Gorący temat

Punisher Marvel Knights, tom 3 – po prostu piękny [recenzja]

W trzecim tomie zbiorczym “Punishera” w cyklu Marvel Knights Garth Ennis zatacza symboliczne koło, wracając do bohaterów i wątków z początków przygody scenarzysty z postacią Franka Castle’a. Efekt może nie jest spektakularny, ale z pewnością satysfakcjonujący dla czytelnika.

Kolekcja zbiorczych albumów “Punishera” wydawanych przez Egmont  systematycznie rośnie i zebrała się już całkiem pokaźna dawka opowiesci z tym bezkompromisowym bohaterem. Większość z nich jest scenopisarskim dziełem Gartha Ennisa, który mając do dyspozycji Franka Castle’a może sobie pozwolić dosłownie na wszystko – jest brutalnie, śmiesznie, strasznie i czasem smutno. W trzecim tomie cyklu w ramach Marvel Knights jest przede wszystkim po bandzie, bo taki miał tutaj Ennis patent na “Punishera”, choć zdarzają się wyjątki, tak jak choby przyziemne i bardziej realistyczne “Ulice Laredo”, które śmiało mogłyby się znaleźć w cyklu ‘Punisher Max”. 

Zaczynamy jednak od zaskakującego zeszytu z Elektrą, która z niewiadomych z początku powodów zabiera się za eliminowanie upatrzonych przez Punishera mafiosów. “Elektra” zapowiada się na dłuższą historię, a w rzeczywistości dostajemy jeden zeszyt napisany prawdopodobnie dla nieoczekiwanej puenty, która pokazuje nam w finale bardziej ludzkie, takie po prostu zwyczajne oblicze bohatera. To udany wstęp, który dobrze nastraja czytelniczo na resztę historii w tym pokaźnym albumie, jednak następujące po nim westernowe z ducha “Ulice Laredo” nie mają już tego luzu. To brutalna historia rozgrywająca się daleko od Nowego Jorku, na amerykańskiej prowincji, choć niektóre, wydawałoby się tradycyjne motywy Garth Ennis odwrócił w niej o sto osiemdziesiąt stpni, co w udany sposób podkoloryzowało fabułę. Na osobną uwagę zasługują rysunki Cama Kennedyego, w których można dostrzec echa stylu Johna ROmity Jr, ale głównie chodzi o to, że wszyscy bohaterowie mają tu niesympatyczne, po prostu brzydkie facjaty, co jeszcze bardziej pogłębia ponury nastrój tej historii. Mocna rzecz.

Potem wracamy już do Nowego Jorku, na początku na spotkanie z detektywem Soapem, któremu przy więcej niż jednej szklaneczce mocnego trunku zbiera się na zwierzenia. Jeśl jest ten bohater, to wiadomo, że w fabule znajdą się żenujące momenty, które zawsze w specyficzny sposób rysuje Steve Dillon. Soap to dziwaczna postać, ofiara losu, która zaakceptowała swoje wrodzone braki i za to właśnie czujemy do niego sympatię i bardziej niż śmiejemy się z niego, żałujemy go we wszystkich niezręcznych sytuacjach, w które ów bohater zostaje wmanewrowany. Dlatego też, podczas lektury “Sprzysiężenia osłów”, ostatniej historii w której występuje Soap czujemy rodzaj ulgi, kiedy znika on z nowojorskiej sceny i odnajduje nowe powołanie. 

“Sprzysiężeni osłów” to także pierwszy etap zamknięcia historii Punishera w ramach Marvel Knights. Ennis zaprosił przy niej do współpracy Johna McCrea  i rzeczywiście dostajemy wybuchową, jadącą po bandzie opowieść w stylu świetnego “Hitmana” tego twórczego duetu. Pamiętacie jak na początku cyklu Punisher dał w kość Daredevilowi, a nieco później nie miał litości dla Wolverine’a? Do tej dwójki dołącza mający również z Frankiem na pieńku Spider-Man i wspólnie postanawiają rozwiązać kwestię Punishera. W sensie, że nie ostatecznie, tylko po prostu schwytać go, postawić przed sąd i sprawić, że wyląduje w więzieniu. To najlepiej skonstruowana fabułą w tym tomie, z kilkoma asami w rękawie, a szczególnie z jednym, dzięki któremu ów superbohaterski pojedynek wskoczy na wyższy poziom. W finale Ennis nawiązuje do scen ze słynnej historii “Witaj ponownie, Frank” z widokiem na Nowy Jork (już bez dwóch wież World Trade Center) i równie dobrze w ten sposób mógłby się ów cykl skończyć. Ale na szczęście dostaniemy jeszcze deser, w postaci długiej, wspólnej historii Ennisa i Dillona. A ta para zawsze jest gwarancją czegoś naprawdę szalonego.

I cóż, taka właśnie jest historia “Zmartwychwstanie mateczki Gucci”, w której powracają najważniejsze wątki i część bohaterów ze wspomnianego wyżej “Witaj ponownie, Frank”. Czy ta opowieść ma sens? Nie za bardzo. Czy równie dobrze mogłoby jej nie być? Owszem. Ale we wspólnych twórczych działaniach Ennisa i Dillona jest rodzaj jakiejś dziwacznej fascynacji w możliwości kreowania najbardziej pokręconych historii. Przemoc staje się tutaj tak hiperrealistyczna, że zarazem nierealna, tak mocno podkręcają fabułę obaj twórcy. Jest w ich wspólnych występach coś uwalniającego i zaprzeczającego tezom o wpływie przemocy w popkulturze na odbiorców – rodzaj pogodzenia z konwencją  i czerpania z niej estetycznej radości. Niektórzy odbiorcy kupią to z całym dobrodziejstwem inwentarza, niektórzy się odbiją mówiąc, że jest głupie i bez sensu. Ale taki właśnie jest “Punisher” Ennisa i Dillona. Czasem tak bezsensowny, głupi i pojechany, że aż po prostu piękny.

Punisher Marvel Knights, tom 3

NAsza ocena: - 75%

75%

Scenariusz: Garth Ennis. Rysunki: Steve Dillon i inni. Tłumaczenie: Marek Starosta. Egmont 2022

User Rating: Be the first one !

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

Raz i na zawsze, tom 2: Staroangielski – dokąd opowieść ta zmierza? [recenzja]

Kieron Gillen hojną ręką korzysta z zasobów mitów i tradycji kultury, w drugim tomie swojej …

Leave a Reply