Gorący temat

Projekt Adam – bilet wstępu do lat młodości [recenzja]

Podobnie jak wcześniejszy „Free Guy”, sygnowany tym razem logiem Netfliksa drugi efekt wspólnej współpracy Shawna Levy’ego i Ryana Reynoldsa, na celu ma przede wszystkim dostarczenie odbiorcom jak najwięcej nieskrępowanej zabawy.

Historia jaką poznajemy podczas seansu „Projektu Adam” rozpoczyna się w 2050 roku, kiedy Adam Reed, pilot dysponującego przełomową technologia myśliwca, pod wrogim ostrzałem zmuszony jest salwować się ucieczką… wstecz czasu. Choć w zamiarze wylądować ma w roku 2018, uszkodzenie jakiego doznaje maszyna powoduje, że bohater ostatecznie ląduje cztery lata później, tylko po to, by w nie do końca planowy sposób natknąć się… na młodszą wersję siebie. Na sentymentalne rozterki bynajmniej jednak nie ma czasu – już wkrótce okazuje się, że przyszłość, teraźniejszość i przeszłość są ze sobą nierozerwalnie sprzężone w zbliżającym się kataklizmie, a jedynym sposobem by zapobiec nieuchronnemu zniszczeniu świata będzie powstrzymanie tego, od czego wszystko się zaczęło.

Shawn levy i Ryan Reynolds swoim pierwszym wspólnym filmem niewątpliwie rozbili bank, nie tylko uderzając w cokolwiek nostalgiczny ton, odmierzony w dawkach odpowiednich dla starszych odbiorców, ale i udowadniając, że dobra zabawa może opierać się na nonsensie. Bodaj najbardziej istotnym we „Free Guy” elementem było to, że wszystkie te drobne głupotki które stawałyby nam ością w gardle podczas filmu usiłującego zaczepić w je w podobnym do naszego świecie przedstawionym (tak „Moonfall”, to ciebie mam na myśli), były zadziwiająco spójne w ramach filmowej rzeczywistości. W ramach kina rozrywkowego w lwiej większości przypadków to wystarcza, by bezrefleksyjnie zatopić się w tym co oglądamy na ekranie – i sprawa ma się niemal tożsamo również w przypadku „Projektu Adam”.

Z tego też względu, definitywnie największym błędem jaki można popełnić podczas seansu nowego dzieła Levy’ego jest rozbieranie fabuły na czynniki pierwsze. Ta bowiem nie tylko w głębokim poważaniu ma prawa fizyki, ale wręcz z szeroko rozłożonymi ramionami wita wszelakie logiczne, przyczynowo-skutkowe dziury i sytuacje w których zaoferowane przez scenariusz rozwiązania wymagają przyjmowania ich na wiarę w miejsce podejmowania prób jakichkolwiek analiz. Nawet przy takim podejściu, „Projekt Adam” niekiedy mimo wszystko balansuje na granicy żenady, czy to z powodu rozkosznej przewidywalności, drętwej gry niektórych członków aktorskiej obsady, czy wreszcie trącących czerstwymi one-linerami partii dialogowych. Tam jednak gdzie nasza cierpliwość zostaje wystawiona na co cięższą próbę, do gry wkracza to, co duetowi Levy- Reynolds tak dobrze udało się za pierwszym razem: rozmyślnie zaimplementowane w seans dawki nostalgii.

Poczucie tego, że obcujemy ze współczesną wersją kina nowej przygody jest tu niezwykle silne, podobnie zresztą jak i charakterystyczne dla Spielbergowych młodzieżówek łączenie naturalnego humoru, opowieści inicjacyjnej i nie oglądającej się za siebie akcji. Czysta radość wywoływana autentycznie zabawną relacją na linii „młodszy ja / starszy ja” kontrowana jest tu również kiedy trzeba solidną porcją familijnego kina obyczajowego. I znów, choć ciężko w tym aspekcie mówić o czymkolwiek więcej niż recyklingu sprawdzonych od lat idei, te przy wsparciu chwytającej za serce ścieżki dźwiękowej nadal potrafią działać sprawnie na tyle, by niejednego widza doprowadzić do ścisku w gardle.

Wszystko to oplecione jest dobrze prezentującym się CGI i topową obsadą. Jako słowo się rzekło, w przypadku tego drugiego można mówić o pewnej nierówności – o ile na stały i solidny poziom Marka Ruffalo można liczyć właściwie zawsze, a grający samego siebie Ryan Reynolds również nie wykracza poza normę, tak jego młodsze alter ego w wykonaniu Walkera Scobella prezentuje się to lepiej to gorzej. Można to jednak w oczywisty sposób złożyć na kark braku doświadczenia i na szczęście nie stanowi to elementu który w zdecydowany sposób wybijał nas z immersji.

„Projekt Adam” definitywnie jest kinem wybitnym, które w zamiarze ma redefiniować gatunek, czy pozostawić nas w niemym zachwycie w ciągu następnych godzin po seansie. To czysty, tak potrzebny dla wielu z nas w obecnych czasach eskapizm, napędzany miłością do bezrefleksyjnej przygody sprzed kilku dekad – i jako taki sprawdza się wystarczająco dobrze, by poświęcić mu niecałe dwie godziny swojego życia.

Foto © Netflix

Projekt Adam

Nasza ocena: - 65%

65%

Reżyseria: Shawn Levy. Obsada: Ryan Reynolds, Walker Scobell, Mark Ruffalo, Zoe Saldaña i inni. USA, 2022.

User Rating: Be the first one !

Maciej Bachorski

Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i przyzwoitej (znaczy, nie tylko single malt) whisky. Pisywał dla "Playboya", "PIXELA", czy "Wiedzy i Życia", a obecnie współpracuje z "Nową Fantastyką", "CD-Action" i "Netfilmem".

Zobacz także

Infinite Storm – terapia pośród górskich szczytów [recenzja]

Kino survivalowe to gatunek o tyle specyficzny, że częstokroć poprzez przedstawianie morderczych i bezlitosnych sił …

Leave a Reply