czy Anny Kańtoch. Redaktorem powieści był Juliusz Wojciechowicz – sam będący świetnym warsztatowo autorem – więc, siłą rzeczy, praca tego duetu musiała się udać. I udała się, nad podziw. Widać, że autorka z redaktorem porozumieli się idealnie – i taki jest tego efekt.

„Diabeł zza okna” to opowieść niezwykła. Bardzo dopracowana, jak na debiut. Urzekająca poetyką, nastrojem. Opowiadająca ciekawą, oryginalną, choć opartą na klasycznym motywie historię. To z jednej strony cudowny powrót do dzieciństwa, wspomnienie czasów, kiedy byliśmy młodsi i wszystko było prostsze, a z drugiej niekonwencjonalna, pięknie opowiedziana historia grozy, przesycona naszym, rodzimym folklorem.

Diabeł zza okna. Autor: Anna Musiałowicz. Wydawnictwo Dom Horroru 2020

Ocena: 9/10

Mariusz Wojteczek

Avatar
Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Mgława – historie pisane krwią, magią i prochami [recenzja]

Zwykle bardzo alergicznie reaguję na wydawnicze hasła umieszczone na okładkach i obwołujące daną pozycję „najlepszym …

Leave a Reply