Hitman, tom 2 – bezkompromisowy pokaz politycznej niepoprawności [recenzja]

Jest kilka serii komiksowych, które są mniej lub bardziej niepoprawne politycznie, ale które mimo tego niezmiennie wielbię od lat. Jedną z takich serii jest właśnie „Hitman” duetu Ennis/McCrea, debiutujący swego czasu jeszcze pod szyldem nieistniejącej już dawno Mandragory. A drugi tom wydania zbiorczego od Egmont zdobywa w cuglach tytuł najbardziej pokręconego komiksu tego roku. I nie ma przebacz, nic mojego zdania nie zmieni.

Garth Ennis zasłynął swoimi szalonymi, obrazoburczymi wizjami i kreacjami bohaterów, których trudno obdarzyć sympatią. Pomijając już nawet szaloną serię „Kaznodzieja”, czy okultystycznego „Hellblazera”, ale kto pamięta choćby „Pielgrzyma”? Albo nie mniej przekraczającą wszelkie granice (w tym dobrego smaku) „Pro”? Ennis to twórca, który nie uznaje świętości, który wyszydzi boleśnie i bezpardonowo wszystko i wszystkich. A jego najbardziej bezpośrednim i najmocniej ironicznym w dorobku pozostaje zdecydowanie właśnie „Hitman”.

Tommy Monaghan nie miał lekko. Dorastanie w skrajnej biedzie w sierocińcu nie dało mu w życiu łatwego startu, a jedną z niewielu dostępnych profesji była właśnie ta płatnego zabójcy. Tommy nie dyskutował za wiele. Jak się mieszka w dzielnicy zwanej Cauldron, w samym sercu Gotham City, to nie ma się za wiele do powiedzenia.

Co ciekawe, to postać zabójcy dość specyficznego. Monaghan starannie dobiera sobie zlecenia – nie zawsze kluczowa jest stawka – i ma swoje żelazne zasady. Owszem, nie ma ich zbyt wiele, ale tych, które ma, nie lamie nigdy. Do tego w mieście, jakim jest Gotham, gdzie praktycznie każdy glina ma krew na rękach i brud za paznokciami, Tommy urasta w dzielnicy do rangi wręcz lokalnego bohatera…Cóż, poniekąd walczy ze „złymi”, choć środki, jakich do tego używa i fakt, że oczekuje określonej wcześniej, sprecyzowanej gratyfikacji, to już inna historia.

Tom drugi wydania zbiorczego nadal przynosi nam to, do czego „Hitman” zdążył nas już przyzwyczaić. Nie ma tu żadnych tabu, jest za to mnóstwo spluw, trup ściele się gęsto, cało z opresji wychodzą tylko nasz bohater i jego najbliżsi… Do tego totalna demolka, zaskakujące sojusze i mnóstwo, mnóstwo zgryźliwej ironii. Tym razem może i nie dostaje się brytyjskiej rodzinie królewskiej (jak to miało miejsce w „Hellblazerze”), ale dziadek czarnoskórej oficer Tiegel… Dobra, nie powiem, co z nim jest nie tak. Sprawdźcie sami. W tym tomie mamy kilka historii, jak „Lokalni bohaterowie” – gdzie gościnnie występuje widoczny już na okładce Green Lantern, „Noc zombie w oceanarium Gotham” – i założę się, że tak pokręconej historii o zombiakach jeszcze nie czytaliście oraz As zabójców” ze znaczącym, gościnnym udziałem demona Etrigana, odzianą w obcisły lateks Catwoman oraz kluczową rolą Ustępu ósmego – najdziwaczniejszej grupy superbohaterów, jaką widział komiks – pod przywództwem nikogo innego, jak stałego bywalca Noonans – Sixpacka.

Na koniec jeszcze krótka (i romantyczna!) historia „Pocałuj mnie”,z której dowiemy się że nawet płatny zabójca ma prawo do miłości oraz opowieść świąteczna „Zlecenie na Mikołaja”… która sprawi, że spojrzycie na Świętego M. nieco inaczej.

Jest w tym komiksie wszystko, za co uwielbiam Ennisa, a może i ciut więcej. To przede wszystkim olbrzymia dawka niczym nieskrepowanej przemocy, ignorowania politycznej poprawności i niewybrednych żartów, w sumie ze wszystkiego. Przekonuje was to? Radzę, wam, dobrze się zastanówcie, nim zaczniecie czytać „Hitmana”, bo po lekturze nie będzie już odwrotu…

Graficznie jest dobrze, choć przyznam, że kreska Johna McCrea sprawia wrażenie nieco koślawej, bądź niedbałej. Co ciekawe, to całkiem nieźle pasuje ona do specyfiki samej historii. Jej swego rodzaju prześmiewczość zdaje się wzmacniać scenariusz Ennisa i całość wypada jeszcze dosadniej.

Rysownik skupia się głównie na postaciach, choć i one traktowane są dość schematycznie, to w porównaniu z tłami poszczególnych kadrów wypadają nieźle, bo te są nie tyle oszczędne, co minimalistyczne. Czy to źle? Nie do końca. Taką kreskę trzeba polubić, oswoić się z nią. Tu pierwsze skrzypce zdecydowanie gra opowiadana historia, a rysunek jest jedynie uzupełniającym dodatkiem – co nie jest znów tak częstym zjawiskiem w tym, opartym przecież głównie na grafice medium.

Z pewnością, jeśli sięgacie po ten album, to macie za sobą tom pierwszy i przesadnie nie trzeba was przekonywać. Pozostaje mi tylko przyznać: dobry wybór. I trochę zazdrościć, że lektura jeszcze przed wami. Na szczęście Egmont zapowiada wydanie w pięciu tomach całości serii, więc jest na co czekać. Dla fanów szalonych pomysłów i bezpardonowego humoru w stylu powellowskiego „Zbira”, „Hitman” to zdecydowanie tytuł spod znaku „musiszmieć”.

Hitman. Tom 2

Nasza ocena: - 90%

90%

Scenariusz: Garth Ennis. Rysunki: John McCrea. Wydawnictwo Egmont 2020

User Rating: Be the first one !

Mariusz Wojteczek

Avatar
Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Księgi Magii, tom 1: Dobór składu –  magiczne wybory młodego czarodzieja [recenzja

“Księgi Magii” to kolejna z serii wydawanych w ramach projektu Sandman Uniwersum. I dzięki jej …

Leave a Reply