Gorący temat

Bezgłos – każdy może napisać horror. Ale nie każdy powinien [recenzja]


Warning: A non-numeric value encountered in /home/platne/serwer269681/public_html/badloopus.pl/wp-content/plugins/taqyeem/taqyeem.php on line 613

Warning: A non-numeric value encountered in /home/platne/serwer269681/public_html/badloopus.pl/wp-content/plugins/taqyeem/taqyeem.php on line 616

W ostatnich latach horror – wciąż traktowany po macoszemu, jako literatura pośledniejszego sortu – zdaje się zyskiwać na popularności. Popularność skłonna jest generować zysk, więc nie tylko częściej wydawcy ośmielają się sięgać po grozę jako gatunek wart publikacji, ale też czołowi pisarze literatury gatunkowej w kraju mierzą się z taką literacką konwencją. Z mniejszym lub większym powodzeniem.

Mieliśmy przecież i „Demonomachię” od Marka Krajewskiego i „Czarną Madonnę” od Remigiusza Mroza. Jolanta Bartoś swoim „Śpij dziecinko, śpij” zdominowała horrorową kategorię w plebiscycie portalu Lubimy czytać za 2022 rok. Duży rozgłos zyskała też Anna Lewicka ze swoim „Pełnikiem”. Widać więc pewną tendencję wśród polskich pisarzy gatunkowych, to poszukiwanie możliwości wyrazu poprzez grozę właśnie. Jednak to, co w naszym kraju tworzone jest nieprzerwanie, do lat w obrębie niszowego rynku przez grono wielu utalentowanych, oryginalnych twórców nadal się do szerszej czytelniczej świadomości nie przebija. A próby zaadaptowania popularności gatunkowej przez twórców (zazwyczaj) kryminałów, kończy się zwykle podobnie. I niekoniecznie zachwycająco.

Mam problem z „Bezgłosem”. Bo w dużej mierze to powieść oparta na boleśnie ogranych kliszach, w których wyraźnie, grubą krechą można podkreślić, co i od kogo z zachodnich twórców zapożyczyła autorka na potrzeby kreacji. I nie w tym rzecz, że zapożyczyła – wszak cała popkultura opiera się na mniej lub bardziej wprawnym ogrywaniu takich gatunkowych klisz właśnie. Problem bardziej w przewidywalności tych zapożyczeń, w zlepieniu ich w opowieść w pewnym stopniu interesującą, ale jednak finalnie zbyt przewidywalną. Puzyńska sięga po klasyczne schematy opowieści grozy i próbuje z nich kształtować prozę tylko pozornie oryginalną. A oczywistość użytych klisz nie sprowadza się do swoistej gry w skojarzenia, odniesienia, nie ma tu sięgania po pastisz gatunkowej konwencji. Jest pisanie na poważnie, ale ta powaga zaskoczyć i zaintrygować może tylko czytelnika w horrorze literackim nieobytego, któremu nie będzie towarzyszyć na każdej stronie nieodzowne uczucie „ale to już było”.

Drugim problemem tej powieści jest jej kompozycja. Zaczynamy współcześnie, przedstawieniem głównej postaci oraz kolejnych bohaterów drugoplanowych. I niby w porządku, jest zawiązanie akcji, jest solidne spiętrzenie tajemnicy, to swoiste chwycenie czytelnika za gardło, by pragnął on za wszelką cenę odkryć, co kryje się za sugestywnymi niedopowiedzeniami… I nagle, w rozdziale drugim, mamy przeskok o prawie sto lat wstecz… I zmianę współczesnego horroru w opowieść retro, także w językowej stylizacji, która zupełnie wybija nas z rytmu. Ten rozdział, historia Cezarego Babiańskiego winna być – w moim odczuciu – wstępem do powieści, swego rodzaju prologiem, zapowiedzią. Tak ułożona kolejność byłaby dla czytelnika płynniejsza, wprowadzałaby w odpowiedni klimat i budowała adekwatny dla fabuły nastrój sekretów przeszłości rzucających mroczny cień na teraźniejszość. Wypadłoby to lepiej, układniej, płynniej, jeśli ta retro historia stanowiłaby swego rodzaju prolog powieściowy, nie zaś niespodziewany, wklejony nagle przerywnik. To nie przeplatanie opowieści współczesnej z tą sprzed stu laty. Nie powolne budowanie pełnego obrazu historią snutą w dwóch płaszczyznach czasowych. To zaimplementowane nagle wyjaśnienie całej fabularnej genezy, które za szybko i za dużo zdradza.

Jeśli o zapożyczeniach mowa, daje się tu we znaki boleśnie widoczna maniera à la King w kreowaniu małej mieściny z nie tak znów małymi sekretami oraz ze starannym kreśleniem sylwetek poszczególnych postaci. Niby ok, ale wzorowanie się w stylistyce pisarskiej horroru na Kingu robi się zwyczajnie nudne. Tak, jak King chcą horror pisać w tym kraju prawie wszyscy, aczkolwiek niewielu realnie to potrafi. Mimo buńczucznych nawoływać co rusz nowego wydawcy nt. objawienia się na rynku nowego „polskiego Kinga”. U Puzyńskiej takich określników na szczęście nie ma, Prószyński i S-ka nie bawi się w tak siermiężny marketing. Ale idąc tropem fabularnych pomysłów, to wyraźnie nasuwa się w „Bezgłosie” skojarzenie wpierw z Kingiem – przez konstrukcję i kreację miejsca akcji, a patrząc dalej, choćby z „Demonicznym przymierzem” Johna Eversona, które również opierało się na konieczności składania ofiar przez mieszkańców małej mieściny dla zaspokojenia żądzy demona. Ale też mocno uwypuklone jest – w obszarze powieściowych „wyborów” odniesienie do arcy znakomitej „Loterii” Shirley Jackson.

Widać więc, że Puzyńska lubi horror i trochę go czytelniczo „liznęła”. Zbyt mało jednak, by dopracować konstrukcję fabularną, by zapanować nad własnym pomysłem, by – ostatecznie – uniknąć zbyt tendencyjnego sznytu w fabularnej kreacji. Szkoda, bo ma ta książka momenty ciekawe, próbuje zanieść horror pod strzechy – co przy popularności autorki mogłoby być zbawienne dla gatunku. Mogłoby, ale niestety raczej nie będzie. Bo w „Bezgłosie” zderzamy się z tym samym problemem, na jakim połamał sobie niegdyś zęby Remek Mróz pisząc „Czarną Madonnę”. Nie wystarczy chcieć napisać horror i czytać dużo Kinga, by wyszło nam solidne dzieło gatunkowe. Nie wystarczy zebrać kilka sprawdzonych schematów i wymieszać je ze sobą, by dało się czytelnika zachwycić. Horror zdaje się literaturą łatwą do kreacji, bo polegającą pozornie tylko na topornym straszeniu. A w rzeczywistości okazuje się materią o tyleż plastyczną, co bardzo trudną w umiejętnym budowaniu z klisz i kalek fabularnych, by nie wyszła nam sztampa i wtórność. Zwłaszcza pod piórem niewprawionego w estetyce gatunkowej rzemieślnika.

Polski horror żyje i ma się dobrze. Jest kilku twórców piszących w obrębie gatunku znakomicie. Jest jeszcze wielu piszących co najmniej dobrze. Jednak kolejna próba autorów i autorek kryminału na romansowanie z gatunkiem dla siebie niejako obcym, kończy się połowicznym fiaskiem. Albo połowicznym sukcesem, zależy, jak na to spojrzeć. Puzyńskiej udało się napisać powieść literacko przyzwoitą, jednak w kategorii horroru zaledwie poślednią. Zwłaszcza na tle dotychczasowego polskiego dorobku grozy. Jest to próba, o tyle ciekawa, że ponownie zwraca uwagę na gatunek, dotychczas zwyczajowo w szerszym obiegu przemilczany. I dla tych, których zachęci do głębszej eksploracji horroru proza czy to Puzyńskiej z „Bezgłosem”, czy wspominanej wcześniej Bartoś, czy Lewickiej, może być on dobrą przepustką do świata prawdziwej literatury grozy. Bo „Bezgłos” jawi się trochę jako ten farbowany lis, który bardzo chciałby być rasowym horrorem, ale pozostaje jego nie do końca udaną kopią. A szkoda. Reasumując, można horrorową Puzyńską przeczytać, ale chyba lepiej pozostać przy jej kryminalnym dorobku. A z grozy sięgnąć po inne nazwiska, zdecydowanie bardziej warte uwagi w obrębie gatunku.

Bezgłos

Nasza ocena: - 60%

60%

Katarzyna Puzyńska. Wydawnictwo Prószyński i S-ka 2023

User Rating: 4 ( 1 votes)

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Kiedyś Krakus z przypadku, teraz Białostoczanin, z wyboru. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4”, „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”, „Żertwa”, „The best of Histeria”, „Zwierzozwierz” i „Wszystkie kręgi piekła”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. Wydał autorskie zbiory opowiadań: „Ballady morderców” (Phantom Books 2018) oraz „Dreszcze” (Wydawnictwo IX 2021) oraz powieść „Ćmy i ludzie” (Wydawnictwo IX 2022). Pracuje nad kilkoma innymi projektami (które być może nigdy nie doczekają się ukończenia). Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie Martynie oraz popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Po zbutwiałych schodach – realizm magiczny w najlepszym wydaniu [recenzja]

„Po zbutwiałych schodach” to najnowsza powieść wywodzącej się z estetyki grozy, utalentowanej autorki Anny Musiałowicz, …

2 komentarze

  1. A może „Galeria koszmarów Feranosa” ?

    • Poznałem autora, porozmawiałem z nim trochę. I coraz mocniej mnie kusi przeczytać, bo i ma sam autor interesujące spojrzenie na wiele tematów i ogólnie dobra opinia „środowiskowa” o jego twórczości dużo obiecuje. Potrzebuję tylko ciut więcej mocy przerobowych, by sięgnąć… 🙂 M.W.

Leave a Reply