Gorący temat

Liga Niezwykłych Dżentelmenów tom I i II – wielki hołd dla groszowych opowieści [recenzja]

O ile miałbym duży problem, by ułożyć listę dziesięciu najlepszych serii komiksowych, jakie trafiły kiedykolwiek na polski rynek, tak jednego jestem pewien: „Liga Niezwykłych Dżentelmenów” Alana Moore’a i Kevina O’Neilla z pewnością znalazłaby się w wybranym gronie. Co najmniej w pierwszej piątce.

Żadne dzieło popkultury nie powstaje w próżni. Nie jest kreowane niezależnie, w oderwaniu od innych, powstałych wcześniej, stanowiących składową kulturowej (i popkulturowej) edukacji swojego twórcy. Każde dzieło jest wypadkową tego, co artysta poznał, przyswoił, przetrawił. Czym nasiąkł przez okres obcowania z kulturą, historią, nawet społeczną codziennością na przestrzeni lat. Każdy artysta tworzy na podbudowie dorobku swoich poprzedników i poprzedniczek, robiąc to mniej lub bardziej świadomie.

Alan Moore z pewnością nie należy w tym zakresie do wyjątków. Tym, co go wyróżnia, to z jednej strony świadomość owej nieuchronności inspiracji, z drugiej zaskakująca umiejętność czerpania z kulturowego dorobku tego, co ciekawe, inspirujące i przetwarzania w niezwykle nowatorski sposób.

Każde jego dzieło to zlepek kulturowych motywów, cytatów, mniej lub bardziej bezpośrednich odniesień, z których autor buduje nowe, olśniewające rozmachem – ale wciąż, na pewnym poziomie postrzegania swojskie, znajome – wszechświaty.

Bo ile tak naprawdę wymyślił na przestrzeni „Ligi Niezwykłych Dżentelmenów” Alan Moore? A ile zaczerpnął z uznanych – a co ważniejsze, powszechnie znanych i rozumianych, nawet bez znajomości tekstu źródłowego, bo na tyle już w popkulturze na przestrzeni lat zakorzenionych – dzieł literackich? Sam przegląd składu Ligi objawia nam oczywisty fakt, że to wszystko zbieranina bohaterów tyleż niecodziennych i nietuzinkowych, co zapożyczonych z innych, klasycznych dzieł głównie anglosaskiej literatury. Jest Allan Quatermain, z powieści H.R. Haggarda, jest doktor Jekyll (wraz ze swoim mrocznym alter ego Panem Hydem), wykreowany przez R.L. Stevensona, jest Hawley Griffin z „Niewidzialnego człowieka H.G. Wellsa, kapitan Nemo z twórczości J. Verne’a, czy w końcu Wilhelmina Murray, po mężu Parker (znana szerzej jako Mina) z najsłynniejszej wampirycznej opowieści „Dracula” B. Stokera. Ale to tylko pierwsza linia postaci, skład podstawowy samej Ligi, a trafili tu jeszcze choćby Campion Bond, Mycroft Holmes, czy doktor Moriarty. Moore nie poprzestaje jednak tylko na wykorzystaniu (w nowych, często ciekawie przemodelowanych pozach) słynnych – i na wskroś niepoprawnych politycznie – postaci, ale sięga i po inne popkulturowe odniesienia (sławetne Rue Morgue z noweli Poego), które implementuje z odniesieniem do pierwowzoru, ale z wysnuwaniem zupełnie nowego kontekstu, ściśle powiązanego z nowatorskim, wykreowanym na potrzeby świata przedstawionego sztafażem.

Jest u niego – rzecz jasna – Londyn, jest Brytania, jako kolebka potęgi, ostoja brytyjskości, wiecznie zagrożona przez zewnętrzne, jak i wewnętrzne zakusy, czy to innych mocarstw, czy choćby podziemnych syndykatów zbrodni, a zakorzeniony – mniej lub bardziej – w poszczególnych bohaterach patriotyzm staje się dla nich samych kluczowym motywatorem działania. Choć samo owo działanie niejednokrotnie dalekie jest od poziomu akceptowalnego, a czasem przerasta bezpardonowym okrucieństwem nawet czyny antagonistów grupy. Ale czego się nie robi, skoro Brytania wzywa? I tak ci, którzy zwyczajowo zasłynęli raczej dbaniem głównie o własne dobro, nagle wykazują się szeroko rozumianym altruizmem i zaangażowaniem w sprawy, w których kluczowe jest dobro Korony.

Tom pierwszy jest typowym przedstawieniem konceptu, zebraniem całej drużyny (przed wyruszeniem w drogę, wiadomo…), ale Moore wprawnie wplata to w interesującą opowieść o drugim Londynie, podziemnym jego obliczu, tym przestępczym, ukrytym dla oczu zwykłego śmiertelnika, ale nie mniej aktywnym, kotłującym się wręcz, wielokulturowym tyglem imigrantów z najróżniejszych zakątków świata. Unosi się w tym wszystkim duch awanturniczych przygód, klasycznej literatury grozy mieszanej z jej mniej dystyngowaną odmianą spod znaku literatury groszowej (sławetne „penny dreadful”) oraz mocno akcentowanej brytyjskości, w ujęciu symbolicznym, jak i realistycznym, choćby przez przynależność narodową bohaterów i ich patriotyczne zorientowanie. Najważniejsze w tym komiksie jest odwołanie się do tego, co względnie oczytany odbiorca winien znać, kojarzyć z różnych popkulturowych źródeł, dlatego też odkrywanie nowej, przetworzonej wersji jest tym bardziej fascynujące. Moore bawi się skojarzeniami, odniesieniami do klasycznych postaci i motywów, dając im niejako drugie, nowe życie, ale nie odcinając od korzeni, od ich historii i genezy.

To na wskroś intertekstualny twór, w którym jednak zaburzone są, przeinaczone pierwotne wzorce (np. dr. Moriarty), a całość, skompletowana na nowo to nie tylko hołd złożony dotychczasowemu dorobkowi brytyjskiej kultury, ale też gra z czytelnikiem w poszukiwanie nawiązań, skojarzeń, rozbudzanie fascynacji tym, co minione.

Tom drugi sięga w odniesieniach dalej jeszcze, celując w klasyczną powieść Wellsa – „Wojna światów”, na której buduje punkt wyjściowy dla fabuły, ale oczywiście rozwijając ją do nowej, zupełnie niezależnej i starannie wykreowanej historii, w ramach której sporo do powiedzenia mieć będą kolejni członkowie i członkini Ligii. I wciąż dominuje tu zabawa z odbiorcą w skojarzenia, w znajomość innych dzieł kulturowych, z których pojawia się więcej tych nieoczywistych, nie tak powszechnie znanych, wymagających od czytającego nieco więcej erudycji. Ale i prowokujących tym samym do uzupełniania braków, do wypełniania białych plam kulturowej wiedzy, w celu lepszego zrozumienia, pełniejszego odbioru „Ligi Niezwykłych Dżentelmenów”. Czy odbiorca skorzysta z tego zaproszenia, czy zrezygnuje (a może, zwyczajnie, nie musi korzystać, bowiem wszystkie użyte przez Moore’a dzieła już zna), to inna sprawa, bo sama opowieść broni się, w całym swoim pulpowym przerysowaniu, w wyolbrzymieniu, które jednak nie trąci infantylnością, nie sięga w pełni po kicz, choć wciąż balansuje na jego krawędzi.

Każdy z bohaterów ma silny, solidny, staranny rys charakterologiczny, wynikający z pierwotnych literackich kreacji, ale jednocześnie w pełni wykorzystany i dostosowany przez Moore’a, by pasował do tonu jego opowieści. Moore to sprawny rzemieślnik, nie pozbawiony tej iskry geniuszu, która pozwala mu dekonstruować znane kulturowe wzorce czy toposy i budować z nich nowe zręby odświeżonej popkulturowej mitologii, z czasem mającej wręcz szanse zastąpienia – w zbiorowej świadomości odbiorców – te pierwotne. Brytyjski artysta często stara się iść pod prąd utartym schematom, przeinaczać klasyczne motywy, odmieniać to, co znane, utwierdzone na rynkowym polu, tylko dla poszukiwania nowej ścieżki, wyrwania się poza utarty, sprzedażowy schemat.

Zakończenie domyka opowieść na tyle, by ograniczyć możliwość kontynuacji sensu stricte, jednak rozległość sztafażu wykreowanego świata pozwalają Moore’owi rozbudowywać opowieść w innych, interesujących kierunkach – czego przykładem kolejne tomy. Jednak samym trzonem, punktem wyjścia dla zrozumienia całości jest przede wszystkim pierwsza dylogia, stanowiąca zamkniętą historię i opowieść o pierwotnym składzie Ligi. I od niej należałoby zacząć lekturę serii.

Graficznie jest równie znakomicie. Kevin O’Neill nie jest tutaj typowymi „drugimi skrzypcami”, mającymi jedynie uzupełnić genialną, przełomową historię rozpisaną przez Moore’a (choć sam scenarzysta ponoć nie był z początku zachwycony perspektywą współpracy z tym akurat rysownikiem i przeszło mu dopiero po obejrzeniu pierwszych plansz), bowiem w warstwie graficznej komiks jest równie intertekstualny, co w warstwie tekstu. Mnogość poukrywanych w licznych kadrach nawiązań, odniesień, ukrytych tropów względem wykorzystanych w scenariuszu motywów i dzieł sprawia, że rysunki przestają być tylko uzupełnieniem, ale stają się równoprawnym medium, pokazującym, jak ważnym jest w komiksie właśnie właściwie dobrana kreska – co wydawać by się mogło oczywistym, ale często schodzi na dalszy plan względem scenariusza. O takiej sytuacji w przypadku „Ligi Niezwykłych Dżentelmenów” mowy być nie może, bowiem O’Neill, ze swoim karykaturalnym zacięciem doskonale wpisuje się w ducha historii niezwykłej grupy, uzupełniając dzieło Moore’a w sposób kompletny. Warto zauważyć, ze nawet tutaj można zaobserwować inspiracje artystyczne dziełami wcześniejszych twórców. W drugim tomie marsjańskie machiny Obcych stylizowane są przecież na te z rysunków Alvima Correi, brazylijskiego ilustratora odpowiedzialnego za najpiękniejsze grafiki do wellsowskiej „Wojny światów”. Kreacje Correi i O’Neila są na tyle pokrewne, by nie sposób było nie dostrzec podobieństwa, co zresztą pokazuje, z jaką dbałością o szczegóły przygotowywana była całość serii i le kryje niespodzianek dla wprawnego oka odbiorcy.

Całość serii okraszona jest pokaźną ilością dodatków, jak choćby bonusowe opowiadania Moore’a rodem ze wspominanych tu powieści groszowych, skrzące od zjadliwej ironii opisy niekoniecznie trafionych wynalazków (jak łajnoped, czy elektryczna kardioturbina) i standardowo galerię okładek.

„Liga Niezwykłych Dżentelmenów to przykład dzieła wykraczającego poza typową rozrywkę – choć z gruntu na niego zorientowanego. To hołd złożony klasyce, z akcentem na retro-fantastykę i grozę, który, z jednej strony pokazuje artystyczny geniusz zarówno Alana Moore’a jako opowiadacza, jak i Kevina O’Neilla w roli rysownika, a z drugiej odświeża nieco przykurzone postacie z klasyki literatury, głównie anglosaskiej. Na niwie komiksu jest to z pewnością jedna z najważniejszych serii, stanowiąca wspaniałą, intertekstualną przygodę, z jednej strony uciekającą od konceptu klasycznego komiksu superbohaterskiego (którym Moore był już wyraźnie zmęczony), a z drugiej ukazuje potencjał fabularny w twórczości autorów nieco już zapomnianych, którym scenarzysta oddał swoisty hołd i niejako przywrócił popularność dla ich dorobku. Tę serię po prostu wypada znać.

Liga Niezwykłych Dżentelmenów tom 1 i 2

Nasza ocena: - 100%

100%

Scenariusz: Allan Moore. Rysunki: Kevin O Neill. Tłumaczenie: paulina Braiter. Wydawnictwo Egmont 2022

User Rating: Be the first one !

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Powrót pszczołojada – piękno historii ukryte w jej prostocie [recenzja]

„Powrót pszczołojada” to debiut komiksowy niezwykle utalentowanej holenderskiej twórczyni Aimee de Jongh, którą polski czytelnik …

Leave a Reply