Gorący temat

Wojciech Gunia – pisanie jest dla mnie autoterapią [wywiad]

Z Wojciechem Gunią, autorem zbiorów opowiadań “Powrót”, “Miasto i rzeka” oraz powieści “Nie ma wędrowca” rozmawiamy o najnowszej książce pt. “Dom Wszystkich snów”, o odkształceniach rzeczywistości, wewnętrznych lękach, gatunku weird i o przyszłości literatury.

Czym jest weird? Może to tendencyjne pytanie, ale w kontekście twojej twórczości nie sposób go nie zadać. Jakie są podstawowe wytyczne, które opowiadanie czy powieść w tym gatunku winny spełnić?

Najprościej? To odmiana – odgałęzienie, podgatunek, możemy tu stosować różne szufladki – literatury grozy, która swoje oddziaływanie opiera nie na zgrozie fizycznej, ale na psychologicznym odczuciu zjawiska niesamowitości, czyli dysonansu poznawczego, kiedy jakiś obiekt albo sytuacja posiada jednocześnie znamiona czegoś dobrze znanego, jak i obcego; czegoś oswojonego i jednocześnie tajemniczego. Jak widziane zawsze za dnia pomieszczenie, które w nocy wydaje się zupełnie innym miejscem. Albo jak dobrze znany nam człowiek, który w pewnej sytuacji zaczyna się zachowywać zupełnie inaczej niż byśmy zakładali, zupełnie niezgodnie z modelem, który zbudowaliśmy sobie w głowie. Nasz mózg porządkuje rzeczywistość, czasami trochę ją upraszcza; potrzebujemy takiego modelowania, aby sprawnie funkcjonować. I gdy okazuje się, że sytuacja odsłania przed nami zupełnie nowe, nieprzewidziane wymiary, wówczas reagujemy lękiem, ponieważ tracimy kontrolę nad naszym doświadczeniem bycia w świecie i bycia wobec innych ludzi. Stąd w weird fiction tak częste przetworzenia motywów obłędu czy zaburzeń percepcji.

I tak naprawdę to jest jedyna wytyczna dla opowieści weird. Na jakimś poziomie taka historia musi wprowadzić to pęknięcie, gdzieś ta rzeczywistość musi się rozjechać i zyskać dodatkowy wymiar, jak dziwaczny, żywy cień.

Na marginesie dodam, że jeśli ktoś bardzo nie chce używać terminologii związanej z fantastyką, a zwłaszcza fantastyką grozy, bo fantastyka fuj, a horror ble, to może sobie nazwać weird fiction „mrocznym realizmem magicznym”.

Skąd fascynacja tym właśnie gatunkiem? Weird jest niszą na świecie, a u nas zyskał popularność dzięki m.in. twojej mrówczej pracy w tym temacie. Jak myślisz, czemu tak łatwo dało się zaimplementować ten gatunkowy odprysk horroru w naszym kraju?

Czy zyskał popularność, to jeszcze bym nie powiedział, być może zyskał jakąś szerszą rozpoznawalność niż miał – powiedzmy – 6-7 lat temu. Ale to rozpoznawalność nadal bardzo ograniczona, głównie do hermetycznego fandomu fantastyki grozy. Jeśli poza tym gettem zapytasz kogoś o weird fiction, to może komuś gdzieś tam skojarzy się nazwisko Lovecrafta, może Grabińskiego, czasami ktoś przywoła Jeffa VanderMeera, ale znajomość innych, współczesnych nazwisk będzie raczej marginalna. Albo będą padać nazwiska zupełnie niezwiązane z nurtem, tylko dlatego, że komuś coś tak się skojarzyło.

Natomiast faktycznie jest tak, że w ostatnich latach pojawiło się sporo publikacji weirdowych i coraz więcej autorów próbuje się zmierzyć z tym sposobem myślenia o fantastyce grozy. Jest to kuszące – jak podejrzewam – z paru powodów. Pierwszym jest zainteresowanie nowością, a drugim to, że weird – jeśli podejdzie się do niego z otwartą głową – daje bardzo szerokie pole do indywidualnej ekspresji, ponieważ jest nastawiony na eksplorację światów wewnętrznych, na opis subiektywnego doświadczenia świata. Dlatego można w weird fiction tworzyć bardzo wnikliwe obrazy indywidualnej interakcji człowieka z rzeczywistością, a to chyba bardzo kuszące dla każdego artysty. Przynajmniej moja fascynacja weird i obranie takiej a nie innej drogi twórczej wynikało właśnie z tych możliwości – weird fiction zaoferowało mi najlepsze narzędzia w stosunku do tematyki, jaka mnie interesowała.

A ty, czujesz się „ojcem polskiego weirdu”? Jeśli nie, to kogo byś wskazał? Jaka postać dla rozwoju, zaistnienia nurtu nad Wisłą jest najważniejsza?

Nie śmiałbym przypisać sobie miana ojca polskiego weird fiction, ani nawet ojca chrzestnego czy ojca dyrektora; ojcem polskiego weird fiction jest Stefan Grabiński. Koniec, kropka. Drugim fundamentalnym – przynajmniej dla mnie – nazwiskiem w dziedzinie polskiego weird fiction jest Stanisław Lem, którego wprawdzie wszyscy znamy jako klasyka fantastyki naukowej, ale który napisał trzy wybitne, z gruntu weirdowe powieści: Śledztwo, Solaris i Pamiętnik znaleziony w wannie oraz wiele opowiadań.

Twój najnowszy zbiór – Dom wszystkich snów – to książka, w której dom niekoniecznie jest azylem, miejscem wytchnienia, a jawi się bardziej, jako zagadka, ostoja tajemnicy lub wręcz pułapka, z której nie ma ucieczki. Czy człowiek, jako jednostka, może gdziekolwiek czuć się bezpiecznym, skoro pozornie najbezpieczniejsze miejsce jest dla niego w rzeczywistości obce, nieprzyjazne?

Oczywiście, że może! Wręcz musi się tak czuć, i jego umysł wykona naprawdę potężną pracę, aby człowieka przekonać, że powinien czuć się bezpiecznie. Jesteśmy w stanie zignorować naprawdę wiele zjawisk i faktów, byle tylko oprzeć się na jakimś poczuciu bezpieczeństwa. Nasze mózgi bez przerwy nas okłamują i robią to zazwyczaj bardzo skutecznie. Bez tego nie bylibyśmy w stanie funkcjonować.

Natomiast czasami zdarza się tak, że coś w tej maszynie do samookłamywania się zacina i zaczynamy dostrzegać, nawet w obrębie naszego azylu, rzeczy i okoliczności, których niekoniecznie chcielibyśmy być świadomi. Czasami ta maszyna zacina się pod wpływem czynników wewnętrznych – jak wtedy, gdy przebywając w azylu zostajesz zamknięty ze swoim największym wrogiem, czyli samym sobą – albo zewnętrznych, gdy okazuje się, że to, co wyobrażałeś sobie jako azyl, twierdzę i opokę, ma wobec świata i targających nim zawirowań trwałość i odporność skorupki jajka.

Świat sam w sobie jest nieprzyjaznym miejscem i nie ma ani jednego powodu, aby oczekiwać, że jeśli ogrodzimy kawałek tego świata murem, to zaczną w nim obowiązywać jakieś inne, lepsze prawa. To tak, jakby oczekiwać, że jeśli zamknę kawałek kosmosu w szklanej bańce, to zaczną w niej obowiązywać inne prawa fizyki. Nic z tego.

Sprawdź, gdzie kupić:

W „Pokoju Anny” dom krył tajemnice, ale i potrafił przekształcać domowników, zmieniać ich, otwierać dla nich bramy wręcz do innych rzeczywistości. W „Domu Mota” okazywał się więzieniem, które ulega ciągłym przekształceniom, zdaje się rosnąć, rozrastać, ewoluować, jednocześnie odciskając niezmywalne piętno na swoim mieszkańcach. W „Raporcie w sprawie objawień przy ulicy Szeptów” dom jest z kolei dla bohatera ograniczeniem, izolującym go od świata wycinkiem ograniczonej przestrzeni. Czego symbolem jest dom dla ciebie? Prywatnie, poza literacko?

Dla mnie, osobiście, jest symbolem – a w zasadzie nie symbolem, bo spełnia konkretną funkcję – bezpiecznej izolacji. To znaczy, nie jestem, delikatnie mówiąc, człowiekiem szczególnie towarzyskim i najlepiej czuję się z dala od dużej ilości ludzi; taką możliwość daje mi albo dom albo las. Dom to dla mnie miejsce, w którym mogę choć trochę wprowadzić swoje reguły i swój porządek. To dla mnie, jako zodiakalnej Panny, bardzo ważne, żeby mieć jakieś swoje, zoptymalizowane do własnych potrzeb środowisko. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że ta bezpieczna izolacja to trochę mrzonka.

Aberracja. Odkształcanie pozornie zwyczajnej, nudnej wręcz rzeczywistości to częsty motyw w twojej twórczości. Nie tylko w licznych opowiadaniach, ale i w powieści „Nie ma wędrowca”, w której bohater zaczyna dostrzegać załamanie się podstawowych praw konstruujących rzeczywistość wokół niego. To cię przeraża najbardziej? To, że świat, który nas otacza nie jest tym, czym pozornie się wydaje? Że kryje coś więcej, czego nie umiemy pojąć?

Przeraża mnie nie sam fakt tego, że świat nie jest tym, czym się wydaje (że nie jest taki, jakim go postrzegam), ale raczej to, co kryje się poza tym świadomym postrzeganiem. Czyli cały, olbrzymi zakres tego, co muszę, jako człowiek, wykluczyć i wyprzeć, żeby móc funkcjonować. Umówmy się, jeśli dysponujesz nieco ponadprzeciętną empatią albo wrażliwością, to musisz w sobie wykształcić kilka dodatkowych mechanizmów obronnych, aby w ogóle móc żyć.

Z tym rozumieniem świata jest trochę tak, jak z jedzeniem. Nie musisz rozumieć tajników trawienia i metabolizmu, żeby czerpać korzyść – a być może nawet jakąś przyjemność – z jedzenia. Wprost przeciwnie: każda dodatkowa porcja wiedzy o procesach, jakie zachodzą w organizmie podczas rozdrabniania, przełykania pokarmu, podczas jego trawienia, wchłaniania i wydalania resztek, może skutecznie obrzydzić ci nawet najsmaczniejszą potrawę. Jeśli do tego dołożysz świadomość tego, w jaki sposób powstają niektóre produkty spożywcze, sprawa robi się jeszcze trudniejsza, zwłaszcza jeśli masz w sobie trochę więcej wrażliwości i empatii, o których wspominałem. Naprawdę, podziwiam ludzi, którzy są w stanie bez cienia wyrzutów sumienia albo chociaż grymasu estetycznego obrzydzenia jeść mięso wiedząc, w jaki sposób wygląda jego przemysłowa produkcja i jakie są jej koszty środowiskowe.

Więc nie w tym rzecz, że nie pojmujemy do końca świata, w którym się znajdujemy. Rzecz w tym, co może z nami zrobić dodatkowa wiedza o świecie i o nas.

Wojna nie jest bardzo widoczna w twoich tekstach, jednak jest obecna. Na obrzeżach, w tle, w pojedynczych zdaniach – wskazówkach, które nakierowują czytelnika. I niezmiennie te wtrącenia tchną grozą, złem. Obawiasz się wojny? Jako tworu bardziej namacalnego, obecnego, realnego, mimo pozornie stabilnej sytuacji w naszym regionie geograficznym? To pokłosie twojego pobytu na Bałkanach? Praca w tamtejszym obszarze nauczyła cię bać się, zaszczepiła ten strach?

Jak sam zauważyłeś, ta stabilność jest pozorna. Stabilność jest kolejną fikcją, jaką sobie tworzymy w głowach po to, żeby mieć oparcie w poczuciu bezpieczeństwa. A przecież świat regularnie dostarcza nam dowodów na to, że naprawdę nie potrzeba wiele, żeby gdzieś coś wybuchło. Zresztą, mieliśmy przykład niedawno, kiedy rząd ZP, wysadzając kompromis aborcyjny w powietrze, wysadził też kruchą stabilność społeczną, szczególnie kruchą w dobie kryzysu epidemicznego i idącego za nią w ślad kryzysu gospodarczego.

Nie trzeba dużo, żeby pozornie stabilne społeczeństwo ruszyło do wojny, jak i nie trzeba dużo, żeby z przeciętnego człowieka zrobić oprawcę. To jest tylko kwestia odpowiedniej polityki, odpowiedniej socjotechniki w przypadku zbiorowości i zastosowania odpowiednich bodźców w przypadku jednostek.

Nie chcę powtarzać zgranych haseł o „banalności zła”, bo to taki bon-mot, który jest jednocześnie banałem i abstrakcją. Ale wystarczy sobie przypomnieć, że kiedy nasz pozornie stabilny region geograficzny zmagał się z kryzysem migracyjnym kilka lat temu, to choć Polska znajdowała się na zupełnym uboczu tego kryzysu, to nie trzeba było wiele, aby w całkiem sporej liczbie „zwykłych ludzi” odżyły różne ludobójcze fantazje. Być może nie w każdym człowieku siedzi Rudolf Hess, ale z pewnością w grupie ludzi, którzy w internecie wypisywali brednie o ponownym uruchamianiu krematoriów, znalazłoby się wystarczająco odpowiednio usposobionych psychicznie jednostek, by w razie czego zbudować i utrzymać odpowiednio wydajny system masowego mordu.

Zwłaszcza, że nie trzeba było wiele niektórym politykom, na czele z Kaczyńskim, aby z pełną świadomością zaczęli grać na tych strunach. Obecna retoryka niektórych przedstawicieli klasy politycznej również z pełną premedytacją jest oparta na dehumanizowaniu jakiegoś „wroga”, (obecnie rola chochoła przypadła osobom LGBT+ i wszelkiemu „lewactwu”) i jednoczeniu elektoratu poprzez wzbudzanie w nim mieszanki lęku i pogardy.

Dla polityków nie ma żadnego znaczenia to, że ich słowa, ich działania, w jakiejś perspektywie, mogą przekształcić się w cały łańcuch tragedii na masową skalę. Wprost przeciwnie, politycy oddychają konfliktem, sycą się nim, konflikt ich napędza i myślę, że wielu z nich będzie osobiście, życiowo spełnionych dopiero wtedy, kiedy naprawdę doprowadzą do ludobójstwa.

Odnośnie do mojego pięcioletniego pobytu na Bałkanach, to owszem, na pewno miało na mnie spory wpływ przebywanie w regionie, który jako jeden z ostatnich w Europie był dotknięty krwawym konfliktem zbrojnym na dużą skalę. Jego echa dalej są i jeszcze długo będą tam bardzo żywe, bo wojna to nie tylko statystyki wystrzelonej amunicji i rozłożonych min przeciwpiechotnych, nawet nie statystyki ofiar, tylko ogromny zbiór indywidualnych katastrof i traum, które będą dziedziczone przez pokolenia, bo trauma jest przecież dziedziczna.

Doświadczenie Bałkanów jest zresztą – jak mniemam – lekcją, którą powinniśmy regularnie sobie przypominać. Ona dotyczy nie tylko tego, jak łatwo jest wzniecić w ludziach nienawiść wobec innej grupy etnicznej, ale także tego, że – przede wszystkim – te demony zatruwają zbiorowości jeszcze długo po wygaśnięciu konfliktu. Albo poprzez masochistyczne pielęgnowanie pamięci o krzywdzie, która musi się przełożyć na jakiś resentyment albo poprzez pielęgnowanie pamięci o własnych zbrodniarzach jako bohaterach. Pamiętam, jakie zdziwienie wzbudził we mnie wielki billboard pochwalny dla Ante Gotoviny – człowieka odpowiedzialnego za wypędzenie z Krajiny ponad 200 tysięcy Serbów podczas akcji Oluja (Burza) w 1995 r. – parę kilometrów za granicą między Czarnogórą a Chorwacją. I pamiętam dobrze rozpacz licznych Serbów na ulicach Belgradu, gdy w 2011 r. schwytano Ratko Mladića, odpowiedzialnego za masakrę w Srebrenicy.

Wydaje mi się ważne, żeby o tym pamiętać zwłaszcza w czasach, gdy przy władzy znajdują się bigoci i prymitywni politrucy oraz użyteczni idioci jednych i drugich, a, zdaje się, właśnie taką sytuację mamy dziś w Polsce.

Poza tym, twoje największe lęki to?

Jak każdy rodzic, boję się przede wszystkim o swoje dziecko i to jest zawsze moje największe zmartwienie. Ten lęk stał się podłożem Miasta i rzeki – był tak silny, że musiałem go przepracować w formie tekstu.

Zresztą jestem zdania, że jeśli piszesz horrory – czy w ogóle literaturę grozy – to jako pisarz będziesz wiarygodny i przekonujący tylko wtedy, gdy naprawdę włożysz w tekst własny strach lub lęk. Pisanie jest dla mnie autoterapią, przepracowywaniem wszystkich złych emocji i wspomnień, więc w zasadzie jeśli z moich tekstów daje się wyodrębnić jakiś konkretny lęk, to najprawdopodobniej ma on podłoże osobiste, choć oczywiście staram się nie pisać w sposób ekshibicjonistyczny; chciałbym, aby z tego doświadczenia wyjść trochę dalej.

Sugerowane przez ciebie scenariusze dla ludzkości nie wróżą nam dobrze. Uwikłani w zależności od zbyt wielkich sił, byśmy zdołali je pojąć, jesteśmy tylko nic nie znaczącymi trybikami w maszynie. Kiedyś znikniemy i nikt nas nawet nie wspomni. Rozwiejemy się, jak piasek na wietrze. Skąd tyle rezygnacji, smutku, poczucia beznadziei?

Nie wiem, czy to rezygnacja, smutek i beznadzieja; brzmi to jak atrybuty chorobliwego pesymisty, a jak przystało na każdego chorobliwego pesymistę uważam się przede wszystkim za realistę. Rzeczy, o których piszę, nie są urojone, co może nie jest zawsze oczywiste, jeśli wziąć pod uwagę to, że posługuję się dość oniryczną estetyką. Mimo to, mimo eksploracji stanów i światów wewnętrznych, ich budulec jest w moim przypadku bardzo realny. Tak, jak realne – choć przetworzone – były czystki etniczne przytoczone w Nie ma wędrowca, tak, jak realna była sprawa zabójstwa dwuletniego Jamesa Bulgera, która stała się dla mnie punktem wyjścia do fabuły Miasta i rzeki i tak, jak realne były przypadki szmalcownictwa, które stały się kanwą Domu Motta.

Wydaje mi się po prostu, że trudno nie być pesymistą, jeśli poczyta się trochę o tym, do czego człowiek jest zdolny i trudno nie być jeszcze większym pesymistą, jeśli się uzmysłowi, jakie jest jego miejsce w świecie.

Względem świata trwamy tylko krótką chwile, by zaraz przeminąć. Jaka więc wartość ma ludzkie życie? Jego dążenia, starania? Przemijanie często pojawia się w twojej twórczości, jest jej ważną składową. Starasz się uczulić czytelników na fakt, iż nic – mimo naszego mniemania – nie znaczymy?

Nie chciałbym absolutnie nikogo przekonywać, że nic nie znaczymy. To byłby nihilizm, ale taki zły nihilizm, który zostawia po sobie jedynie aksjologiczną próżnię, w której uczucia i pisanie nie są możliwe, a możliwe jest tylko ludobójstwo. Taką, która w jakimś sensie odbiera atrybut grozy rzeczom, o których piszę, bo jeśli ludzkie życie nie ma znaczenia, to po co z tego braku znaczenia robić horror, po co nadawać tak wielkie znaczenie brakowi znaczenia? Moi bohaterowie przeżywają różnie przykre sytuacje, jako świadkowie i uczestnicy, ale przecież nigdy nie podchodzą do nich z obojętnością, a to obojętność jest jedyną możliwą konkluzją braku znaczenia. Nigdy też nie stają się narzędziami w rękach ideologii, które konsolidują grupę poprzez opresję albo wzbudzanie nienawiści do innego.

Więc jeśli mam jakieś intencje wobec moich czytelników, to absolutnie nie przekonywanie kogokolwiek o braku znaczenia – raczej zaproszenie do rozmowy o naszej wrażliwości albo efektach jej braku.

Więc czy życie ma sens? Mamy jakąś rolę, coś do zrobienia, co warte jest naszych starań?

Nie czuję się aż takim autorytetem, żeby odpowiadać na pytanie o sens życia. Ludzie nieporównywalnie mądrzejsi ode mnie nie potrafili udzielić na to pytanie przekonującej odpowiedzi.

Bohaterowie czy to „Domu Motta”, czy „I kiedy płomienie” lub „Raportu z likwidacji placówki” są osobnikami z powierzoną im konkretną funkcją. Jej znaczenie jest niepodważalne, choć sens bliżej nieokreślony. Wykonują schematycznie powtarzalne czynności, wciąż na nowo, nie kwestionując ich wagi i znaczenia. Są wręcz od tego uzależnieni. Ich istnienie, trwanie, sens ich samych zależą od tej zależności, przynależności do określonego planu. To symbol ludzkiego życia? Potrzebujemy czegoś, co nas określa, definiuje? Miejsca, do którego ściśle przynależymy?

Potrzebujemy, tak sądzę, każdej rzeczy, która pozwala nam zbudować jakiś model samego siebie i nadać temu modelowi sens, bo tego sensu potrzebujemy jak powietrza. Jeśli ceną sensu jest niewola, tak jak w przypadku moich bohaterów, to człowiek – jak sądzę – będzie raczej skłonny ją płacić, i z tej niewoli będzie mógł się wyrwać dopiero wtedy, kiedy zrozumie, że sens, któremu się podporządkował, uległ erozji albo był fałszem od samego początku. Nadal jest to jednak próba obrony własnego sensu – dążenie ku niemu albo ucieczka od jego negacji.

Sprawdź, gdzie kupić:

Czym jest wg ciebie literatura? To tylko rozrywka? Czy może kryje się w literaturze jakaś misja, coś głębszego, ważniejszego, niż tylko zabawa dla mas?

Nie jestem zwolennikiem mówienia komukolwiek, jakie znaczenie powinna w jego życiu pełnić literatura. Przecież nie przekonam ludzi, którzy szukają w niej głównie rozrywki, którzy tej rozrywki po prostu potrzebują, żeby zaczęli w niej poszukiwać odpowiedzi na jakieś egzystencjalne pytania, które być może wcale ich nie interesują. Mam swoją osobistą wizję literatury, o której już napomknąłem i o której wspominałem przy okazji różnych internetowych dyskusji, że jest ona zaproszeniem do rozmowy, do dialogu. Do spotkania, bo w języku, czyli podstawowym tworzywie literackim, najpełniej uwidacznia się człowiek. Z zastrzeżeniem, że to niekoniecznie musi być dialog udany, jeśli wychodzimy w nim od radykalnie autorskiego, własnego języka, a tylko taki ma dla mnie wartość. Ale to tylko moja wizja, moje dążenie. Jeśli ktoś podziela ten pogląd i podejmuje ten dialog – super. Ale jeśli ktoś czyta Gunię, bo rozrywkę dają mu różne takie mroczne historie pisane pokręconym stylem, to też super.

Życzyłbym sobie jedynie, aby rynek nie rugował z taką zawziętością tych twórców, zwłaszcza młodych, którzy starają się z literatury ulepić coś więcej niż rozrywkę.

Poza tym rozrywka rozrywce nierówna i jakkolwiek nie mam nic przeciwko rozrywce, tak mam już coś przeciwko rozrywce szkodliwej: prymitywnej, a przez to prymitywizującej; głupiej i pozbawionej empatii. Jeśli jedną z najpoczytniejszych autorek jest osoba, która w całkowicie prostacki sposób kreuje jakieś z dupy wyjęte teorie o tym, że każda kobieta marzy o gwałcie, byle tylko gwałciciel był przystojny i miał sporo hajsu, to jest to już zjawisko katastrofalne. Jeśli poczytny autor literatury kryminalnej kreuje w tonie śmiertelnie poważnym bzdurne fabuły, w których postaci zderzone na jednej stronie z wyjątkowym bestialstwem na następnej stronie reagują tak, jakby zupełnie nic się nie stało, to też jest to katastrofa, upadek empatii, która zawsze była niezbędnym składnikiem literatury. Nie twisty, cliffhangery, czy cały ten gówniany słownik z kursów kreatywnego pisania, tylko zwykła empatia. Rozrywkowa, czy nie rozrywkowa, na literaturze ciąży jednak pewna społeczna i psychologiczna odpowiedzialność i zasłanianie się słupkami sprzedaży i hasłem „bo może tego chcą czytelnicy” to wyjątkowo słabe wymówki.

Kogo ze współczesnych autorów cenisz? Na kogo warto zwrócić uwagę?

O rety, to jest bardzo trudne i niezręczne pytanie, bo istnieje ryzyko, że nie wymienię jakiegoś nazwiska, które bardzo cenię albo jakiś kolega po piórze będzie miał do mnie żal za to, że go nie wymieniłem. Ale generalnie cenię każdego autora, który przede wszystkim konsekwentnie realizuje własne, autorskie wizje i ma wywalone na to, czego oczekuje „rynek”, „przeciętny czytelnik” itd. Jest to związane ze sposobem, w jaki postrzegam literaturę: dialog nie polega na tym, że mówisz komuś wyłącznie to, co chce usłyszeć. Więc powiem tak, trochę prowokacyjnie: kibicuję wszystkim pisarzom, którzy projektując tekst nie biorą pod uwagę czynnika, jakim jest odbiorca i jego oczekiwania. A to dlatego, że – jestem przekonany – tylko pisarz, który wykluczy ze swojego pisarskiego równania czynnik, jakim jest odbiorca, będzie w stanie nawiązać z nim prawdziwy dialog. Inni autorzy dla mnie, jako czytelnika, nie istnieją.

Jaka jest przyszłość literatury, słowa pisanego? Jacek Dukaj wróży jej kres. A Wojciech Gunia? Widzi jej przemijanie? Czy może trwanie, na przekór tendencjom?

Z tym „końcem literatury”, obawiam się, będzie trochę jak z niesławnym „końcem historii” Fukuyamy. Fajnie tak obwieścić koniec czegoś, to efektowne i chwytliwe, tyle że mało ma wspólnego z rzeczywistością. Dopóki nie nastanie koniec ludzkiego świata, żaden inny koniec – ani historii ani literatury – nie nastąpi. Jeśli szukamy końca historii i końca literatury, to najpierw rozejrzyjmy się za końcem człowieka.

Z pewnością literatura będzie ewoluować, będą zmieniały się modele jej dystrybucji, będzie zmieniała się – radykalnie egalitaryzowała – dostępność roli, jaką jest rola pisarza, ale nie sądzę, aby sztuki audiowizualno-narracyjne, jak gry, zdołały całkowicie, mimo przewagi w immersyjności, przejąć rolę literatury, choć z pewnością będziemy świadkami coraz częstszych migracji osób i treści między tymi dwoma światami. Ale sama literatura nie zniknie z przyczyn bardzo prozaicznych: z powodu kosztów. Ona jest – przepraszam za słowo – produkcyjnie tania. Wystarczy tylko klawiatura i wyobraźnia po jednej stronie i wystarczy tylko urządzenie do czytania po drugiej stronie. Koszt i średni czas produkcji jednej książki wciąż jest wielokrotnie niższy – i zawsze będzie niższy – od kosztów produkcji filmu, serialu czy gry.

Oczywiście, możemy wskazywać na spadające zdolności percepcyjne odbiorców, przyzwyczajonych coraz mniej wymagających, a jednocześnie coraz bardziej angażujących sposobów podawania treści, możemy wskazywać na coraz większe rynkowe znaczenie zjawisk antyliterackich, śmieciowych literacko i etycznie, ale nadal – mimo tych różnych kierunków zmian – literatura będzie funkcjonować. Dlatego, że potrzeba opowiadania, potrzeba porządkowania świata poprzez opowiadanie, jest wpisana w nasz genotyp, a nowoczesne technologie kreowania wizualnych narracji nie będą miały – nie mówię, że nigdy, ale na pewno nie prędko – dostatecznej wydajności, by przetworzyć każdą opowieść każdego człowieka, który pragnie taką historię jakoś przekazać.

Jesteś redaktorem (oraz pomysłodawcą) serii antologii „Sny umarłych”. Za twoją sprawą na polskim rynku pojawiły się takie nazwiska, jak Damian Zdanowicz, Jakub Bielawski, czy Anna Maria Wybraniec. Czujesz się bardziej redaktorem, czy pisarzem? W której roli ci wygodniej? Która jest ci osobiście bliższa?

Z tym byciem pomysłodawcą to nie do końca prawda, pomysł nie był mój, choć byłem obok, kiedy się rodził, natomiast fakty są takie, że kierowanie Snami umarłych trochę spadło mi na głowę, wskutek różnych okoliczności, do których nie chcę już wracać. Odnośnie do Damiana i Anny, to oni pojawili się na rynku nie dzięki mnie, ale dzięki sobie i swoim ogromnym talentom. Kuba, zdaje się, zaistniał dzięki magazynowi „Histeria”, a później dzięki Słupnikowi, wydanemu przez Phantom Books. Natomiast jeżeli w jakikolwiek sposób im pomogłem w karierze, to mogę się z tego tylko cieszyć, ponieważ to pisarze, którzy totalnie zasługują na każde możliwe wsparcie. Bardzo chciałbym, żeby Zdanowicz trochę o sobie przypomniał, ale jakoś nie potrafię na razie go do tego zmusić. Polska fantastyka grozy jest zdecydowanie lepsza z Damianem niż bez niego.

Natomiast, odnośnie do mojej roli, to ja ani trochę nie czuję się redaktorem; to znaczy rola redaktora i jakiegoś tam animatora w środowisku literackim po prostu przypadła mi w danym czasie wskutek różnych okoliczności; ani tego nie chciałem ani o to nie zabiegałem, po prostu tak się stało i trzeba było zrobić robotę jak najlepiej. Przede wszystkim jestem pisarzem, w dalszej kolejności tłumaczem, i jakoś przy okazji czasami komuś w jakiś sposób pomagam popchnąć sprawy naprzód.

Sprawdź, gdzie kupić:

Masz w swoim dorobku jedną powieść, dwa zbiory opowiadań. Co następne? Pracujesz nad nowym tekstem? Nową powieścią?

W zasadzie to mam w dorobku dwie powieści, z tym, że jedną zawartą w zbiorze między opowiadaniami, ponieważ Dom Motta z Domu wszystkich snów to tekst rozmiarów Nie ma wędrowca, zbiór dwóch nowel, które oscylują gdzieś między opowiadaniem a minipowieścią, ale stanowią konceptualną całość i traktuję je jako jedną historię, mówię tu o Mieście i rzece, więc te klasyfikacje w moim przypadku są dość zawiłe. Więc mam w dorobku dwie powieści i dwa zbiory opowiadań, stanowiące w sumie trzy książki, a do tego zbiór dwóch nowel.

Mam ukończonych kilka tekstów, które ukazały się rozproszone po różnych antologiach, mam rozgrzebaną, już od siedmiu lat, powieść Merkuriusz, która – jeśli ją skończę – będzie dość potężnych rozmiarów tekstem i parę pomniejszych opowiadań, natomiast, biorąc pod uwagę tempo mojej pracy, nie są to raczej rzeczy, które ukończę prędko. Inna sprawa, że w tej chwili zamierzam się skoncentrować bardziej na projektach translatorskich, od pisania muszę trochę odpocząć, ponieważ ostatnie dwa lata były dla mnie pod tym względem bardzo wyczerpujące.

Jesteś częstym literackim komentatorem. Piszesz eseistyczne wstępy do książek kolegów po piórze, artykuły o literaturze, prowadzisz konwentowe prelekcje. Doczekamy się zbioru tekstów publicystycznych Wojciecha Guni? Nie chciałbyś sięgnąć po taką formę wyrazu, szansę dotarcia do czytelnika?

Nie zastanawiałem się nad tym. Może za jakiś czas zrobię sobie przegląd tego, co już udało mi się w takiej formie opublikować i wtedy pomyślę, czy nie zebrać tego w jakimś jednym miejscu. Póki co, ten mój niebeltrystyczny dorobek nie jest jeszcze na tyle duży ani na tyle doniosły, abym snuł odnośnie do niego jakieś konkretne plany.

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Komiksowy bezwstydnik – Jakub Wiech

Jakub Wiech - dziennikarz, eseista i poeta, zastępca redaktora naczelnego serwisu Energetyka24.com. Pisze głównie o międzynarodowych stosunkach gospodarczych. Promotor energetyki jądrowej walczący z dezinformacją i fake newsami. Autor książek „Energiewende. Nowe niemieckie imperium" oraz "Globalne ocieplenie. Podręcznik dla Zielonej Prawicy". Był nominowany do nagród MediaTORY i Grand Press, a w konkursie Platynowe Megawaty organizowanym przez Towarową Giełdę Energii otrzymał nagrodę za najlepszą publikację na temat rynku energii elektrycznej w roku 2019; stypendysta S. Denton’s Transatlantic Fellowship.

Leave a Reply