Dzień wagarowicza – pierwszy udany polski slasher [recenzja]

Ta książka ma wszystko to, czego zabrakło filmowi Bartosza M. Kowalskiego „W lesie dziś nie zaśnie nikt”. I gdyby reżyser poczekał, to Robert Ziębiński mógłby mu zaoferować praktycznie gotowy scenariusz na pierwszy polski slasher. A z pewnością scenariusz lepszy, niż ten, który Kowalski napisał z Zaradek i Kwiecińskim. Bowiem „Dzień wagarowicza” to zdecydowanie książka bardzo filmowa. I w tym tkwi jej siła.

PRL to okres, który fascynuje. Burzliwe, trudne, często bolesne losy naszej powojennej ojczyzny często stają się kanwą dzieł popkultury, a jak widać na powyższym przykładzie, także wdzięcznym teatrem zdarzeń dla krwawego horroru. Niby prosta konstrukcja amerykańskiego slashera – o grupie nastolatków odizolowanych w leśnej głuszy, których coś kolejno ( i krwawo i efektownie) zabija, została przez Ziębińskiego zgrabnie przetworzona, przeniesiona na polski grunt i osadzona w dość specyficznym okresie. Ale właśnie umiejętność wykorzystania właśnie tej specyfiki czasu akcji to największy sukces autora.

Ta powieść to doskonałe odniesienie się do konwencji, w której niby powiedziano już wszystko. Tej miałkości i powtarzalności nie udało się uniknąć do końca twórcom wspomnianego na wstępie filmu, ale zgrabnie wybrnął z impasu Ziębiński, wykorzystując w ciekawy sposób tło polityczno – historyczne i punkt kluczowy – śmierć Bieruta, która niebezpiecznie zachwiała układem sił w naszym kraju.

Mamy więc odosobnioną chatę na Mazurach, gdzie zwykła bawić się komunistyczna wierchuszka i gdzie trafia, z grupką znajomych, także główna bohaterka – Inga Ochab. Tak się składa, że córka najważniejszego człowieka w państwie. I to niby dobry powód, by jej nie lubić, no bo przecież to dziecię komunistycznego dygnitarza, zresztą ochoczo korzystające z przywilejów wynikających bezpośrednio z władzy ojca… Ale z drugiej strony postać Ingi przedstawiona jest nam w nad wyraz ciepły sposób. I odruchowo zaczynamy ją akceptować, oswajać się z nią, a nawet darzyć sympatią. To – mimo wszystko – typowa nastolatka swoich czasów, pragnąca zabawy, radości, relacji z rówieśnikami przy muzyce z zakazanych ówcześnie płyt. Lubimy ją, bo odruchem odnosimy ją do samych siebie z okresu młodości.

Oczywiście okolica wspomnianej mazurskiej daczy nie jest do końca spokojna i bezpieczna. Nieopodal znajduje się radziecki ośrodek badawczy, w którym prowadzone są tajne eksperymenty genetyczne…

Cóż, nie trudno się domyślić, że z owej bazy coś ucieknie i zacznie polować. Nietrudno też założyć, że w zasięgu łowczego terenu tajemniczego stworzenia znajdzie się wspomniana grupka komunistycznej bananowej młodzieży. Tego, że nie wszyscy przeżyją do finału też dodawać nie muszę…

Tak, zdawać by się mogło, że Ziębiński tylko gra na starych skrzypcach starą melodię, która już wszystkim zdążyła się znudzić. Jednak – co ważne – osadzenie powieści w skrajnie polskich, PRL-owskich (a przez to rzeczywiście wyjątkowych) realiach, fabuła nie wypada aż tak sztampowo, jak mogłoby się na początku wydawać. Tym bardziej że twórca wprowadza arcyciekawą postać dodatkową – żołnierza wyklętego, ukrywającego się w mazurskich lasach. Owianego legendą Romana „Tropa” Kieleckiego. I stanie się „Trop” jedną z kluczowych postaci w całej historii, w dodatku w roli dla siebie dość dwuznacznej – ratującego latorośle znienawidzonych wrogów z kręgów komunistycznej władzy.

Ziębiński doskonale rozumie konwencję slasherowego horroru. Zresztą, sam we Wstępie wspomina, ze „Dzień wagarowicza” powstał właśnie z miłości do filmów ze „złotej ery” tego gatunku Może nawet nie tyle rozumie ją lepiej, co Kowalski, ale w bardziej umiejętny sposób adaptuje ją na polskie realia. I unika praktycznie wszystkich błędów i potknięć, co twórcy „W lesie dziś nie zaśnie nikt”. Ze znanych doskonale miłośnikom slasherów elementów składa zupełnie nową jakość . Jakość naszą, polską. Mamy tu wszystko, czego można by oczekiwać. Tajne radzieckie stacje badawcze i potwory będące wypadkową nieludzkich eksperymentów. Mamy bananową młodzież tamtego okresu, mamy zakazaną ówcześnie muzykę, odtwarzaną z płyt gramofonowych. Mamy zaszczutego, wyczerpanego wojennym koszmarem polskiego bohatera, który znów musi chwycić za broń. Paradoksalnie – w obronie tego, czego przecież nie do końca chce bronić, bowiem uosabia to, obrazuje, wszystko, co ten nienawidzi…

To misterna konstrukcja, w której nie ma przypadkowych elementów, w której wszystkie klocki do siebie pasują. I choć nastawiamy się na historię do cna sztampową, to dostajemy zgrabnie skrojony dla owej sztampy hołd.

Często przywołuję film Bartosza M. Kowalskiego, jednak po lekturze powieści okaże się to zrozumiałe. Zbyt wiele tu punktów stycznych, zbyt wiele zależności i podobieństw, by tego nie dostrzec. Rzecz jasna nie sugeruję bynajmniej, że jedna strona kalkowała drugą. Zbieżności wynikają z tej samej wziętej na warsztat konwencji. Tych samych, przetwarzanych schematów. Z tym, że Ziębiński w warstwie fabuły poradził sobie o wiele lepiej, niż trio autorów wspominanego scenariusza.

Pierwszy polski slasher powieściowy okazuje się być książką w swojej kategorii znakomitą. Jest krew, jest makabra – ale dobrze wyważona ilościowo, bez przesadyzmu. Jest dobrze umotywowana geneza kolejnych postaci, nawet głównego antagonisty, który nie wziął się znikąd, który nie spadł z nieba, ale który jest pokłosiem, wypadkową swoich czasów i grzechów władzy tamtego okresu.

Jest romans, jest seks, który przecież stanowi nieodłączny element tego typu konwencji. Jest wątek patriotyczny, nakreślony umiejętnie, dwuznacznie, bez specjalnej egzaltacji, a w oparciu bardziej o zwykłe, ludzkie odczucia. Jest solidne tło polityczne ( realistyczne na tyle, na ile to konieczne) i ciekawa podbudowa historyczna wynikająca z osadzenia akcji w okresie powojennym. Jest może nieco przerysowane zakończenie, które jednak godnie stara się wieńczyć dzieło.

Słowem – jest wszystko, co dobra powieść w tej konwencji mieć powinna. A co najważniejsze, całość jest znakomicie ze sobą połączona. I świetnie się czyta.

Dzień wagarowicza. Robert Ziębiński. Dom Wydawniczy Rebis 2020

Ocena 9/10

Mariusz Wojteczek

Avatar
Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Mgława – historie pisane krwią, magią i prochami [recenzja]

Zwykle bardzo alergicznie reaguję na wydawnicze hasła umieszczone na okładkach i obwołujące daną pozycję „najlepszym …

Leave a Reply