Gorący temat

Wszystko wszędzie naraz – w tym szaleństwie jest metoda [recenzja]

Co bardziej fantazyjnych sposobów wykorzystania przez popkulturę naukowych teorii w temacie multiwersum zdążyliśmy zaliczyć przynajmniej kilka. Reklamowe hasła określające więc miks science fiction i komedii od specjalizującego się w nietypowych produkcjach studia A24, jako najbardziej zwariowany film roku, mogły więc stać się obosieczną bronią. Mogłyby – bo tym razem ekranowy chaos spełnia takie zapowiedzi z nawiązką.

Z „Wszystko wszędzie naraz” odpowiadają znani jako „duet Daniels” reżyserowie i scenarzyści, Dan Kwan i Daniel Scheinert, którzy pierwsze kroki w branży wideo stawiali muzycznymi teledyskami dla takich formacji jak Foster the People czy Tenacius D.  Prawdziwą popularność przyniósł i mjednak dopiero pełnometrażowy debiut w postaci epatującego groteską i absurdem „Człowieka-scyzoryka” w 2016 roku. Mimo że pierwsze szkice projektu mającego na tapet brać wspomniany wyżej koncept wieloświata rozpoczęli w 2010 roku, dopiero mając zaufanie stawiającego na odważne, autorskie projekty studia mogli zrobić krok dalej w opowiadaniu ważkiej historii pod płaszczykiem szaleństwa. Choć w przypadku „Wszystkiego wszędzie naraz”, zdecydowanie lepszym określeniem byłby skok.

Na pierwszym planie mamy Evelyn Wang, Amerykankę chińskiego pochodzenia, usiłuje utrzymać na wodzie przynoszącą straty pralnię. Problemów z jakimi kobieta musi się przy tym borykać, jest co nie miara: rodzinny interes stał się właśnie przedmiotem zainteresowania bezdusznych oficjeli urzędu podatkowego, nieubłaganie zbliża się wizyta konserwatywnego ojca bohaterki i organizowane z tego tytułu przyjęcie, podczas którego jej córka chciałaby przedstawić mu swoją dziewczynę, a jakby tego było mało Waylond, mąż Evelyn planuje przedstawić jej papiery rozwodowe. Jeśli jednak kobiecie wydaje się, że wszystko wali się jej na głowę, wkrótce będzie musiała swą opinię zdecydowanie zweryfikować – a już zwłaszcza gdy skontaktują się z nią wysłannicy z innego wymiaru twierdzący jakoby była jedyną nadzieją w toczonej pomiędzy równoległymi wszechświatami wojnie. W taki sposób Evelyn stanie u progu przygody której stawką jest nie tylko uratowanie nieskończonej ilości uniwersów, ale też… poznanie samej siebie.

„Wszystko wszędzie naraz” gatunkowo stoi pomiędzy komedią, science fiction a podlanym sporą dawką obyczajowego sosu  kinem familijnym, choć trzeba przyznać, że zwłaszcza obecność pierwszych dwóch gatunków nowy film duetu Daniels doskonale maskuje. Całość bowiem rozpoczyna się boleśnie mocno zakorzeniona w problemach, jakie wielu z nas zna na co dzień. Gaz do dechy i zwrot w kierunku fantastyki następuje tu całkowicie nagle, bez jakiegokolwiek ostrzeżenia – a kiedy „Wszystko wszędzie naraz” nabierze już właściwej prędkości, nie zwolni aż do trzeciego, finałowego aktu. W tym czasie scenarzyści fundują widzowi prawdziwie szalony rollercoaster, za nic mający prawa fizyki i ciągów przyczynowo-skutkowych. Konieczność wykonywania dziwacznych zadań jak przecinanie skóry papierem, dmuchanie przeciwnikowi w dziurkę od nosa, czy… obsikiwanie się by przenieść się do innego wymiaru? No jasne. Będący mistrzem kucharskim szop, prowadzące rozmowy o wszechświecie kamienie, czy ludzie z parówkami zamiast dłoni? Ależ oczywiście. Wszystko to i jeszcze więcej pojawia się na ekranie z prędkością huraganu i tym samym oglądając z najnowszy film Kwana i Scheinerta można niejednokrotnie zastanawiać się, czy to co właśnie się w nim wyprawia, nie jest przypadkiem efektem narkotykowego tripu.

Zaskoczyć może z pewnością to, że im dalej w las, tym bardziej te pozornie absurdalne pomysły mają sens w ramach przedstawionego uniwersum i w zasadzie jedynym co może zakłócać odbiór „Wszystko wszędzie naraz” jest indywidualna tolerancja na dziwności wszelakie, oraz zdolność zawieszenia niewiary podczas seansu. Film niekoniecznie jednak zamierza to ułatwiać – zwłaszcza komediowa otoczka, przeładowana dość specyficznymi żartami zapożyczonymi raczej ze wschodniej kultury może wybijać nieco z rytmu, a w piętrzących się pomysłach można momentami nieco się pogubić.

Co najciekawsze, choć byłoby trudno w to uwierzyć jeszcze w połowie metrażu, „Wszystko wszędzie naraz” prawdziwe zaskoczenie pozostawia sobie dopiero gdy zbliża się do finału, a środek ciężkości filmu przesunięty zostaje nieco w stronę kina obyczajowego. Wtedy też okazuje się, że to co było sygnalizowane między słowami wcześniej, w końcu wybrzmiewa pełną mocą, a opowieść o rodzinnych wartościach, akceptacji własnej życiowej ścieżki i szacunku dla wyborów jakich dokonali inni potrafi całkiem dosłownie i cokolwiek niespodziewanie ścisnąć za gardło.

Można więc skonstatować, że duetowi Daniels prawdopodobnie nawet lepiej niż za pierwszym razem, udało się zbudować film który bawi i uczy, nawet jeżeli wykorzystuje do tego całkowicie przeczące zdrowemu rozsądkowi idee – a do tego uzbrojony jest w bombową choreografię walk i stanowiącą prawdziwy tour de force, być może najlepszą rolę Michelle Yeoh w jej karierze. Nawet jeśli wciąż, pomimo tylu oczywistych zalet nie jestem przekonany, czy ze względu na swoją wschodnią specyfikę poczucia humoru bądź ogromny ładunek absurdu „Wszystko wszędzie naraz” będzie w stanie spodobać się wszystkim, ci którzy wykażą się odpowiednią dozą tolerancji, zostaną nagrodzeni przeszło dwiema godzinami eskapizmu w skondensowanej formie. A dokładnie tego przecież po podobnym kinie oczekujemy, prawda?

Foto © Best Film

Wszystko wszędzie naraz

Nasza ocena: - 75%

75%

Reżyseria: Dan Kwan, Daniel Scheinert. Obsada: Michelle Yeoh, Stephanie Hsu, Jamie Lee Curtis i inni. USA, 2022.

User Rating: Be the first one !

Maciej Bachorski

Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i przyzwoitej (znaczy, nie tylko single malt) whisky. Pisywał dla "Playboya", "PIXELA", czy "Wiedzy i Życia", a obecnie współpracuje z "Nową Fantastyką", "CD-Action" i "Netfilmem".

Zobacz także

Pełzająca śmierć – aligatornado [recenzja]

W przeciwieństwie do rekinów, aligatory nie zajmują tak uprzywilejowanej pozycji pośród etatowych maszynek do zabijania w gatunku animal attack. W ciągu ostatniej dekady, przyzwoitych filmów z ich udziałem dałoby się zapewne naliczyć na połowie palców jednej ręki. Naprzeciw niecierpliwie oczekujących na powrót gadów fanów gatunku, postanowił jednak wyjść Alexandre Aja.

Leave a Reply