Gorący temat

Droga bez powrotu. Geneza – podejście siódme znaczy ambitne [recenzja]

Prościutką historię o zamieszkujących amerykańskie lasy zmutowanych kanibalach można lubić albo i nie, ale jedno trzeba jej przyznać: nie zmieniając koncepcji potrafiła utrzymać się przy życiu przez sześć kolejnych filmów.

Mimo że uczciwie podchodząc do sprawy trudno nie zgodzić się z tym, że jej jakość ostro pikowała w zasadzie już od części trzeciej wzwyż, „Droga bez powrotu” i tak stanowiła oczko w głowie wszystkich miłośników B-klasowego gore. W dobie horroru redefiniowanego przez twórców takich jak Mike Flanagan czy Ari Aster, nie mogło jednak zabraknąć podjęcia próby uczynienia z niej filmu mającego znacznie większe aspiracje niż rozlew krwi. I wiecie co? To się nawet udało.

Choć w sieci natknąć się można na informacje jakoby część siódma była spin-offem serii, w praktyce nietrudno przypiąć jej łatkę reboota. Innymi słowy, oprócz tytułu i pomysłu wyjściowego „Droga bez powrotu. Geneza” nie ma wiele wspólnego ze swymi poprzedniczkami. Zapomnijcie o zmutowanych mieszkańcach lasu, zapomnijcie o radosnym splatterze przyprawionym fatalnym aktorstwem – tym razem w Appalachy wybieramy się z grupą młodych bohaterów, którzy zbaczając ze szlaku staną naprzeciwko najprawdziwszej, odciętej przez dekady od zdobyczy cywilizacji społeczności. Jak można się już na tym etapie spodziewać, zderzenie obu światopoglądów musi spowodować, że trup będzie ścielił się gęsto.

I tak też się w nowej „Drodze bez powrotu” dzieje, choć nie do końca w taki sposób w jaki moglibyśmy się tego spodziewać. Wspomniany wcześniej Ari Aster nie znalazł się tu przypadkiem, bowiem cała idea odizolowanej od świata społeczności z własnymi zasadami ma całkiem sporo paralel z jego „Midsommar. W biały dzień”. Podobieństw jest zresztą więcej – zarówno jeśli mówilibyśmy o przekazie jakim całość wybrzmiewa, czy zastosowanych środkach wyrazu. Ten pierwszy jest dość uniwersalny, każe nam bowiem poddać w wątpliwość kwestię wyższości naszego rozwiniętego technologicznie świata nad życiem na uboczu. Czy inne znaczy złe? Na to pytanie scenariusz Alana P. McElroy’a nie zamierza udzielać jednoznacznej odpowiedzi, dostarczając argumentów zarówno jednej jak i drugiej stronie sporu. Ciężko rzecz jasna określić tego typu refleksje mianem przełomowych, choć biorąc pod uwagę kierunek w jakim toczyła się seria w ciągu kolejnych lat, to i tak już więcej niż norma.

Bardzo „Midsommarowo” prezentują się także sceny śmierci kolejnych uczestników ekspedycji – choć mimo wszystko, „Droga bez powrotu. Geneza” dużo więcej widzowi pokazuje, ciężko nazwać kilkusekundowe ujęcia kamery pełnoprawnym gore, a i sama przemoc nie jest już tak przerysowana jak to, do czego przyzwyczailiśmy się przez lata. Poza tym, film wypada technicznie zupełnie przyzwoicie – aktorstwo nie wywołuje unoszenia brwi, a kamera dynamicznie prześlizguje się przez leśne ostępy. Ot, porządna, rzemieślnicza robota.

Niemniej jednak, film  Mike’a P. Nelsona ma też swoje problemy. Kuleje przede wszystkim rozczłonkowanie akcji na dwa wątki – z jednej strony mamy bowiem bohaterów którzy całkiem szybko zostają zdziesiątkowani, z drugiej integralną dla całości znacznie bardziej niż początek mógłby na to wskazywać kwestię poszukiwań jednej z bohaterek przez jej ojca. Prawdę mówiąc liczyłem nieco, że twórcy próbują w ten sposób zmyślnie wymanewrować nas fabularnym twistem, ale nic z tych rzeczy – to wątek prosty od A do Z, który niewiele wnosi wartości dodanej, a odbiera czas ekranowy pozostałym postaciom. W związku z tym, młodzi bohaterowie odmalowani są jedynie zdawkowo i skutkiem tego, nawet przez moment nie będzie nam zależało na ich losie.

„Droga bez powrotu. Geneza” to jednak zupełnie udana próba skierowania zużytej już serii na nowe tory. Pewne potknięcia są na tym etapie wybaczalne, zwłaszcza że materiał źródłowy raczej nie predestynuje kolejnych iteracji fabuły do czegoś mogącego choćby po cichu wdrapywać się na miejsce zarezerwowane dla filmów „ambitnych”. Wyszło zatem nieźle i zdecydowanie jest tu potencjał na dalsze rozwinięcie materiału. Jeśli twórcy zdecydują się pójść w tym kierunku, to nie tylko mają szansę wrócić w jednym kawałku, ale też cokolwiek niespodziewanie, kolejne lata dla „Drogi bez powrotu” mogą okazać się tłuste.

Foto © Saban Films

Droga bez powrotu. Geneza

Nasza ocena: - 65%

65%

Reżyseria: Mike P. Nelson. Obsada: Charlotte Vega, Matthew Modine, Bill Sage. USA/Niemcy/Kanada, 2021.

User Rating: Be the first one !

Maciej Bachorski

Maciej Bachorski
Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i przyzwoitej (znaczy, nie tylko single malt) whisky. Pisywał dla "Playboya", "PIXELA", czy "Wiedzy i Życia", a obecnie współpracuje z "Nową Fantastyką", "CD-Action" i "Netfilmem".

Zobacz także

Minari – być potrzebnym [recenzja]

“Minari” świętuje ostatnio sukcesy w różnych branżowych zestawieniach filmowych w kategorii drugoplanowej roli dla Yuh-Jung …

Leave a Reply