Gorący temat

JSA. Złota Era – dekonstrukcja mitu superbohatera opowiedziana na nowo [recenzja]

„JSA. Złota era” to komiks, który ma wiele zalet w elementach kreacyjnych, dzięki udatnemu osadzeniu akcji w czasach powojennych i w dobie kiełkującego maccartyzm w USA, jednak w samym fabularnym trzonie zbytnio zbliża się do koncepcji destrukcji mitu superbohaterskiego, jakiego dokonał już wcześniej (i lepiej) Allan Moore w słynnych „Watchmen”.

II wojna światowa kończy się zwycięstwem Aliantów nad hitleryzmem. Okres powojenny jest jednak czasem tylko pozornego spokoju, bowiem napięcia pomiędzy mocarstwowym Zachodem i Wschodem coraz bardziej eskalują, wzbudzając nie tylko ogólnospołeczny niepokój, ale i wręcz antykomunistyczną histerię polityczną.

Superbohaterowie, którzy w okresie wojny jako zamaskowani mściciele bronili ulic amerykańskich miast przed przestępczością (czemu nie brali udziału w działaniach wojennych, jest w komiksie wyjaśnione), po zakończeniu wojny stają przed świadomością, że nadchodzi czas odwieszenia na kołek peleryn i kostiumów. Stabilizacja wewnętrzna i odciążenie aparatu państwowego w wyniku zakończenia działań wojennych sprawia, że trykociarze na ulicach zdają się coraz bardziej zbędni. Próbują więc adaptować się do życia w czasie pokoju, a swoje umiejętności zaczynają skrzętnie maskować – wszak ich prawdziwe tożsamości zawsze pozostawały nieodkryte.

Czy jednak są zdolni zrezygnować w pełni z superbohaterskiego anturażu? Odnaleźć się w rolach zwykłych obywateli? A może Ojczyzna postanowi jednak ich wezwać, kiedy znów stanie w obliczu zagrożenia. Nie tyle zewnętrznego, co kryjącego się wewnątrz własnych struktur?

Komiks do scenariusza Jamesa Robinsona stara się redefiniować Złotą Erę – jeden z najciekawszych okresów w historii amerykańskiego komiksu superbohaterskiego.

Za początek owej Złotej Ery ogólnie przyjmuje się debiut Supermana w #1 Action Comics, który był jednocześnie debiutem pierwszego superbohatera, postaci o nadnaturalnych zdolnościach. Przypada on na moment tuż przed wybuchem II wojny światowej – a więc na okres bardzo gorący i niespokojny na arenie międzynarodowej. Czas ten – z perspektywy branży komiksowej był okresem niezwykle znaczącym, bowiem zarówno Marvel, jak i DC wprowadziło na rynek całe legiony nowych, kultowych obecnie superherosów. Nie powinna też dziwić popularność trykociarzy w kraju zmagającym się z koszmarem wojny. Dla USA zresztą koszmarem nie tylko w wymiarze społecznym, poprzez bezpośrednie zaangażowanie swoich żołnierzy – ojców, synów, braci, z których wielu nie wracało z frontu – ale też w wymiarze ekonomicznym, bowiem gospodarka amerykańska nie radziła sobie tak dobrze z brzemieniem prowadzenia wojny, jak powinna, co zmusiło rząd choćby do emisji obligacji wojennych, mających wspomóc finansowo militarny wysiłek kraju. Owa popularność wykorzystywana była przez twórców do kreacji opowieści mocno patriotycznych, nacechowanych swoistym wydźwiękiem propagandowym. Nieprzypadkowo w Marvelu w 1941 roku debiutował nie kto inny, jak Kapitan Ameryka! Na wskroś amerykański bohater, uosobienie tamtejszej idei patriotyzmu i walki w obronie amerykańskich wartości. Kto lepiej nadawał się do obijania złych nazistów, niż przeciętniak zmodyfikowany przez geniusz amerykańskiej nauki i przyodziany w kostium w kolorach amerykańskiej flagi? A nie zapominajmy o równie esencyjnej amerykańskości uosabianej przez ubraną w gwieździsty kostium Wonder Woman.

W „JSA. Złota Era” Robinson kreuje alternatywną wizję ówczesnych amerykańskich superbohaterów (z których wielu fani komiksów superhero będą z pewnością kojarzyć, bo przewija się w serii i Green Lantern i Flash i Hawkman i Starman), osadzając ich już w okresie powojennym, ale odbierając im niejako przestrzeń do działania, spychając na społeczny margines jako nieprzydatnych.

Warto zauważyć, że owe malejące znaczenie postaci z supermocami w komiksowej wizji Ameryki stanowi ciekawą parafrazę do rzeczywistego, mocno odczuwalnego spadku popularności (a tym samym sprzedaży) komiksów superhero w powojennej Ameryce, co przyczyniło się bezpośrednio do schyłku i zakończenia Złotej Ery komiksu.
Jednocześnie kreuje Robinson w ramach przedstawionej wizji nowego superherosa, mającego odegrać kluczową rolę w starciu tytanów, jakimi w owym czasie jawiło się USA oraz ZSRR, uwikłane w trwającą lata „zimną wojnę”, straszącą świat widmem możliwej nuklearnej zagłady.

Postać Dynamana to swoiste alter ego marvelowskiego Kapitana Ameryki – szlachetnego, idealnie propagandowego tworu, z którym chciał się utożsamiać niemal każdy chłopiec. Bo każdy chłopiec pragnął w duchu być bohaterem.
Te wzorcowe podobieństwa traktuję trochę jak pstryczek w nos ze strony twórcy (z DC) w kierunku najsilniejszego konkurenta, ale równocześnie postać Dynamana jest ważna dla samego wydźwięku historii. Jego patriotyczne zaślepienie, jego parcie do bezpardonowego zwarcia, bez zważania na możliwe konsekwencje piętnuje niejako poglądową zero-jedynkowość.

Komiksy Złotej Ery były kiczowate, łopatologicznie wykładały wartości, jakie pragnęły głosić i brakowało im szerszego spojrzenia, przez co tchnęły niemożliwą naiwnością. I owszem, możemy uznać, że były kreowane do dzieciaków, jednak z dzisiejszego punktu widzenia, wypadają one nad wyraz sztampowo.

Robinson powtarza niejako te schematy, ale robi to świadomie, z przymrużeniem oka. Oddając hołd twórcom tamtych czasów i Złotej Erze jako takiej. Bo ów okres był kuźnią obecnych ikon, które owszem, ewoluowały przez dekady, by stać się tym, czym są teraz. Ale zaczynały właśnie w naiwnych, trywialnych opowiastkach, do jakich nawiązuje Robinson w niniejszym komiksie.

I ta kreacja – jakkolwiek zdaje się obecnie sztampowa i trywialna, w swoim przywołaniu ówczesnego topornego, zero-jedynkowego patriotyzmu – trzeba przyznać, wybrzmiewa całkiem dobrze. Owszem, w pulpowej otoczce, grając na kliszach i schematach, ale jednak przedstawiona jest całkiem udanie. Przynajmniej z wierzchu. Obrazuje to, co niegdyś było komiksowym standardem, co stanowiło przykład budowania komiksowej narracji. Na takim rodzaju opowieści zbudował swoją obecną potęgę amerykański komiks superbohaterski, którego hegemonia być może nieco zaczyna się chwiać w ostatnim czasie, ale jednak wciąż trwa.

Podobieństwa do „Watchmen” Moore’a są tutaj mocno widoczne w koncepcji destrukcji roli superbohatera – od czego przecież i Moore i Robinson wyszli w swoich opowieściach. Owszem, z innych pobudek, na innej podwalinie kreując świat przedstawiony, ale podobnie obrazując przemijanie znaczenia zamaskowanych herosów. I choć cele przyświecające antybohaterom każdego z komiksów zdają się skrajnie odmienne, to jednak próba marginalizacji wraz z ewentualnym wcieleniem superbohaterów pod ścisłą kuratelę władz wskazują na swoiste korespondowanie komiksu Robinsona z dziełem Moore’a. Różnice leżą w złożoności samej historii. Moore stworzył skomplikowaną, wielowątkową opowieść z rozbudowanymi rysami osobowościowymi dla każdej postaci i szerokim tłem społeczno obyczajowym, a Robinson w swojej historii postawił na sznyt bardziej uproszczony, pulpowy, schematyczny. Toporniej uwypuklający pożądane elementy, skupiający się na redefinicji Złotej Ery i przypomnieniu patriotycznego znaczenia ówczesnych bohaterów.

I w kwestii scenariuszowej Moore wypada zdecydowanie lepiej.

Graficznie „JSA. Złota Era” prezentuje się naprawdę dobrze. Za sprawą zbliżonych do surowego realizmu rysunków Paula Smitha, które z jednej strony dobrze komponują się z przerysowanym patetyzmem opowieści, a z drugiej stanowią ciekawe zobrazowanie Ameryki lat 50-tych. Sam styl Smitha wyraźnie nawiązuje do estetyki rysunków z czasów Złotej Ery, co jeszcze dosadniej lokuje niniejszy komiks jako parafrazę tamtego okresu. Stylem koresponduje zresztą Smith bezpośrednio do artysty absolutnie kultowego, który zresztą był silną inspiracją dla całej rzeszy ówczesnych twórców – Alexa Raymonda. To rysownik, o którym wielu pewnie nie słyszało, a stworzył m.in. postać Flasha Gordona (spopularyzowanego u nas za sprawą filmu pod tym samym tytułem, w reż. Mike’a Hodgesa), ale też Jungle Jima, czy Secret Agenta X-9 (do którego scenariusz pisał sam Dashiell Hammett, autor m.in. Sokoła Maltańskiego).

W tym ujęciu okazuje się graficznie „JSA. Złota Era” swoistym hołdem dla mistrza amerykańskiego komiksu, a zarazem udatnym portretem ówczesnej Ameryki.

„JSA. Złota Era” to komiks dobry, choć niekoniecznie wybitny, przynajmniej w warstwie fabularnej. Podejmowanie tematu dekonstrukcji mitu superbohaterskiego i mocna polemika w tym zakresie z Allanem Moorem czynią opowieść Robinsona nieco wtórną w ogólnym wydźwięku. Jednocześnie odwołania do Złotej Ery komiksu amerykańskiego i akcentowanie, jak złudny i niebezpieczny może okazać się narodowy radykalizm, sprawiają, że album ten prezentuję określoną wartość, niezależnie od czasów. Nie jest to dzieło doskonałe, ale wartym uwagi pozostaje na pewno.

JSA. Złota Era

Nasza ocena: - 70%

70%

Scenariusz: James Robinson. Rysunki: Paul Smith. Tłumaczenie: Jakub Syty, Marek Starosta. Wydawnictwo Egmont 2023

User Rating: Be the first one !

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Kiedyś Krakus z przypadku, teraz Białostoczanin, z wyboru. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4”, „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”, „Żertwa”, „The best of Histeria”, „Zwierzozwierz” i „Wszystkie kręgi piekła”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. Wydał autorskie zbiory opowiadań: „Ballady morderców” (Phantom Books 2018) oraz „Dreszcze” (Wydawnictwo IX 2021) oraz powieść „Ćmy i ludzie” (Wydawnictwo IX 2022). Pracuje nad kilkoma innymi projektami (które być może nigdy nie doczekają się ukończenia). Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie Martynie oraz popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Excalibur. Kroniki – historia legendarnego miecza opowiedziana na nowo [recenzja]

Już sam tytuł albumu – „Excalibur. Kroniki” – wskazuje całkowicie czytelny trop dla odbiorcy, w …

Leave a Reply