Co to do cholery było – siedem filmowych serii pogrzebanych sequelami

Nie sposób w historii kinematografii zliczyć podyktowanych chęcią zarobku kontynuacji, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego. A jednak są takie marki, przy których podobne zagrania bolą szczególnie. Poniżej przedstawiamy siedem z nich.

Park Jurajski – części od trzeciej wzwyż

Ani pierwsza, ani tym bardziej nudnawa druga odsłona spotkania z dinozaurami nie były filmami idealnymi, o nie. Nawet spłycony do poziomu thrillera akcji materiał źródłowy pióra Michaela Crichtona pozostawał jednak znakomity i gwarantował jako taką spójność. Tego co wyprawia się w kolejnych odsłonach nijak wytłumaczyć się już nie da – a już w szczególności w wypełnionej ciosanymi z drewna postaciami, paskudnej „trójce”. „Jurassic World” i „Fallen Kingdom” to też czarne owce w rodzinie, głównie za odtwórczość – a na podsumowanie tego jak bardzo chcieliśmy je zobaczyć, niech wystarczy powyższa scena.

Szczęki 2, 3, 4

Film Stevena Spielberga odmienił oblicze kina i zdefiniował pojęcie letniego blockbustera. A później rozpoczęto standardowy szturm na portfele klientów – pozbawione książkowej podstawy sequele popadały w coraz większą śmieszność. O ile dwójkę da się jeszcze oglądać bez zgrzytania zębami, tak już żałosne 3D i ogarnięty żądzą zemsty rekin (że co?!) w części czwartej skutecznie zakopały markę na kolejne dekady. Zresztą, sami popatrzcie.

Obcy – wszystko po „trójce”

Choć w momencie premiery zapewne trudno byłoby w to uwierzyć, zupełnie zbędny, przaśny humor jaki zafundował nam „Obcy: Przebudzenie” i rzucająca sucharami  na prawo i lewo Ripley wcale nie były najgorszym co przytrafiło się uznanej niegdyś serii. O ironio, tę postanowił pogrzebać sam jej inicjator, Ridley Scott. Jeśli wyczyny absurdalnie niekompetentnych załogantów „Prometeusza” potrafiły bowiem doprowadzić niejednego do przemożnej chęci pacnięcia się w czoło, „Obcy: Przymierze” wynosi scenopisarskie lenistwo na zupełnie nowy poziom. Zresztą, brutalnie parafrazując słowa Davida – wy dmuchajcie w dziurkę, a ja zajmę się palcówką.

Mumia 3

Przygodowe kino z Brendanem Fraserem i Rachel Weisz w głównych rolach może i od początku było kalką „Indiany Jonesa” w wersji horror, ale miało w sobie dość bezczelności, by pary starczyło na dwa udane filmy. W trzeciej zabrakło tej piękniejszej części duetu – i jakby za tym faktem całość posypała się niczym domek z kart. Brak chemii, fabularny chaos i koncertowo zmarnowany pomysł na wykorzystanie terakotowej armii. Ale za to mamy yeti! Czy trzeba dodawać cokolwiek ponad to? Może sugestię, by „Mumię” traktować jako dylogię.

Matrix 2 i 3

Do dziś pamiętam, jak na szkolnym podwórku z kolegami usiłowaliśmy powtórzyć słynne uchylenie się przed kulami Neo. Nie tylko my zresztą – pierwsza część trylogii Wachowskich była przecież jednym z tego typu filmów które nie tylko redefiniują gatunek na całe dekady, ale z miejsca znajdują swoje miejsce w kulturze masowej. Matrix był maestrią w zakresie zastosowanej technologii i podejścia do przedstawianych idei, ale przede wszystkim zdawał się stanowić zamkniętą całość… aż w głowach producentów nie pojawiły się góry dolarów. A zatem dostaliśmy „dwójkę” i „trójkę” w których było więcej… dokładnie tego, czego więcej być nie powinno. Zresztą, popatrzcie sami – czy ktokolwiek naprawdę tego potrzebował?

Piła 2, 3, 4, 5… i kto wie jak daleko

Konia (i to niejednego) z rzędem temu, kto przynajmniej nie uniósł brwi, kiedy finalna scena nakręconego za grosze pierwowzoru objawiała nam prawdziwą tożsamość mordercy. I gdyby tylko na tym się zakończyło, moglibyśmy dziś mówić o jednym z najbardziej sensacyjnych finałów w nowoczesnej filmowej historii. Skończyło się jednak inaczej – zgadnijcie dlaczego – a każda kolejna „Piła” coraz bardziej z intrygująco enigmatycznego scenariusza uciekała w festiwal okraszonych galonami krwi absurdów. Jeśli jest jedna pozytywna rzecz związana z pandemią koronawirusa, to taka, że kolejne spotkanie z tą scenopisarską grafomanią zostało odroczone na bliżej nieokreśloną przyszłość. Ufff. Na deser zaś, aktorstwo na „medal z zimnioka”:

Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki

Co to do ciężkiej k… miało być – czyli rasowy przykład filmu, który powstał o przynajmniej o dwie dekady za późno. Podstarzałego Harrisona Forda trzeba było wspomóc zatem całym wachlarzem żenujących scen, na czele z takimi potentatami: przetrwaniem wybuchu atomówki w lodówce, umiejętnościami bujania się na CGI lianach Shii LaBeoufa, a wreszcie całkowitym odlotem we finale. Tak, odlecieli w szczególności twórcy.

Poza zestawieniem, ale honorowe miejsca należą się tak fundamentalnym dziełom popkultury jak: Speed II, Mortal Kombat: Anihilacja, Syn Maski, Nagi Instynkt 2, Batman i Robin, American Psycho 2, S. Darko, Blair Witch 2, Egzorcysta 2, Mucha 2, Głupi i głupszy 2 i… wiele, wiele więcej.

Maciej Bachorski

Maciej Bachorski
Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i przyzwoitej (znaczy, nie tylko single malt) whisky. Pisywał dla "Playboya", "PIXELA", czy "Wiedzy i Życia", a obecnie współpracuje z "Nową Fantastyką", "CD-Action" i "Netfilmem".

Zobacz także

5 nowych seriali na (lub tuż po) Halloween 2020

W Halloween najlepiej jest rzecz jasna obejrzeć klasyczny “Halloween”, kto jednak widział już film setki …

Leave a Reply