Proces Siódemki z Chicago – zostaną tylko symboliczne obrazki [recenzja]

“Proces Siódemki z Chicago” Aarona Sorkina pokazuje jak trudno uciec dziś od polityki i podziałów ideologicznych, które w tym przypadku przesłonią też dyskusję o zaletach samego filmu. To i tak byłoby nieuniknione, ponieważ twórca zrobił z pełną świadomością dzieło programowo propagandowe, czyli film polityczny o procesie politycznym, który za taki w czasach kiedy się odbywał miał nie uchodzić. 

Kiedy w 2020 roku, po seansie “Procesu Siódemki z Chicago” pooglądamy telewizyjne serwisy informacyjne, czy zwyczajnie popatrzymy przez okno uderzy nas nie tyle podobieństwo do przywołanych w filmie czasów sprzed ponad pięćdziesięciu lat, ale i refleksja, co za kolejne pięćdziesiąt lat zostanie z końcówki drugiej dekady dwudziestego pierwszego wieku w powszechnej świadomości. Jakie obrazy, jakie symbole zostaną w kulturze i sztuce, w historyczno-społecznej pamięci na stałe, a jakie odejdą w otchłań zapomnienia lub zostaną zwyczajnie wyparte? Jakie książki będzie się pisać, jakie filmy będzie się wówczas kręcić o tym naszym obecnym czasie? I czy ludzie będą mogli  znajdować w nich odniesienie do ich obecnej sytuacji?

Na pewno dzisiaj, wielu obywateli tak w Polsce jak i w USA znajdzie podobieństwa kulturowo-historyczne od portretu niespokojnych czasów z “Procesu Siódemki w Chicago”. Kluczowe słowa to opresja, uprzedzenia, dezynwoltura i brak płaszczyzny porozumienia. Na sądowej sali bardziej niż rzetelny proces oglądamy teatralny dramat o historycznym momencie (choć rozciągniętym na wiele dni), który położy się cieniem na ówczesnej państwowej administracji. Na zewnątrz skandowane hasło “cały świat patrzy”, a pięćdziesiąt lat później, na wieść o premierze filmu duża część naszego świata zastanawia się – a co to takiego ta Siódemka z Chicago i czego dotyczył jej proces? Ukarani za demonstrację przeciw wojnie w Wietnamie? Aha, to już coś więcej wiemy, oglądaliśmy przecież  “Hair” czy “Forresta Gumpa”. Wracają obrazy demonstrujących hipisów i tej dziewczyny wręczającej kwiat jednemu z funkcjonariuszów pilnujących demonstrantów. Zaraz, czy nie to samo widzieliśmy niedawno na Białorusi? Czy na naszych oczach historia właśnie zatacza koło?

Taki właśnie miał plan Aaron Sorkin, znany choćby ze scenariuszy do “Social Network”, “Newsroomu”, czy “Ludzi honoru”. Stworzyć film historyczny, w którym dziwnym trafem odbija się nasza obecna rzeczywistość. Sorkin stworzył również błyskotliwy scenariusz z dynamicznymi dialogami i zebrał świetnych aktorów każdemu z nich dając duże pole do popisu. Dostaliśmy też świetny montaż, jedną wstrząsającą scenę z sali sądowej i  patetyczne, bardzo amerykańskie z ducha zakończenie, które wywołuje u każdego z widzów duże emocje (dodajmy, mogą być one różnego rodzaju). 

Historia siedmiu amerykańskich obywateli ( choć z początku było ich  ośmiu) aresztowanych za zorganizowanie demonstracji mającej na celu zakłócić odbywającą się wówczas w Chicago konwencję Demokratów (tak, jest Demokratów, a nie tej drugiej strony) ma wszystko, co powinien mieć filmowy kandydat do Oscara. Przy okazji wywołuje tęsknotę za obrazami naprawdę o czymś istotnym uświadamiając, jak bardzo jesteśmy już zmęczeni popularnym kinem gatunkowym, które pod względem dynamiki opowiadanej historii, film Sorkina zjada na dzień dobry. Po seansie od razu lepiej się człowiekowi myśli, w mózgu zaskakują zastałe trybiki, czuje się wypełniająca nas – tak samo jak film – energię i potrzebę zrobienia czegoś angażującego. Godzina, dwie i ten stan rzecz jasna mija. Trzyma się nas tylko kurczowo wkurw bądź niesmak, kiedy znowu zobaczymy coś odrażającego w sieci bądź w telewizji.

Sztuka i kultura jednak nie śpią. I choć słusznie ma pretensje Tom Hayden, bohater grany przez Eddiego Redmayne’a do Abbiego Hoffmana, bohatera granego przez Sachę Barona Cohena (obaj mają dużą szansę znaleźć się w gronie nominowanych do Oscara), o to co się będzie pamiętać z ich obywatelskich postulatów po latach, zastąpionych przez utrwalone przez fotografów historyczne, a z czasem symboliczne  chwile, nie zmienia to faktu, że w jakiś sposób zazdrościmy i jednemu i drugiemu tej aktywności obywatelskiej i próby dokonania zmian w obrazie współczesnego im świata. Zmian, z których po latach zostają głównie symboliczne obrazy, a cała otoczka na czele z konkretnym ludzkim zaangażowaniem ulatuje z pamięci, dlatego tak ważne jest przypominanie ze szczegółami o tym, co i jak było kiedyś, szczególnie jeśli  “kiedyś” jawi nam się nagle jako wcale nie coś tak bardzo odległego. Niedawno mieliśmy jeszcze serial  “Watchmen”, film “Green Book” i teraz “Krainę Lovecrafta”, które pokazują jeszcze inną twarz Ameryki, przywołując również powszechnie zapomnianą masakrę czarnoskórych obywateli w Tulsie i wiążąc dawne wydarzenia z zadaniami dzisiejszego ruchu Black Lives Matter. 

Po latach od historycznych wydarzeń możemy zatem liczyć jedynie (na odstawioną właśnie na boczny tor przez naszych rządzących) kulturę i sztukę, które bez ogródek przypominają to, czego nie powinno się zapomnieć. W przeciwnym razie mogą nam zostać tylko symbole, które choć znamy ich kontekst,  mówią do nas wielkimi ogólnikami. Sorkinowi udało się zrobić coś więcej, niż tylko ogólnik, bo przywołał ważny moment z przeszłości ze wszystkimi jego bohaterami – nie dzielmy ich w tej chwili na tych dobrych i złych – abyśmy przez tę błyskotliwą analogię wyraźniej zobaczyli nasza teraźniejszość. Pozostaje jeszcze kwestia przyszłości – czy jesteśmy w ogóle w stanie wpłynąć na to, w jaki sposób będzie ona postrzegana? Film Sorkina udowadnia, że nic nie ginie w mrokach historii i wystarczy więcej niż odrobina zaangażowania, by przypomnieć nam jej ważne chwile. A to, że samo przypomnienie niesie ze sobą przeróżne implikacje, w przypadku “Procesu siódemki z Chicago” jest już zasługą scenariusza i reżyserii Aarona Sorkina oraz  całej, znakomicie się spisującej ekipy filmowej. 

Proces Siódemki z Chicago

Nasza ocena: - 85%

85%

Reżyseria i scenariusz: Aaron Sorkin. Występują: Sacha Baron Cohen, Eddie Redmayne, Jeremy Strong i inni.

User Rating: Be the first one !

Tomasz Miecznikowski

Avatar
Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

Spontaneous – krwawa miłość [recenzja]

W temacie komedii romantycznych filmowcy powiedzieli tak wiele, że mogłoby się wydawać, że już wystarczająco. …

Leave a Reply