Gorący temat

Gościni – literacko straszyć każdy może… ale nie każdy powinien [recenzja]

W przypadku „Gościni” Marcina Napiórkowskiego najmocniej przeraża zarówno okładkowy opis, jak i reklamowe hasło: „Stephen King spotyka Umberta Eco”. I to niestety książka służąca za doskonały przykład, jak niewiele pojęcia o horrorze mają i głównonurtowi wydawcy i twórcy, którzy nagle stwierdzili, że grozę napisać jest rozbrajająco łatwo.

Wydawnictwo Literackie – wydawca nobliwy i niewątpliwie na polskiej niwie literackiej zasłużony – sięga po gatunek dotychczas z gruntu u niego nieobecny, czyli horror. Ale to, co byłoby światełkiem w tunelu ignorancji rynkowej wobec polskiej grozy, okazuje się nie tylko przysłowiową jedną jaskółką, nieczyniącą wiosny, ale wręcz sztandarowym pokazem tego, jak bardzo polscy duzi gracze wydawniczego rynku nie mają o horrorze pojęcia. Ani tym rodzimym, ani w ogóle.
„Gościni” reklamowana jest wyżej wspomnianym hasłem i boli już nie tylko standardowe (i nijak niepasujące) odniesienie do Kinga, ale jeszcze przywołanie tu na pomoc samego Umberto Eco. Po co, dlaczego? Nie umiem tego wyjaśnić, choć już jestem po lekturze. Jedno cytatowe odniesienie w treści to za mało, by świecić nazwiskiem wybitnego pisarza na okładce. Tak, jak nie pojmuję, co robi wtrącony w tymże okładkowym opisie Stanisław Lem (sic!), co jeszcze bardziej obnaża nieobeznanie w horrorze redaktora czuwającego nad niniejszym projektem wydawniczym. I niestety to kroczenie po ścieżce wydeptywanej ostatnimi laty chętnie przez coraz to nowych wydawców (jak niedawno Prószyński i S-ka, wydający horroropodobną prozę Puzyńskiej, czy Zysk i S-ka serwujący nam kolejne powieści Jolanty Bartoś – nieco sprawniejszej literacko, ale nadal eksplorującej wyłącznie boleśnie ograne, grozowe klisze, zmieszane z bardzo grubą warstwą obyczajową). I otrzymujemy w efekcie produkt nie całkiem będący horrorem, ale nieudolnie się o grozę ocierający, grający znów wyświechtanymi do cna kliszami, wśród których oryginalne są najwyżej hasła marketingowe („Beskidzkie Stranger Things!”).
I największa w tym całym marketingowym miszmaszu szkoda samej „Gościni”, bo nie można powiedzieć, by książka Napiórkowskiego stylistycznie była napisana źle, by nie miała potencjału, by nie dało się z niej wykrzesać nieco więcej… Ale autor – odnoszę nieodparte wrażenie – też niewiele z horroru czytał i serwuje nam prosty, bardzo przewidywalny fabularnie schemat, podbudowany kilkoma (miejscami interesującymi) przemyśleniami, podbarwiony coraz modniejszą ostatnio słowiańszczyzną, ale jednak nie zawierający niczego głębszego, kontekstowo szerszego.
Klasyczna opowiastka o – tym razem bardzo medialnej, youtubowej – rodzince, która trafia w trakcie burzy na odludzie i znajduje ratunek w skromnej, wiejskiej chacie. Chata okazuje się przaśną, ale urzekającą w swojej przaśności agroturystyką, a w dodatku leży na skraju urokliwej mieściny, której największym problemem jest… chwilowy brak zasięgu, internetu itd., wynikający z poważnej awarii, jaką przysporzyła wspomniana burza. A że samochód naszych bohaterów tez uległ zagadkowej, mechanicznej kontuzji w wyniku wspomnianego zdarzenia meteorologicznego, to łatwo przewidzieć ciąg dalszy.
Mieścina tylko z pozoru jest taka sielska i urokliwa, bo coś w niej wyraźnie nie gra, co wyczuwają wpierw młodociane latorośle, ale same nie są w stanie jednoznacznie określić źródła swoich lęków.
Wraz z rozwojem fabuły atmosfera będzie wyraźnie gęstnieć, niewidzialna pętla zaciskać się będzie wokół naszych bohaterów, aż do oczywistej i koniecznej przecież kulminacji.
Przyznaję, z początku zgrabnie buduje Napiórkowski napięcie, dorzucając kolejne dwuznaczności do kreowanego obrazu. I na tym etapie nawet wybaczyłem ogólną tendencyjność, przewidywalności pomysłu. Tylko że, praktycznie do końca niewiele – poza tym powolnym, wręcz mozolnym piętrzeniem napięcia – się dzieje. I nawet jeśli założymy, że to powieść młodzieżowa, jeśli wciśniemy ją do szeroko rozumianego young adult, to nadal za mało w tym wszystkim dynamiki. Jest z grubsza sprawne zawiązanie akcji… i długo, długo nic, aż do kulminacji. Po części przewidywalnej, choć przyznam, że końcowy twist się autorowi udał. Nie tyle przez zaskoczenie (dość łatwo uważny czytelnik go przewidzi), co poprzez kontekst emocjonalny, jaki ze sobą niesie. I to z pewnością plus książki.
Ale oceniając całościowo, to pozycja z potencjałem, który jednak, w dużej mierze, nie został wykorzystany. Szukając podobieństw i literackich tropów, warto przywołać dylogię „Zmorojewo” / „Świątynia” Jakuba Żulczyka, które jednak cechowało się dużo bardziej wartką akcją. I było lepiej wykonane. Napiórkowski miał ogólny konspekt opowieści, miał kierunek, w którym chciał podążać i bliski sobie przekaz akcentowania naszego uzależnienia od nowoczesnych technologii, ale nie bardzo wiedział, czym ów ogólny rys fabularny wypełnić. Zabrakło w wykonaniu prawdziwego napięcia, dynamiki, żywiołowej akcji. Szkoda. Bardzo szkoda, bo znów polska groza postrzegana będzie – przez tę i podobne jej publikacje – jako miałka i mało oryginalna. A zmarnowany i zupełnie przestrzelony marketing wydawniczy pokazuje, jak decydenci, mający wpływ na kształt tegoż rynku nie mają bladego pojęcia o literackiej grozie, którą ostatnio z jakichś względów chcą wydawać. Dlatego – mimo określonej, warsztatowej sprawności w samym pisaniu – muszę ocenić „Gościnię” jako kolejny „niedzielny horror”, który z dobra jakościowo, oryginalna fabularnie grozą wiele wspólnego nie ma. I to nie w tym rzecz, że Napiórkowski nie potrafi pisać. Po prostu sięgnął (ostatnio – nie on jeden) po gatunek, na którego tworzeniu nie bardzo się zna. A jeśli nawet straszyć każdy może, to z pewnością nie każdy powinien.

Ale za tytuł — zdecydowanie plus. Zgrabne wykorzystanie feminatywu, dla określenia głównej antagonistki powieści, w dodatku użycie go w tytule zwiastuje określony zamysł oswajania masowego odbiorcy z samym funkcjonowaniem feminatywów w kulturze, który warto pochwalić.  Zresztą, sama okładka, z ciekawym zamysłem typograficznym także prezentuje się udanie. Nie jest kiczowato przerysowana, udatnie wpasowuje się w treść, ale i sugeruje określony, przemyślany koncept swojego twórcy.

Nie wiem, komu tę książkę polecać, jeśli w ogóle. To raczej powieść młodzieżowa i do nastolatków ma jakkolwiek szansę trafić. Z drugiej strony wydawca sam nie może się zdecydować, czy kusić małoletnich (wspomniane beskidzkie Stranger Things), czy dorosłych (King, Lem i Eco). Moim zdaniem nie trafi ta pozycja w pełni do żadnej grupy. Na pewno zaś nie do tych, którzy mają pojęcie, jak powinien wyglądać dobry małomiasteczkowy horror. Niestety.

Gościni

Nasza ocena: - 60%

60%

Marcin Napiórkowski. Wydawnictwo Literackie 2023

User Rating: Be the first one !

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Kiedyś Krakus z przypadku, teraz Białostoczanin, z wyboru. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4”, „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”, „Żertwa”, „The best of Histeria”, „Zwierzozwierz” i „Wszystkie kręgi piekła”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. Wydał autorskie zbiory opowiadań: „Ballady morderców” (Phantom Books 2018) oraz „Dreszcze” (Wydawnictwo IX 2021) oraz powieść „Ćmy i ludzie” (Wydawnictwo IX 2022). Pracuje nad kilkoma innymi projektami (które być może nigdy nie doczekają się ukończenia). Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie Martynie oraz popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Po zbutwiałych schodach – realizm magiczny w najlepszym wydaniu [recenzja]

„Po zbutwiałych schodach” to najnowsza powieść wywodzącej się z estetyki grozy, utalentowanej autorki Anny Musiałowicz, …

Leave a Reply