Gorący temat

Peacemaker, sezon 1 – taniec, muza i rozwałka [recenzja]

“Peacemaker” to serial, co do którego wiele osób zadawało sobie pytanie, po co w ogóle go robić. Po seansie takie pytanie jest po prostu bezzasadne. “Peacemaker” powstał po to, by okazać się jednym z najlepszych seriali superbohaterskich.

Ta historia potoczyła się bardzo dziwnie i zupełnie niestandardowo. James Gunn po wyciągnięciu jego tweeta sprzed lat został zwolniony z Marvela i odsunięty od pracy nad kolejnymi “Strażnikami Galaktyki”, z czego skorzystali włodarze Warner Bros i z otwartymi ramionami przywitali go w ramach filmowego DC. James Gunn dostał pokaźny budżet, wybrał projekt, przy którym mógł robić co mu się podoba i w efekcie powstał świetny, campowy “Legion Samobójców”, który w dużym stopniu ze względu na pandemię, ale też ze względu na charakterystyczny, groteskowy styl poległ w kinach. No dobra, nic straconego, bo wygląda to tak, że James Gunn zrobił “Legion Samobójców” tylko po to, by móc potem zrobić “Peacemakera”. A co więcej, tę raczej mało sympatyczną w filmie postać, po obejrzeniu serialu wszyscy pokochali, razem z odtwórcą tytułowej roli, czyli kolejnym i jak się okazuje, również utalentowanym hollywoodzkim osiłkiem, Johnem Cena.

Jego Peacemaker wcześniej zrobił w filmie bardzo brzydką rzecz i znalazł się tym samym na liście nielubianych postaci. Taki też jest w pierwszych odcinkach serialu – durny, bezmyślny, toporny, po prostu niereformowalny dupek o prawicowych inklinacjach. Jakimś cudem ocalał z rozpierduchy w finale filmu i spotykamy go w szpitalu, w którym odzyskuje zdrowie. Szybko ulatnia się z lecznicy, by ponownie trafić do kolejnego oddziału od brudnej roboty, w którym mamy nowe twarze, ale również znajomych z filmu (dokładnie – tych, którzy przeciwstawili się Amandzie Waller). Oddział dostaje specjalne zadanie, które z odcinka na odcinek staje się coraz bardziej skomplikowane i zarazem coraz bardziej groteskowe. Sprawa ma kryptonim “Motyl” i pod tą nazwą kryje się coś, co James Gunn kocha, takie trochę coś z niczego, co okaże się zagrożeniem dla Ziemi, z którym trzeba będzie sobie poradzić w najbardziej odjazdowy i widowiskowy sposób. 

Fabuła z początku skupia się na odkrywaniu kolejnych tajemnic związanych z inwazją, ale jej sercem szybko okazuje się co innego – interakcje między bohaterami. Wszystkie postacie z utworzonej drużyny są ze sobą początkowo mało kompatybilne tworząc zlepek konforntujących się ze sobą osobowości, ale z czasem, przede wszystkim dzięki akcjom w terenie buduje się między nimi więź. Oprócz dowódcy w osobie Murna mamy też dwie, dobrze sobie radzące kobiety. Twardą Harcourt i dosztukowaną nieco na siłę i z pewnych określonych powodów Leotę Adebayo. Tę drugą gra pamiętna z “Orange is the new Black”, Danielle Brooks, która nowej postaci daje tyle samo ekranowej energii. 

Głównym czarnym charakterem okazuje się ktoś niezwiązany z inwazją, czyli ojciec Peacemakera, grany przez Roberta Patricka, który wyciska ze swej odstręczającej, ale i fascynującej roli maksimum i zostawia w tyle wiele czarnych charakterów zarówno z filmowego Marvela i DC. Konflikt tytułowego bohatera z ojcem jest jednym z najważniejszych wątków serialu i z czasem zmienia nasze nastawienie do Peacemakera. W ogóle wszyscy bohaterowie i ci najważniejsi i ci poboczni mają w serialu Gunna istotną rolę do odegrania, co najlepiej obrazuje prosta w pomyśle i jakże efektowna w wykonaniu taneczna czołówka,  przecież wiadomo, że jak za sterami projektu mamy Jamesa Gunna, to taniec musi być. A przy okazji, również dosadny język.

Już w “Legionie Samobójców” Gunn skwapliwie wykorzystał możliwość używania przekleństw przez bohaterów oraz możliwość tworzenia widowiskowych, krwawych scen. Okazuje się, że ów twórca doskonale radzi sobie zarówno przy marvelowskich ograniczeniach pod tym względem, jaki i kiedy może iść na całość – zawsze wychodzi mu z tego pełna ekranowej energii historia. W “Peacemakerze” mamy zresztą również  bezpruderyjny seks (scena seksu, a potem potem przede wszystkim scena walki w pierwszym epizodzie to coś niesamowitego jak na superbohaterski serial) jak i rzucane często słowo na “f”. Te ostatnie w finałowym epizodzie robi zresztą największe wrażenie, gdy jest wypowiedziane przez pierwszoligowego superbohatera DC. 

Wisienką na torcie w “Peacemakerze” jest z pewnością jego zwichrowany kompan Vigilante (cudowna rola Freddiego Stroma), który toczy z głównym bohaterem absurdalne w swej wymowie, nieadekwatne do danej sytuacji dialogi, mające momentami siłę rażenia niczym w legendarnym “Pulp fiction”. No i mamy jeszcze Orzełka, czyli zwierzęcego kumpla Peacemakera, który z pewnością stanie się ulubieńcem widzów, bo z jego udziałem dostajemy kilka z lepszych scen w serialu. Słowem – samo dobro.

Jak to wszystko udało się poskładać Gunnowi do kupy wie tylko on sam. Efekt jest taki, że dostaliśmy serial, który zostawił w tyle wszystkie marvelowskie, w wielu przypadkach tez przecież świetne, serialowe produkcje. A co więcej, dorównał poziomem “The Boys” w kreowaniu fantastycznie zakręconej makabry, w zamian nieco przesuwając akcenty komediowe, których znakiem rozpoznawczym oprócz dialogów jest wykorzystana w filmie muza. Ścieżka dźwiękowa wykorzystuje utwory gatunku określanego po polsku jako pudel metal, tworząc aurę obciachu, który Gunn przekuł na mocny atut. No i sami  bohaterowie wydają się być mocniej związani ze sobą, a tym samym z widzami. Niedługo dostaniemy trzeci sezon “The Boys” i wtedy się okaże, który z nich będzie mógł dostać koronę najlepszego serialu superbohaterskiego w tym sezonie. I chociaż w kolejce czekają jeszcze kolejne, obiecujące marvelowskie produkcje, to nie będzie im łatwo powalczyć z  “Peacemakerem” o superbohaterskie, serialowe podium.

Foto © HBO Max

Peacemaker, sezon 1

Nasza ocena: - 85%

85%

Twórcy: James Gunn. Występują: John Cena, Danielle Brooks, Robert Patrick i inni. HBO Max 2022

User Rating: Be the first one !

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

1899, sezon 1 – serialowy wir tajemnic [recenzja]

Netflix w ostatnim czasie nie ma łatwo,  odbiorcy coraz częściej krytykują jego ofertę, jednak póki …

Leave a Reply