Invincible, tom 6 – jaka piękna rozpierducha [recenzja]

Dotarliśmy wreszcie do półmetka najlepszej serii superbohaterskiej we wszechświecie. To szczególny moment, bowiem mamy do czynienia z najbardziej emocjonującym i najintensywniejszym dotychczas tomem.

Robert Kirkman prowadzi narrację szóstego tomu jak Alfred Hitchcock, zaczyna od solidnego grzmotniecia, czyli powrotu Angstroma Levi z zastępem Invincibli z alternatywnych wymiarów. Ta niezwykle epicka bitka jest jednym z najlepszych crossoverów w historii medium, a jednocześnie prztyczkiem w nos dla Marvela i DC. Pojawiają się tu znane postacie z uniwersum Image, m.in. Spawn, Savage Dragon, Witchblade czy Pitt, które wspólnie z głównym bohaterem odpierają inwazję. Objętość tego zeszytu jest powiększona, ale i tak na tej niewielkiej powierzchni Kirkman udowadnia, że da się opowiedzieć emocjonującą i angażującą historię bez potrzeby mnożenia tie-inów, prequeli i innych zbędnych serii. Opowieść jest zwarta i intensywna, wszystko co potrzeba do jej zrozumienia, zostało wcześniej anonsowane na łamach poprzednich albumów, a każdy z gościnnych herosów dostaje swoje pięć minut. Perfekcja.

Na zgliszczach tej inwazji autor buduje kolejną emocjonującą rozpierduchę, nie dając głównemu bohaterowi ani chwili wytchnienia. Pojawia się Qonquest, agent Viltrum, którego zadaniem jest zrehabilitować Invincible’a albo go unicestwić. Oczywiście to pierwsze jest niewykonalne, więc dochodzi do wręcz epokowego pojedynku, który trwa aż trzy kolejne rozdziały. I tutaj jest masa niesamowitych emocji i kapitalnych zwrotów akcji, a zagrożenie życia bardziej realne niż w jakimkolwiek komiksie Marvela i DC. Zaraz potem przenosimy się w kosmos, gdzie dostajemy wgląd na działania Allena i Nolana, będące przygotowaniami do wojny z Imperium Viltrumiańskim. To jednocześnie rozwikłanie kilku mniejszych wątków rozsianych w poprzednich tomach. Następnie dostajemy chwilę wytchnienia w postaci “potworów tygodnia” – Kirkman w kolejnych zeszytach wprowadza nowe postacie (Dinosaurus i Universa) i kończy wątek mózgonogów. Ostatni rozdział “Invincible: Returns” to wstęp do Wojny Viltrumiańskiej, która rozpocznie się w kolejnym albumie. W trakcie wydawania serii w zeszytach pełnił on rolę idealnego miejsca dla nowych czytelników, od którego można wskoczyć do serii.

Szósty tom to także jedne z najlepszych prac w wykonaniu Ryana Ottleya. To już był ten etap w karierze rysownika, gdzie jego styl w pełni się uformował, a dzięki intensywnej fabule, mógł się pokazać z najlepszej strony. Mnóstwo tu dwustronicowych kadrów z epickimi ujęciami, pełnych detali i starannej roboty. Sceny gore dawno nie wyglądały tak fascynująco, co jest również zasługą kolorysty Fco Plascenci.

Tom szósty to mój ulubiony w całej serii, do którego powracam najchętniej, zarówno ze względu na fabułę jak i ilustracje. Od tego momentu seria nabierze dużego rozpędu, a zatrzyma się dopiero w finalnym, dwunastym albumie.

Invincible #6. Scenariusz: Robert Kirkman. Rysunki. Ryan Ottley, Cory Walker. Egmont 2019

Ocena: 9/10

Paweł Deptuch

Avatar
Redaktor, publicysta, autor kilku opowiadań i scenariuszy komiksowych. W latach 2004-2010 redaktor naczelny portalu Carpe Noctem. Od 2006 r. współpracuje z miesięcznikiem Nowa Fantastyka, a w latach 2018/2019 z polską edycją magazynu Playboy, gdzie pisał o nowych technologiach. Publikował też w zinach (Ziniol, Biceps) i prasie specjalistycznej (Czachopismo, Smash!). Od 2008 r. elektor Nagrody Literackiej im. Jerzego Żuławskiego, a od 2019 r. juror Nagrody Nowej Fantastyki w kategorii Komiks Roku. Tata dwóch przepełnionych energią chłopaków.

Zobacz także

Perramus. W płaszczu zapomnienia – frykcje argentyńskie [recenzja]

Twórczość Alberta Brecci mieliśmy już okazję poznać w bardzo dobrze ocenianych komiksach “Mort Cinder” i …

Leave a Reply