Gorący temat

Zjawiskowa She-Hulk, tom 2 – świadoma fikcja [recenzja]

Drugi tom opowieści o zielonoskórej superbohaterce to już autotematyczna zabawa na całego, w wykonaniu twórcy komiksu, Johna Byrne’a. Zabawa, która udziela się również czytelnikowi.

Niewątpliwie She-Hulk rysowana i napisana przez Johna Byrne’a jest jedną z najsympatyczniejszych postaci wśród wszystkich superbohaterów Marvela. Piękna, ale i bezpretensjonalna, silna, ale też  wrażliwa, wreszcie pakująca się co i rusz w dziwaczne tarapaty, w których uczestniczy roztaczając łobuzerski wdzięk. No i jeszcze gadatliwa,  w tym tomie jeszcze mocniej komentując poczynania swojego twórcy, którego nazywa pieszczotliwie Byrnusiem. Oto wycinek Marvela, w którym dzieją się naprawdę dziwne rzeczy, a to wszystko dlatego, że twórca dokonuje naprawdę dziwnych (czytaj: pomysłowych) zestawień. 

O nich właśnie  – w skrócie o pomieszaniu tradycji z nowoczesnością pisałem szczegółowo w recenzji pierwszego tomu. W drugim to wciąż jest obecne, ale na pierwszy plan wychodzą wyraźnie formalne zabawy związane przede wszystkim z autotematyzmem. She-Hulk jest bowiem świadomą uczestniczką procesu twórczego realizowanego przez Johna Byrne’a, ma wgląd w jego scenariusz, nieustannie rzuca uwagi dotyczące technik narracyjnych i graficznych oraz fabularnych koncepcji na poszczególne zeszyty z jej udziałem, a nawet wprost nawiązuje do innych zeszytów (wymieniając ich konkret numery) z przygodami innych superbohaterów. Mówi oczywiście o tym wszytskim do nas, do czytelników, ale przy okazji jest wysoce uświadomioną postacią fikcyjną, której marzy się nie tylko interakcja z Byrne’m, ale też ingerencja w jego proces twórczy. I właśnie taki rodzaj siłownia fikcji z rzeczywistością (dodatkowo z gościnnymi występami redaktorki serii, Renee Witterstaetter) obserwujemy w “Zjawiskowej She-Hulk”.

Nie znaczy to, że wszystkie przygody superbohaterki są tymi zabiegami naznaczone. Bywa, że fabuła przez jakiś czas idzie normalnym torem, choć normalny tor  to nie jest dobre słowo do opisania charakteru przygód She-Hulk z uwagi na (z góry zaplanowaną) niedorzeczność niektórych pomysłów Byrne’a. Znowu możemy mówić o nawiązaniach, a nawet hołdzie dla komiksów srebrnej i złotej ery prezentowanych już ze świadomością bagażu tego infantylnego w niektórych aspektach dziedzictwa. Ów naddatek w postaci autotematycznych zabaw daje fabułom Byrne’a drugie dno, podsuwa różne podteksty i modyfikuje wydawałoby się oczywistą fabułę. To rodzaj coraz bardziej świadomej gry z oczekiwaniami czytelniczymi, które Byrne wystawia na próbę, a przy tym świadomie nimi manipuluje, przy okazji jeszcze drocząc się wytycznymi Kodeksu Komiksowego- bo przecież “Zjawiskowa She-Hulk”, tak jak inne komiksy wydawane w tym czasie musiały być tym wytycznym podporządkowane. A Byrne dość skutecznie w tym droczeniu rozpala wyobraźnię czytelników i jeszcze jawnie sobie kpi z tych wytycznych na okładkach wybranych zeszytów.

Same przygody She-Hulk pełne gorących uczuć, czy to w kosmosie, czy też na Ziemi śmieszą, zapewniają dobrą rozrywkę, ale też wzbudzają refleksje – i w bohaterce, i w czytelniku. Czasem zahaczają też o poważniejsze tematy, jak w opowieści o zamianie ciał (z kim- o tym sami się przekonajcie), która stawia She-Hulk w nieoczekiwanym położeniu.

Apogeum tych wszystkich zabiegów otrzymujemy w pięćdziesiątym, jubileuszowym zeszycie, który zaczyna się od trzęsienia ziemi, czyli informacji o śmierci Johna Byrne’a. W tej opowieści poziom autotematyzmu wykracza poza dotychczasowy zasięg, ponieważ She-Hulk razem z redaktorką Renee zajmuje się poszukiwaniem nowego twórcy, który miałby przejąć jej serię. Radość u czytelnika wzbudza kolejne, przedstawiane próbki (kto je właściwie rysował, ich domniemani autorzy, czy robiący sobie żarty Byrne???). Mamy zatem nawiązania do “Strażników, “Sin City” oraz komiksów innych autorów,, którzy mimo swojej renomy, o dziwo nie spełniają wymogów She-Hulk. Całość kończy się tak, jak możemy się domyślać, a ów rozbudowany, pięćdziesiąty zeszyt to rodzaj wizytówki twórcy “Zjawiskowej She-Hulk”, który udowadnia, jak łatwo i z jakim wdziękiem można łamać ograniczenia superbohaterskich fabuł. Cały tom to świetna zabawa i popis kreatywności, a przy okazji możemy również spojrzeć  na zmiażdżony przez krytyków i widzów serial o She-Hulk nieco łagodniejszym wzrokiem, bo naprawdę w dużym stopniu korzystano tam z pomysłów Johna Byrne’a. Tyle, że on w komiksie o zielonoskórej superbohaterce  robił to po prostu lepiej. 

 

Zjawiskowa She-Hulk, tom 2

Nasza ocena: - 75%

75%

Scenariusz i rysunki: John Byrne. Tłumaczenie: Jacek Żuławnik. Egmont 2024

User Rating: Be the first one !

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

Dieter Lumpen – hiszpański kamrat Corto Maltese [recenzja]

Dieter Lumpen to awanturnik i prawdziwy „niebieski ptak”. Ima się rożnych prac, często balansując na …

Leave a Reply