Gorący temat

Zegar zagłady, czyli łabędzi śpiew Uniwersum DC

Pomysł na połączenie historii ze “Strażników” Alana Moore’a z superbohaterskim Uniwersum DC od początku wydawał się kontrowersyjny. Ostateczny efekt tej intrygującej komiksowej  fuzji polscy czytelnicy mogą wreszcie poznać dzięki wydaniu przez Egmont albumu “Zegar Zagłady” ze scenariuszem Geoffa Johnsa i rysunkami Gary’ego Franka.

Pochylmy się przez chwilę nad tym, co wydarzyło się w jednym z dwóch największych komiksowych uniwersów przez ostatnie lata, a może nawet przez kilkadziesiąt ostatnich lat. Niezliczone kryzysy, na czele z tym, który kiedyś uporządkował twórczy bałagan, czyli “Kryzysem na nieskończonych ziemiach”. Nieustannie produkowane wielkie eventy i cykliczne wydawnicze relaunche, które za każdym razem zapowiadają wielkie zmiany, choć z reguły są to zmiany iluzoryczne. Wśród nich jest słynny “Flashpoint. Punkt krytyczny” autorstwa Johnsa, który skutkował jakiś czas temu utworzeniem linii Nowego DC. Razem to dziesiątki, a raczej setki historii zmierzających nie wiadomo dokładnie dokąd. Choć może ujmując rzecz inaczej – wiadomo, ale żeby to wszystko ogarnąć, trzeba prawdopodobnie znać wszystkie serie i być z nimi na bieżąco. Jeśli są tacy czytelnicy, to można zadać sobie pytanie, czy bardziej ich podziwiać, czy bardziej im współczuć?

Od albumu “Uniwersum DC – Odrodzenie” wydanego kilka lat temu, poprzez dwuokładkową “Przypinkę” wiadomym było, że w kolejnym relaunchu do świata Supermana, Batmana, Wonder Woman i całej reszty superbohaterów zapuka przybysz prosto z kultowych “Strażników”, czyli Doktor Manhattan. Pod koniec komiksu Alana Moore’a błękitnoskóry bohater opuścił tamten – wydawałoby się wreszcie bezpieczny świat – w poszukiwaniu nowych wrażeń i doświadczeń. I jak widać nie zapuścił się specjalnie daleko. A w każdym razie nie tak daleko w sferze ideowej, jak w powstających równolegle do “Zegara zagłady” serialowych “Strażnikach” Damona Lindelofa, którzy nie ma co ukrywać, odebrali sporo blasku albumowi Geoffa Johnsa.

‘Zegar Zagłady” to równie pokaźny i gęsty w treści komiks co “Strażnicy” i podobnie jego lektura zajmuje kilka dobrych godzin. Formalnie jest to w wielu aspektach odbicie opus magnum Alana Moore’a i czuć, że Johns ma do wybitnego komiksu Brytyjczyka niemal bałwochwalczy stosunek. I być może “Zegar zagłady” jest w jakimś stopniu dziełem życia Johnsa. Dlatego też scenarzysta woli, żeby nie określać jego komiksu jako sequela “Strażników”, a bardziej jako zderzenie dwóch komiksowych światów. 

Cóż, z której strony by nie patrzeć to jednak jest sequel, który na całe szczęście można potraktować również jako autotematyczną wariację na temat nieustannej reproduktywności superbohaterskich światów w popkulturze. Zabrzmiało może poważnie, ale rzecz jest prosta. Przez dziesięciolecia trzeba było przecież niejednokrotnie odmłodzić superbohaterów, napisać ich uwspółcześnione historie, stworzyć alternatywne linie czasowe itd. Pomysł Johnsa jest w tym aspekcie genialny w swojej prostocie – a gdyby za tymi wszystkimi zmianami przez dekady komiksowych kryzysów i relaunchów stał po prostu Dr Manhattan, który dzięki swym kreacyjnym mocom ingeruje i eksperymentuje na superbohaterskim uniwersum DC?

To w zasadzie wierzchołek fabularnej i formalnej struktury “Zegara zagłady”. Poza tym jest tutaj wszystko, co znamy z pierwowzoru. Dwanaście rozdziałów. Plansze podzielone na dziewięć kadrów. Genezy poszczególnych postaci wewnątrz większej historii. Poboczna opowieść rozgrywająca się wiele lat wcześniej przed głównymi wydarzeniami z komiksu. Akta, dokumenty, zapiski pod koniec każdego z dwunastu rozdziałów. Niezwykle złożona fabuła, która prowadzi do ostatecznej konfrontacji. No i okładka oraz tytuł, łączące oba komiksowe światy. To wszystko razem daje efekt lustrzanej struktury, tworząc którą Johns robi co może, aby uciec od wrażenia wtórności wobec pierwowzoru. A przy okazji jest to łabędzi śpiew dla następujących po sobie wersji komiksowego uniwersum DC, choć wcale za taki komiks Johnsa nie zamierza uchodzić. “Strażnicy” byli dekonstrukcją superbohaterskiego świata ze wszystkimi tego założenia konsekwencjami. “Zegar zagłady” na ich tle niespodziewanie staje się pochwałą komiksowych anachronizmów i przy okazji zapisem ewolucji, jaka dokonywała się w całym superbohaterskim medium. 

Jest w “Zegarze Zagłady” wyczuwalne nieodparte pragnienie, aby wszystko było po staremu, aby trwało status quo, aby istniał punkt odporny na wszelkie zewnętrzne, ideowe wstrząsy i w tym przypadku jest nim postać Supermana. Z tego powodu jest to także jeden z najciekawszych albumów o Supermanie, który dla Johnsa staje się zwornikiem całego uniwersum. To pragnienie z rodzaju nierealnych, patrząc zwłaszcza z dzisiejszej perspektywy i czasów, kiedy upadają największe autorytety. 

W Marvelu twórcy mieli odwagę przejechać się po postaci Kapitana Ameryki w evencie “Tajne Imperium”. W DC taki ruch wydaje się przerażać dysydentów, którzy w mroku nurzają postać Batmana, ale Superman jest jak widać nie do ruszenia. I jak wynika z fabuły ‘Zegara Zagłady” – to również jest plan na przyszłość. Plan albo mrzonka, w której chcą cały czas tkwić nie tylko twórcy stojący za “Zegarem Zagłady”, ale i sam Alan Moore, który po latach od premiery “Strażników” postulował powrót komiksowych superbohaterskich historii do niewinnych, beztroskich fabuł ze Złotej i Srebrnej ery komiksu. I w zasadzie to nie jest zarzut do wizji Johnsa, bo jest ona na swój sposób imponująca, ale po prostu nie pasuje do dzisiejszych czasów. Zresztą nie pomaga jej w tym wizualnie doskonała, graficzna strona komiksu w wykonaniu Gary’ego Franka. Realizm jego rysunków paradoksalnie kreuje u odbiorcy wrażenie, że oto mamy do czynienia z kolejną, komiksową bajką o tym co zawsze. A raczej byśmy chcieli, żeby nie było jak zawsze. 

Co zatem pozytywnego zostaje w nas  po lekturze “Zegara Zagłady”? Tak naprawdę, oprócz uczynienia Supermana osią dramatu, rzeczy  mniejsze. Ciekawy pomysł na nową parę bohaterów, czyli Mima i Marionetkę. Pomysłowo zagnieżdżony w świecie “Strażników” origin nowego Rorschacha, który zgrabnie łączy się z udanym dopowiedzeniem losów jednego z pobocznych superbohaterów w komiksie Moore’a. Wszystkie sceny z Doktorem Manhattanem, na pojawienie którego w komiksie trzeba czekać dosyć długo. I wreszcie śledztwo Lexa Luthora, którego kluczowym (także dla całości fabuły) elementem staje się pamiętna fotografia ze “Strażników”.

Co nie jest już takie dobre, to rozdział z przestępczą gwardią Gotham, Batman odstawiony na boczny tor, cała intryga z teorią supermanów (kłaniają się “The Boys”) i Czarny Adam w roli eskalatora dramatu, co przekłada się na nieodzowne w komiksowych eventach, tutaj nie pasujące do konwencji plansze z grupami walczących herosów. I na koniec, łatwo można by rzec, że to bardzo dobry, ale niepotrzebny event, jednak w tej jego zbędności jest intrygujący paradoks. Gdyby nie powstał, nie wiedzielibyśmy, że marzeniem uznanych komiksowych twórców jest żeby ich ukochane uniwersum dreptało wiecznie w kółko, raz po raz się odradzając się i trwając oparte na tych samych filarach. Nie tędy droga panowie, nie da się w kółko opowiadać tych samych historii z tymi samymi bohaterami, którzy mają takie same dylematy. Może jednak czas na zmianę perspektywy? Tylko jak to zrobić, skoro Alan Moore w kwestii superbohaterów ponad trzydzieści lat temu powiedział już wszystko? 

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

Usagi Yojimbo – tam gdzie Disney spotyka Kurosawę

Usagi Yojimbo po raz pierwszy na kartach komiksu pojawił się w 1984 r. Przez ten …

Leave a Reply