Gorący temat

Król w czerni – płaszczyzna porozumienia [recenzja]

Finał sagi o Eddiem Brocku w roli Venoma wywołuje mieszane uczucia. Z jednej strony funduje czytelnikowi typowe dla eventów Marvela stereotypowe superbohaterskie łubudu, z drugiej cieszy końcowymi rozwiązaniami i skupieniem uwagi na mocno indywidualnych przeżyciach i decyzjach głównego bohatera. 

Album “Król w czerni” to trochę nietypowe zamknięcie serii “Venom” ze scenariuszem Donny’ego Catesa. Zawiera ostatnie zeszyty popularnego runu oraz tytułową miniserię, w której superbohaterowie walczą z atakującym Ziemię Knullem. Obie historie płynnie się przeplatają pokazując główne etapy wybuchowego starcia jednego z najpotężniejszych złoczyńców Marvela (określanego także jako Król Pustki) z zastępami superbohaterów. I owszem, kolejne pomysły, kolejne zwroty akcji mogą się tu podobać, bo pokazują zarówno inwencję scenarzysty jak i jego postaci wpadających na coraz to nowe pomysły w walce z Knullem, ale w ogólnym zarysie to event jakich wiele, nawet jeśli w odpowiednio mroczny sposób narysowany, to jednocześnie fabularnie napompowany aż do przesady. Nic nowego w Marvelu.

Po bardzo dobry, poprzednim tomie, w którym Donny Cates szykował grunt pod to wydarzenie, “Król w czerni” jest po prostu przeładowany atrakcjami. Czwarta odsłona Venoma była skupiona mocno na relacji Eddiego z jego synem Dylanem i zaskakiwała pozytywnie fabularnymi rozstrzygnięciami. W jej finale, na ostatnich kadrach  udało się nawet scenarzyście wzbudzić ekscytację czytelnika nadchodzącym finałem, ale jeśli ktoś liczył na jakieś naprawdę zaskakujące rozwiązania, które miałyby się znaleźć w nadchodzącym albumie, musi czekać aż do ostatniego, najobszerniejszego zeszytu, który przedstawia konsekwencje starcia z Knullem. I dopiero wtedy robi się naprawdę ciekawie. 

A co mamy wcześniej? Na pewno robi wrażenia cała nasza planeta otoczona venomową tkanką i pogrązona w ciemnościach. Pojedynek z Knullem jest rozłożony na kilka zeszytów i zawsze najbardziej dramatyczny staje się, kiedy do walki przystępuje Eddie lub jego syn. Superbohaterowie są tylko dodatkiem, choć zapamiętujemy Iron Mana, który zawsze ma coś nowego w zanadrzu, Thora z całym swoim majestatem i Spider-Mana, który troszczy się o przyjaciół. Knull, choć niemal wszechmocny jest jednocześnie groteskowy i może dlatego nie czujemy odpowiednio ciężaru tego starcia. 

Jest sporo nieuniknionego patosu, szczególnie w górnolotnych kwestiach superbohaterów, co tak naprawdę kończy się ziewaniem czytelnika podczas lektury. I jakoś mniej nas obchodzą losy świata, a bardziej te pojedyncze życia Eddiego i Dylana, którzy okazują się najważniejszymi elementami w walce z Knullem. Ten tom tak naprawdę można by było skrócić o połowę z pożytkiem dla rozdmuchanej fabuły, ale Marvel przecież tak nie działa. No i sam Donny Cates jest na tyle świadomym scenarzystą, że musi u niego wybrzmieć wszystko, co zaplanował w tej długiej drodze przez mękę Eddiego Brocka,  zstępującego tutaj do samego piekła. Na szczęście ma również i tam wsparcie, dzięki czemu możemy zobaczyć w serii wspominanego tu często Flasha Thompsona.

Finał, a w zasadzie jego konsekwencje są w pewien sposób przewrotne i jak to w Marvelu, dają mnóstwo materiału na kontynuowanie historii tytułowego bohatera.Tylko kto nim jest, Eddie czy czarny, kultowy wśród fanów marvela symbiont? To była istotna kwestia w historii Catesa, którą ten ani myślał rozwiązywać – bo ta dwójka tworzy całkiem sprawnie działającą jedność, szczególnie w koszmarnych okolicznościach. Te dotknięcie innego, obcego, niesie ze sobą niebezpieczeństwo, o czym mocno przekonuje się Dylan, zarówno w poprzednim, jak i niniejszym tomie. A jednocześnie, właśnie przez związek Eddiego z symbiontem, Cates obłaskawia ten w wieczny i zarazem bardzo ludzki strach przed czymś nieznanym i obcym, pokazując, że zawsze istnieje jakaś płaszczyzna porozumienia. Jak się zresztą okazuje w poruszającym i zarazem intrygującym finale, całkiem to szeroka płaszczyzna. Świetna końcówka, nadmuchany event, seria ze wzlotami i momentami słabszej formy, ale ogólnie na pewno jedna z obecnie najciekawszych w Marvelu. Do następnego razu, Eddie!

 

Król w czerni

Nasza ocena: - 60%

60%

Scenariusz: Donny Cates i inni. Rysunki: Ryan Stegman i inni. Tłumaczenie: Zofia Sawicka. Egmont 2023

User Rating: Be the first one !

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

Dieter Lumpen – hiszpański kamrat Corto Maltese [recenzja]

Dieter Lumpen to awanturnik i prawdziwy „niebieski ptak”. Ima się rożnych prac, często balansując na …

Leave a Reply