Wika i gniew Oberona, tom 1 – barokowy przepych steampunkowej baśni [recenzja]

„Wika i gniew Oberona” to komiks, z którym mam problem. Z jednej strony tendencyjna historia fantasy, którą twórcy usiłują zgrabnie odświeżać poprzez wprowadzanie wątków steampunkowych. Z drugiej, barokowy przepych w warstwie graficznej, w którym plansze olśniewające kunsztem przeplatają się z kiczowatymi, przesadzonymi kadrami.

To opowieść o zaginionym dziecku królewskim, prawowitym następcy tronu, na którym siedzi aktualnie uzurpator – rzecz jasna odpowiedzialny za śmierć rodziców wspomnianego już pacholęcia. I to, że całość rozgrywa się w świecie wróżek, robi niewielką różnicę dla ogólnego wrażenia – to historia, która opowiedziana została, w ten czy inny sposób, już setki razy, w niezliczonych tworach popkultury. Różni się osnowa, detale, ale schemat zawsze ten sam.

Oczywiście początkowy opis fabuły, to tylko wierzchołek. Bowiem ten utarty schemat autorzy starają się przetwarzać, odświeżać, urozmaicać, dorzucając steampunkową konwencję i nieco wiktoriańskiej estetyki.

I nawet nieźle im to wychodzi, bowiem – pomimo przewidywalności głównej osi fabularnej całość czyta się przyjemnie. Wykorzystanie szerokiego spektrum nawiązań do brytyjskiej mitologii, do „Snu nocy letniej” Szekspira, wreszcie do klasycznych baśni o elfickich wróżkach – to wszystko pozwala skleić fabułę w przynajmniej znośną, a czasami, miejscowo, nawet ciekawą historię, która może nie zaskakuje, ale oferuje przynajmniej fabularna konsekwencję . Jak na razie pierwszy tom, to dopiero zawiązanie akcji, to kreacja świata, pokazanie jego mechaniki i tła. I w tym zakresie autorzy nie do końca sobie radzą z przekazem, podając informacje ciągiem, wykładniczo, co może nużyć. Nie odkrywamy kolejnych elementów ( czy nawet postaci) w trakcie śledzenia fabuły, ale są nam one przedstawione, zaprezentowane, punkt po punkcie. A to jest – niestety – częstym błędem w niskiej jakości fantasy.

Z drugiej strony wspomniane wcześniej połączenie dwóch estetyk – wróżkowej i steampunkowej, pomimo absurdalności pomysłu, okazuje się być całkiem ciekawym zabiegiem, który broni albumu i podnosi finalną ocenę. Jak zaznaczyłem, pierwszy tom, to dopiero wstępniak, główna oś fabularna jest dość przewidywalna, więc wszystko zależy od tego, jak autorzy ten przedstawiony nam dotychczas szkielet obudują opowieścią w kolejnych częściach.

W warstwie graficznej tez jest dwuznacznie. Okładka sprawia, że mieni się w oczach. Jest tego dużo. Dużo wszystkiego – kolorów, szczegółów. To trochę przesyt, w dodatku ocierający się o kicz. A co najważniejsze – skutecznie ukrywają interesujące miejscami wnętrze komiksu. Bowiem okładka uwypukla to, co mierzi wewnątrz komiksu najbardziej – przesadny barokowy przepych.

W środku jest lepiej, ale nierównomiernie. Są plansze znakomite, oszałamiające szczegółami, intensywnością kolorów. Jak np. panorami elfickiego miasta, które doprawdy potrafią zachwycić.

Są ciekawie sportretowane postacie – zwłaszcza dzieci Oberona, mocny steampunkowy akcent. Jest erotyzm, choć w małej dawce, mający dodawać opowieści odpowiedniej dozy pikanterii, a nie popaść w nadmierną wulgarność. Więc mamy i głębokie dekolty i kuse spodenki, które nie zasłaniają nadto, co zasłonięte być musi. Ogólnie, szkice postaci trochę kojarzą mi się swoją nieproporcjonalnością z Simonem Bisleyem, tyle, że nieco grzeczniejszym, osadzonym w niezwykle barokowej estetyce.

To zresztą podstawowy problem tego albumu – to baśń dla dorosłych, która nie do końca potrafi właśnie wyrwać się ze zbyt dziecięcej – miejscami – estetyki graficznej. Gdyby troszeczkę złagodzić ten cały wróżkowy blichtr, wygładzić tak jedną trzecią ozdobników, błyskotek, którymi obwieszone są postacie – byłoby zdecydowanie lepiej.

„Wika i gniew Oberona” to album, który ma predyspozycje, by być dziełem świetnym, ale autorzy miejscami przedobrzyli i pozostaje tylko komiksem, który „mógłby być”, a nie „jest” bardzo dobry.

Zabrakło niewiele. Trochę umiaru, trochę pokory, mniej baroku. Większe zdecydowanie, czy chcemy trafić do umysłu 10-letniej marzycielki o elfickich wróżkach, czy do ludzi dorosłych, których skusi pikantna, steampunkowa wariacja na temat elfiego królestwa, którego władca stroni od magii, lubując się w technice. Gdyby autorzy wykazali więcej konsekwencji w kreacji, już nawet nie scenariusza – bo ten jest tendencyjny, ale w swoim ujęciu nawet przyjemny – co w warstwie graficznej i utrzymali w ryzach swoje rozpasanie, komiks zdecydowanie by na tym zyskał.

Wika i gniew Oberona. Tom 1. Scenariusz: Thomas Day. Rysunki: Olivier Ledroit. Wydawnictwo Scream Comics 2020

Ocena 5/10

Mariusz Wojteczek

Avatar
Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Perramus. W płaszczu zapomnienia – frykcje argentyńskie [recenzja]

Twórczość Alberta Brecci mieliśmy już okazję poznać w bardzo dobrze ocenianych komiksach “Mort Cinder” i …

Leave a Reply