Gorący temat

Malarz – polskie tropy lovecraftowskiej kosmologii [recenzja]

„Malarz” Łukasza Godlewskiego to solidna, osadzona w polskich realiach historia, która otwarcie nawiązuje do estetyki prozy H.P. Lovecrafta. I robi to naprawdę udatnie w czasach, kiedy lovecraftowskie motywy zdają się już do przesady wszechobecne, a przez to poważnie zużyte w popkulturze.

Ostatnimi czasy mam szczęście trafiać na polskie komiksy, którymi z premedytacją mogę się zachwycać. Niedawno miałem okazję pisać o drugim tomie znakomitego „Broma” od Unki Odyi, a teraz przyszedł czas na „Malarza” Łukasza Godlewskiego. I nieprzypadkowo wspominam twórczość właśnie Odyi w porównaniu z samodzielnym, pełnoprawnym debiutem Godlewskiego, bowiem wiele mają te komiksy punktów stycznych.

Konrad Ostawsen to samotnik, pogrążony w marazmie, na granicy depresji. W samotni zajmuje go jedynie malowanie mrocznych, ponurych obrazów, których sprzedaż w pewnej gdańskiej galerii osobliwości pozwala mu uzyskać środki na utrzymanie. Nagła wiadomość o spadku po dawno zaginionym ojcu wyrywa go z twórczej stagnacji i motywuje do wyjazdu.

Spadek okazuje się jednak nadspodziewanie skromny – to stara chata na wybrzeżu – społeczność w mieścinie, w jakiej leży odziedziczona nieruchomość zdecydowanie nieprzyjazna, a przeszłość ojca zdaje się kryć o wiele mroczniejsze tajemnice, niż Konradowi mogło przyjść do głowy w najgorszych koszmarach…

„Malarz” to historia budowana starannie i powolnie, w której liczy się przede wszystkim kreślenie ponurego, niepokojącego nastroju. Atmosfera zdaje się zagęszczać z każdym kolejnym kadrem, tajemnice piętrzyć coraz bardziej na kolejnych stronach, a każdy odkryty sekret rodzica zdaje się obnażać co najmniej kilka następnych, o wiele bardziej zagadkowych… i niebezpieczniejszych. Udaje się Godlewskiemu nie tylko wzbudzać lovecraftowski niepokój za pomocą jakże prostych – zdawałoby się – rekwizytów. Mała, prowincjonalna mieścina i jej mieszkańcy, wykazujący ostentacyjną niechęć do obcych, ponure sekrety, ukryte na kartach pamiętnika, echa dawnych, egzotycznych podróży poza granice znanego nam świata, które przed podróżnikiem odkrywają oszałamiające, niepojęte dla ludzkiego umysłu sekrety – to wszystko to elementy lovecraftowskiego sztafażu, ale jakże zgrabnie zaimplementował je Godlewski na polski grunt, na nasze rodzime ziemie! Zdawać by się mogło, że przełożenie jeden do jednego specyfiki prozy najsłynniejszego mieszkańca Providence na realia polskiej prowincji będzie niemożliwe, przez swojskość rodzimej scenerii i kojarzenie jej choćby ze słowiańszczyzną bardziej, niż z weirdową egzotyka dawno zapomnianych kultur. To jednak, co pozornie zdaje się niemożliwe, może być – we wprawnych rękach – doskonałym tworzywem. I takim staje się na kadrach kreślonych przez Godlewskiego. Zwłaszcza, że pozostawia on wystarczającą ilość niedopowiedzeń, by podtrzymać aurę niesamowitości, tajemniczości i podskórnego niepokoju, który odczuwamy przy lekturze. Tutaj nic – zwłaszcza w finale – nie jest oczywiste, nie jest obnażone do granic, ale uchylony zostaje nam jedynie konieczny dla zrozumienia pełni opowieści rąbek całościowej tajemnicy. Jak bowiem wyrazić coś, co nieobejmowalne jest ludzkimi zmysłami?

Paradoksalnie najsłabiej fabularnie wypada to, co egzotyczne, najbardziej obce. Etap ojcowskich wspomnień na tajemniczej wyspie ( nie zdradzając za wiele) nie jest – sam w sobie – źle rozpisany, jednak to sceny rozgrywające się w naszych stronach, zwłaszcza na prowincji, robią największe wrażenie atmosfera podskórnego niepokoju i tajemnicy, która jest znana wszystkim obecnym, poza naszym bohaterem. Etap „egzotyczny” również kryje tajemnice, ale ta – jako taka – jest przed nami obnażana za sprawą rodzicielskiego pamiętnika. I – w swoim trzonie – bezpośrednio czerpiąca z Lovecrafta, może aż przesadnie.

Graficznie znów nasuwa się odwołanie do warsztatu znanego z „Broma” Unki Odyi, choć u Godlewskiego kreska jest zdecydowanie grubsza, jakby bardziej niedbała, rozmyta, co akurat dobrze pasuje do klimatu opowiadanej historii. Pewna maniera w oszczędnym kreśleniu tła poszczególnych kadrów u tej dwójki jest podobna, choć Godlewski zdecydowanie chętniej operuje mrokiem i niedopowiedzeniem na planszach, niż Odyia, która stawia na starannie dopracowany realizm. W „Bromie” świat przedstawiony otwarcie obnażał przed nami swoje sekrety, odsłaniał dla naszych (i bohatera) oczu to, co dotychczas było zakryte, ukazywał nadprzyrodzoną niesamowitość w pełnej krasie. U Godlewskiego, jest wręcz przeciwnie. Konrad Ostawsen usiłuje zajrzeć za kotarę rzeczywistości, poznać to, co nienazwane, ale nie jest przygotowany na to, co dane mu będzie ujrzeć, przez co wymyka się to jego świadomemu postrzeganiu. Rzeczywistość owa jawi się więc jako niejednorodna, niespójna, poszarpana. Wypaczona, ale w sposób, jakiego nie da się przyswoić jednoznacznie i pojąć jej struktury, jej odmienności (jak to udało się bohaterowi w „Bromie”).

I taka estetyka idealnie wpisuje się w przyjętą konwencję gatunkową, pozwalając Godlewskiemu na skuteczne realizowanie swojego fabularnego pomysłu.

„Malarz” to rzecz smakowita, której jedyna wada jest objętość. Komiks zbyt szybko się kończy, a chciałoby się pozostać na dłużej w świecie Konrada Ostawsena, kryjącym o wiele więcej, niż pozornie oferuje prozaiczna, polska rzeczywistość. Mam nadzieję, że to nie była to jedyna przygoda Ostawsena, jaką dane nam było poznać i że autor kiedyś jeszcze do niej powróci w kolejnych odsłonach. Szkoda by było zupełnie zamknąć ten rudział, skoro jego potencjał nie wyczerpał się jeszcze całkiem.

Malarz

Nasza ocena: - 85%

85%

Scenariusz i rysunki: Łukasz Godlewski. Wydawnictwo niezależne 2022

User Rating: Be the first one !

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Elektra i Wolverine: Odkupienie – inaczej niż zwykle [recenzja]

Elektra i Wolverine – taka para wspólnie w jednym komiksie obiecuje mnóstwo emocji. Najpierw jednak …

Leave a Reply