Tajne Imperium, czyli jak Marvel burzy własne pomniki

“Tajne Imperium” to jeden z najlepszych, a z pewnością najważniejszy event Marvela ostatnich lat. Do sukcesu wystarczyło uczynić tym złym superbohaterską ikonę, czyli Steve’a Rogersa, znanego powszechnie jako Kapitan Ameryka. 

Ten event był pieczołowicie szykowany od dłuższego czasu, droga do niego prowadziła przez “Avengers:Impas. Atak na Pleasant Hill”, “II Wojnę Domową” i serię poświęconą samemu Capowi, czyli “Kapitan Ameryka. Steve Rogers”, ze słynnym kadrem, na którym superbohater wypowiada słowa, które nigdy nie powinny paść z jego ust – “Hail Hydra”. 

Pierwszy zeszyt “Tajnego Imperium” to niezwykle mocne uderzenie, w której stojący na czele Hydry Rogers w kilku kolejnych etapach przejmuje władzę w USA i eliminuje z rozgrywki kolejnych bohaterów. Nie, nie w dosłownym sensie, na superbohaterskie śmierci przyjdzie jeszcze czas. Eliminacja polega na odizolowaniu najpotężniejszych  herosów, którzy znaleźli się poza Ziemią i nie mogą na nią wrócić z powodu uruchomionej osłony planetarnej. Natomiast superbohaterska kolebka czyli Nowy Jork, został odizolowany w wymiarze Darkforce. Oto prawdziwie diabelski szach-mat, który pozwala Rogersowi sięgnąć  po pełnię władzy na Kapitolu w Waszyngtonie. Co najważniejsze, nie zdobywa jej przemocą, wręcz przeciwnie, rządowi oficjele w obliczu narastającego kryzysu sami oddali mu ją do rąk, już wcześniej stawiając go na czele SHIELD po procesie Marii Hill. W ten sposób nadchodzą mroczne czasy, które odmienią na zawsze marvelowskie uniwersum.

Opisane wydarzenia to dopiero początek opasłego, liczącego prawie pięćset stron komiksu. Zapowiedź czekających nas emocji widzimy na dosadnej w wymowie, acz trochę przekłamanej okładce, na której brakuje bardzo ważnych w tej historii bohaterów, przede wszystkim Sama Wilsona i Nataszy Romanowej. Ten najważniejszy bohater rzecz jasna jest i swoją zdeformowaną twarzą najmocniej przyciąga nasz wzrok. Tak, nie ma co ukrywać, Kapitan Ameryka w sferze idei zmienia się w “Tajnym Imperium” w swojego wielkiego wroga, Red Skulla, którego zresztą pozbył się w brutalny sposób jeszcze przed rozpoczęciem eventu. Choć z pewnością superbohaterowie woleliby walkę z dobrze im znanym, nazistowskim złolem, zamiast z kimś, kto był dla nich jednocześnie wzorem i przyjacielem.

Czytelnicy poprzedzających “Tajne Imperium” serii zdają sobie sprawę, że Kapitan Ameryka za sprawą kosmicznej kostki Kubik i właśnie Red Skulla ma zaszczepione fałszywe wspomnienia, które całkowicie zmieniają jego genezę. Odpowiedzialnemu za scenariusz Nickowi Spencerowi udało się jednak to, co kiedyś Markowi Millarowi w “Czerwonym Synu” (z Supermanem lądującym po zagładzie macierzystej planety w Rosji zamiast w USA) – ideowa postawa Capa nawet po zmianie barw wcale nie ulega zmianie i Steve Rogers nawet jako agent Hydry nadal pozostaje tą samą, oddaną swym wartością postacią, pragnącą dla wszystkich lepszego świata. Tyle że to marzenie realizuje w całkiem odmienny sposób, który w skrócie można określić jako po trupach do celu. 

Ta mroczna wizja faszystowskiej Ameryki pod rządami jej dawnego idola powstała,  jak to zwykle bywa przy eventach przy współpracy kilku grafików, wśród których trzeba wyróżnić Lenila Francisa Yu i przede wszystkim Andrea Sorentino, którego unikalny styl przydaje bardzo potrzebnej tej historii wiarygodności i powagi. Bo to prawda – jest poważnie, są nieuniknione porównania do aktualnej sytuacji w USA, ale polegające nie tylko na metaforycznym potępieniu obecnej administracji, ale też na próbie wytłumaczenia dlaczego Amerykanie sami wybrali tę władzę. 

Na koniec eventu, już po wszystkich rozstrzygnięciach, w zeszycie “Tajne Imperium: Omega” mamy do przeczytania niezwykle fascynujący dialog – nie będę tu jednak pisał kogo z kim – analizujący polityczno-ideowe podstawy postępowania złowrogiego Kapitana Ameryki, któremu tak łatwo uległy miliony mieszkańców USA. Jest to chyba najciekawszy i najlogiczniejszy wywód na jaki możemy trafić w superbohaterskim komiksie. Komiksie, który może nie jest idealny, bo czasami potrafi przytłoczyć przyciężkawym patosem (zwłaszcza w tych fragmentach narracji, kiedy superbohaterowie mówią o wydarzeniach i swych odczuciach w liczbie mnogiej) oraz z lekka zmęczyć dłużyznami i mało potrzebnymi wątkami (ten z Hankiem Pymem). Jego wartość tkwi jednak w czym innym. 

Po pierwsze, to próba rozliczenia dotychczasowej, dwudziestopierwszowiecznej drogi uniwersum Marvela, w czasie której wikłano superbohaterskie grupy w przeróżne konflikty, często także między sobą i to co dzieje się w “Tajnym Imperium” można uznać za pokłosie faktu, że przyświecające superbohaterom światłe idee każdorazowo przegrywają z chęcią udowodnienia za wszelką cenę, że racja leży tylko i wyłącznie po danej stronie konfliktu. Po drugie, “Tajne Imperium” w przemyślany sposób zapowiada nadejście nowych czasów w symbolicznej scenie z lalką Kapitana Ameryki, która przedstawia nie Steve’a Rogersa tylko czarnoskórego Sam Wilsona. W filmowej dylogii z Thanosem, twórcy pożegnali się z postacią Rogersa w znacznie bezpieczniejszy, można powiedzieć ugodowy sposób, tymczasem scenarzysta Nick Spencer jest w tym aspekcie bardziej dosadny, pokazując mroczną stronę kryształowego bohatera, która być może istniała od zawsze, tylko dotąd nikomu nie przyszło na myśl, że można (trzeba?) o niej w ten sposób opowiedzieć.  

“Tajne Imperium” to zatem także metaforyczna rzecz o odkłamywaniu przeszłości, którą można odnieść do dzisiejszego obalania pomników historycznych postaci. W tym aspekcie, dla wielu, może nawet dla większości czytelników będzie to komiks, który przeżyją boleśnie i ten ból, ta niezgoda skłoni ich do uprawiania retoryki, w myśl której Marvelem zawładnęła polityczna poprawność. Takie odczytanie “Tajnego Imperium” wcale nie odbiega daleko od prawdy, jednak talent i wyczucie scenarzysty sprawiają, że nie jest to komiks o tym, jak polityczna poprawność rozpanoszyła się w uniwersum Marvela, tylko o tym, jak na naszych oczach zmienia się świat. Jedni to dostrzegają, inni pozostaną na ten fakt z założenia ślepi. I dlatego czekają nas kolejne, jeszcze bardziej bolesne konflikty, tak samo w uniwersum Marvela jak i w naszej rzeczywistości.

Tomasz Miecznikowski

Avatar
Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

Osamu Tezuka – spojrzenie na Japonię oczami “boga mangi”

Jeżeli chcemy rozmawiać o mandze, jego osoby nie da się pominąć. Powszechnie określany mianem „boga …

Leave a Reply