The Dark and The Wicked – dawka zła w skondensowanej formie [recenzja]

Na palcach jednej ręki policzymy zapewne filmy które potrafiły wywołać w nas ten rodzaj atawistycznego strachu przed nieznanym, który powoduje że podskakuje się w fotelu na każdy podejrzany dźwięk w głębi domu. A to się obrazowi Bryana Bertino w moim przypadku udało bez pudła.

Amerykanina można zresztą bez większej przesady określić specjalistą w dziedzinie tego rodzaju grozy, która ma straszyć niedopowiedzeniami i raczej atmosferą, niż dziesiątkami jumpscare’ów. „Nieznajomi” czy „Potwór” wcale nie siliły się na atak zmysłów nieustannymi skokami decybeli w głośnikach – ale potrafiły ograć schematy tak, żeby ich seans pozostawał przez jakiś czas w pamięci.

Podobnie jest i z „The Dark and The Wicked” – choć uczciwie przyznając, zarys fabuły jeszcze nic rewolucyjnego nie zapowiada. Oto bowiem mamy farmę na odludziu, a w niej umierającą głowę rodziny. Od śmierci mężczyznę dzielą co najwyżej dni, toteż by towarzyszyć mu w ostatnich chwilach i ulżyć żałobie matki, do domu przyjeżdżają ich dorosłe już dzieci, Louise i Michael. Co wydaje się próbą pogodzenia się z nieuniknionym rozstaniem z najbliższymi, wkrótce zaczyna przybierać znacznie mroczniejszy wymiar. Pośród szczerych pól otaczających rodzinny dom zalęgło się bowiem coś wymykającego się ludzkiemu zrozumieniu. Coś, dla czego ludzki strach przed śmiercią jest pokarmem na którym będzie rosło, okrywając ciemnością wszystko wokół.

Napisać, że punkt wyjścia dla historii jaką w swoim filmie opowiada nam Bertino jest enigmatyczny, to nie napisać nic. W istocie bowiem, zarówno charakterystyka bohaterów jak i kontekst całej sytuacji zostają nam podane w szczątkowej formie, od czasu do czasu jedynie podsuwając nam pewne elementy mogące skłaniać nas ku snuciu własnych teorii. W filmie Amerykanina wcale jednak nie o rozgryzanie zawiłości fabularnych chodzi – na pierwszy plan wysuwa się tu przede wszystkim konfrontacja bohaterów ze znacznie silniejszym przeciwnikiem i ich nadzieja, że ludzkie wartości mogą przezwyciężyć zło.

Nadziei tej zresztą wcale za wiele w „The Dark i The Wicked” nie ma i uświadamiają nas o tym dobitnie już pierwsze, wyprane z kolorów kadry. Każde kolejne ujęcie zabiera nas w podróż ku żałobie i rozpaczy, a niebagatelną rolę odgrywa też wwiercający się w umysł, sączący się z głośników ponury soundtrack. Nihilizm pełną gębą, chciałoby się rzec – jednak zarezerwowany dla tej części odbiorców którzy potrafią się pogodzić, że na głębsze wyjaśnienia nie ma co liczyć, a charakterystyczne dla slowburnów tempo traktują jako zachętę do chłonięcia złowieszczej atmosfery. Skonstruowane w taki sposób „The Dark and the Wicked” straszy w sposób przemyślany i inteligentny, w lwiej większości przypadków bardziej sugerując nam coś poza ekranem niż rzucając w nas jumpscare’ami w ilościach hurtowych, ale nie znaczy to, że ich tu nie znajdziemy. Zarówno nagłe wyskoki koszmarów zza winkla, jak i zaskakująco pokaźne ilości gore Bertino zostawia nam jednak na punkty kulminacyjne opowieści – tak by każda z tego typu sekwencji raziła prądem od stóp do głowy.

No i nie da się ukryć, razi – w moim przypadku tak skutecznie, że po raz pierwszy od lat co bardziej intensywne momenty oglądałem przez palce. Immersji dokłada też aktorstwo – z takim materiałem doskonale radzi sobie w głównej roli Marin Ireland. Aktorka doskonale wpisuje się w obraz wycieńczonej kolejnymi wypadkami, nieugiętej wydawałoby się kobiety z amerykańskiej prerii i to głównie jej dramat będzie służył nam za kompas wskazujący w jakim kierunku toczy się cała historia. Na jej tle zupełnie przyzwoicie prezentuje się też reszta obsady – choć dobry, Michael Abbott Jr. to jednak nie ten poziom emocjonalnych wyżyn.

Nie zmienia to jednak faktu, że i tak mamy do czynienia z filmem wybijającym się ponad przeciętność. Od czasu do czasu pisze się o tego typu kinie grozy które powoduje, że wycieczka do toalety w przerwie seansu urasta do rangi niemożliwej wyprawy. Jak w każdym przypadku, wszystko zależy od indywidualnej wrażliwości odbiorcy – jeśli jednak dać się porwać wykreowanemu przez Bertino gęstemu klimatowi, „The Dark and the Wicked”  ma wszelkie zalety, by do zacnego grona jego reprezentantów dołączyć. Niejako przy okazji też, to tego typu skondensowana dawka zła, której przyswojenie zalecałbym wszelkiej maści domorosłym satanistom – niejeden z takowych będzie zmuszony do weryfikacji tego, czy na pewno zdaje sobie sprawę o co zwykł prosić.

Foto © RLJE Films

The Dark and The Wicked

Nasza ocena: - 80%

80%

Reżyseria: Bryan Bertino. Obsada: Marin Ireland, Michael Abbott Jr., Xander Berkeley. USA, 2020.

User Rating: Be the first one !

Maciej Bachorski

Maciej Bachorski
Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i przyzwoitej (znaczy, nie tylko single malt) whisky. Pisywał dla "Playboya", "PIXELA", czy "Wiedzy i Życia", a obecnie współpracuje z "Nową Fantastyką", "CD-Action" i "Netfilmem".

Zobacz także

Spontaneous – krwawa miłość [recenzja]

W temacie komedii romantycznych filmowcy powiedzieli tak wiele, że mogłoby się wydawać, że już wystarczająco. …

Leave a Reply