Gorący temat

Krew barbarzyńcy – Conan, o jakim popkultura zdążyła zapomnieć [recenzja]

„Krew barbarzyńcy” to kwintesencja istoty howardowskiego Conana, którą El Torres zaadaptował na komiksowy scenariusz, a Joe Bocardo naszkicował w swoim niesamowitym, „brudnym” stylu. Ta postać nie mogłaby mieć lepszej oprawy w komiksowym świecie, jak niniejsza. Howard byłby zadowolony, widząc, jak jego słowa przekształcają się w obraz.

Czuć w tym komiksie pot, czuć krew i brud. Słychać rzężenie umierających, szczęk stali i wojenny skowyt barbarzyńskiej hordy. To opowieść wojownika, ale wojownika zmęczonego swoją ścieżką, wojownika zmęczonego życiem pełnym wyzwań, krwi i śmierci. Wojownika, który zdobył wszystko, co było do zdobycia… i który nie może osiągnąć tylko jednego – ukojenia.

To historia przesycona mistycyzmem, adekwatnym dla howardowskich opowieści. Historia naznaczona piętnem ślepej wiary w przepowiednię, której ziszczenie zależne jest od tego, jak zostanie zinterpretowana. To również opowieść o konflikcie młodej krwi i starego brzemienia doświadczeń. Konfliktu rodzica i dziecka, ojca i syna, w którym młodszy próbuje kroczyć po śladach starszego, niepomny, iż ta ścieżka już została pokonana i nie przynosi spełnienia, jakie obiecuje. Choć może przynieść wielkość i chwałę godną wojownika. A nawet króla. Ale to tylko krucha ułuda, która musi w końcu przeminąć.

El Torres, hiszpański scenarzysta, znany w Polsce choćby z mocnego thrillera „Duch Gaudiego” powraca z epicką opowieścią o najsłynniejszej howardowskiej postaci – Conanie.

Wielki bohater jest już u szczytu chwały, ale również jest zmęczony życiem. Osiągnął wszystko, został królem, ale czuje się znużony bezustanną walką, do której jest zmuszony, by zachować osiągnięte status quo, a która zatraciła pierwotny sens i stała się tylko próba utrzymania tego, co już osiągnięte. Jego syn – młoda, gorąca krew – przypomina królowi jego samego sprzed laty. Ale czy młodzieniec winien na pewno podążyć ścieżką, jakiej pragnie? Ścieżką śladami swojego ojca?

Opowieść snuta przez El Torresa to historia, jaka mogłaby zrodzić się pod piórem Howarda, bowiem ujmuje to, co legło u podwalin samej postaci Conana. Jest to historia epicka, pełna rozmachu, osnuta na walce na wydzieraniu światu mieczem tego, co pragnie się zdobyć, ale jest tutaj również miejsce na gorzką refleksję, na szerszą perspektywę, na odczucie, że nie zawsze to, co w końcu udaje się nam osiągnąć, jest dokładnie tym, co osiągnąć pragnęliśmy.

Conan symbolizuje tutaj z jednej strony przemianę. Z krwawego barbarzyńcy przemienił się w ojca cywilizacji i postępu. Został władcą, królem, ale jego pałac zdaje się mu więzieniem, gdyż oddziela go od tego, co stanowiło istotę jego życia. Młodzieniec tego nie rozumie, pragnie podboju, pragnie walki, gdyż tylko tak może wyryć swoje imię w czymś trwalszym, niż kamień. W legendzie, która przynajmniej dorówna legendzie ojca. A być może nawet ją przerośnie. Bo na razie doskwiera mu trwanie wyłącznie w jego cieniu.

Opowieść El Torresa to zgrabnie zaimplementowany w realia barbarzyńskiego świata opis konfliktu na linii ojciec – syn. To wypływające z wieku doświadczenie kontra młodzieńcza buńczuczność i porywczość oraz pragnienie wyrwania się z mroku, jaki rzuca na bohatera ojcowski monument.

Starcie dwóch potężnych wojowników – z których każdy dąży do swojego własnego celu – doprowadzi do iście epickiego finału, godnego bohaterów, o jakich opowiada. A świat będzie trwać nadal, bo zawsze tak było, że cywilizacje w końcu upadają, by mogły ich miejsce zająć kolejne. I choć Conan – ojciec uparcie stara się bronić tego, co zbudował, coraz mocniej rozumie, że nie zdoła tego uratować. A po drodze zdążył zagubić siebie i to, co czyniło go naprawdę wolnym. Szuka więc prostoty dawnego życia, kiedy brzemię królestwa, ciężar obrońcy cywilizacji nie spoczywał na jego zmęczonych barkach. Conan – syn zamierza nadal podbijać i budować, bo wie, że tylko w ten sposób może zapewnić trwanie cywilizacji, zapobiec jej rozpadowi, uległości wobec nacierającego barbarzyństwa. On jeszcze nie poczuł ciężaru władzy, jeszcze nie rozumie, jakim jest brzemieniem, które finalnie i tak musi w końcu ulec. Sprzeciwia się ojcu, który rozumie, że opętańcze, za wszelką cenę parcie naprzód nie ma większego sensu, bowiem wszystko i tak w końcu znajdzie swój kres, królestwa upadną, a kości ich królów rozsypią się w pył.

W sukurs ponuremu scenariuszowi El Torresa idą mroczne, surowe i „brudne” rysunki Joego Bocardo, który doskonale oddaje klimat barbarzyńskich zmagań, wędrującej armii, czy epickich, bezwzględnych pojedynków, gdzie nie ma miejsca na litość. Obydwaj twórcy – zarówno w warstwie scenariusza, jak i rysunku – starali się powrócić do korzeni, uchwycić howardowską kwintesencję pierwotnego barbarzyńcy, jakże daleką od wielu późniejszych popkulturowych kreacji, mocno wypaczających pierwowzór. I w pełni im się to udaje.

W „Krwi barbarzyńcy” otrzymujemy tekstowy i graficzny powrót do źródeł, który powala dosadnością i bezpardonowością ujęcia tematu. To Conan, o jakim – zdaje się – świat zapomniał. O jakim zapomniała popkultura. Na szczęście za sprawą tego komiksu zostaje on przypomniany. Przywrócony na należne mu miejsce. Bocardo – wspierany w warstwie koloru przez Manoliego Martineza – rzeźbi Conana, jakiego znamy z kart howardowskich powieści. Twardego, bezwzględnego, surowego. Barbarzyńcę, który stał się królem dla kaprysu, przez zaistniałą możliwość, nie przez obsesyjne pragnienie i dążenia. Wojownika, dla którego walka stanowiła cel nadrzędny, a cywilizacja, jaką stworzył, okazała się odpryskowym efektem ścieżki, którą wędrował. I który zrozumiał to prawie że u kresu swych dni. To, że potęga stworzonego podbojami państwa jest ułudą i musi poddać się przemijaniu, entropii wynikającej ze swego własnego trwania. Innej drogi nie ma.

„Krew barbarzyńcy” to rzecz dla najzagorzalszych miłośników Conana z jego początków. Tak literackich, jak i komiksowych. To zgrabnie nakreślony hołd dla postaci i dla jego twórcy, z poszanowaniem traktujący oryginał historii i pierwowzór postaci. To dzieło, które nie zakłada buńczucznie, że potrafi lepiej, od pierwotnego zamysłu i pierwszego twórcy (jak się to ostatnio coraz częściej zdarza). Zdecydowanie warto, choćby po to, by poznać Conana, jakim był i jakim pozostać powinien.

Krew barbarzyńcy

Nasza ocena: - 85%

85%

Scenariusz: El Torres. Rysunki: Joe Bacardo. Tłumaczenie: Jakub Jankowski. Wydawnictwo Mandioca 2023

User Rating: Be the first one !

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Kiedyś Krakus z przypadku, teraz Białostoczanin, z wyboru. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4”, „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”, „Żertwa”, „The best of Histeria”, „Zwierzozwierz” i „Wszystkie kręgi piekła”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. Wydał autorskie zbiory opowiadań: „Ballady morderców” (Phantom Books 2018) oraz „Dreszcze” (Wydawnictwo IX 2021) oraz powieść „Ćmy i ludzie” (Wydawnictwo IX 2022). Pracuje nad kilkoma innymi projektami (które być może nigdy nie doczekają się ukończenia). Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie Martynie oraz popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Krasnoludy, tom 5: Tiss z Bractwa Tarczy – sama przeciw wszystkim [recenzja]

Piąty tom serii o Krasnoludach ze Świata Akwilonu to ponownie dramatyczna, chwytająca za serce opowieść. …

Leave a Reply