Gorący temat

Brnąc przez kosodrzewinę – kolejny debiut w polskiej grozie literackiej [recenzja]

Do lektury „Brnąc przez kosodrzewinę” przymierzałem się długo, a ta początkowa niechęć wynikała z obaw o literacką jakość, jaka pojawia się zazwyczaj przy zetknięciu z literackim debiutem. Na szczęście twórczości autora miałem okazję posmakować już choćby w antologiach „Słowiański horror”, „Żertwa” czy „Sny Umarłych 2019”, więc z grubsza wiedziałem, czego się spodziewać.. Grzelak publikował również w licznych magazynach internetowych, jak „Creatio Fantastica”, „Histeria”, czy „Biały Kruk”. A to – nie ukrywam – zaowocowało pewnym kredytem zaufania z mojej strony. I najważniejsze – Grzelak nie zawiódł.

Planeta Czytelnika ma rękę do debiutów. Pod ich szyldem opublikowała swoją pierwszą książkową pozycję rewelacyjna Aleksandra Bednarska (dlaczego koniecznie winniście przeczytać „Brudne sprawki wujaszka Hana” piszę szerzej TUTAJ). A Artur Grzelak okazuje się ich kolejnym strzałem w dziesiątkę. Choć autor „Brnąc przez kosodrzewinę” pozostaje w obrębie klasycznej estetyki grozy, często opartej na mocno osadzonych w sztafażu gatunkowym kliszach, jednak warto zauważyć, że warsztatowo prezentuje on naprawdę wysoki poziom, nie tak znów często osiągalny dla książkowych debiutantów. Choć Grzelak wydaje się nadal szukać swojej literackiej przestrzeni – inaczej, niż Bednarska, kreująca własną, oryginalną i nowatorską przestrzeń w obrębie weird fiction, jakiej jeszcze w Polsce nie było – to jednak te próby okazują się nie tylko interesujące, ale i sprawne warsztatowo. A to dla początkującego autora wystarczające.

Owszem, pojawiają się pewne stylistyczne potknięcia, zdarzają się obszary wymagające nieco bardziej dogłębnego szlifu, jednak radzi sobie Grzelak ze słowem nad wyraz udanie, w dodatku prezentując erudycyjną sprawność, jaką w polskiej grozie nie obserwuje się zbyt często.

Problemem twórcy jest nawet nie ciągłe poszukiwanie swojej stylistycznej ścieżki, co sięganie po nazbyt ograne konwencje w ramach szkiców fabularnych, niepozwalające mu zaprezentować w pełni talentu, ale też narażające go jednocześnie na zarzut pewnej wtórności. Po części zasadny.

Już w pierwszym opowiadaniu „Znalezisko z Blackwood” łatwo dostrzec oczywistą – na szczęście całkiem zgrabną – stylizację lovecraftowską, po jaką (niekoniecznie z powodzeniem) sięga chyba każdy, kto zaczyna się parać w naszym kraju literacką grozą. Drugie lovecraftowskie opowiadanie – „Peregrynacje Pyteasza z Massalii” – wypada mniej tendencyjnie – co należy poczytywać za plus. Mocno osadzone w kontekście starożytnej historii, z początku nie sugeruje ciekawego nawiązania do dzieł Lovecrafta, co udanie puentuje opowieść. Widać, że da się sięgać po twórczość Samotnika z Providence bez miałkiego kopiowania jego stylu. Teksty w takim stylu trafiają choćby do serii antologii „Kroniki Arkham” z Wydawnictwa Vesper.

Ale już kolejne opowiadania uciekają od takich bezpośrednich zapożyczeń, wykorzystując jednak bardzo klasyczne motywy z instrumentarium grozy, choć czasem osadzane w nieco odmiennej estetyce gatunkowej (jak użycie postapo w „Black Isle Inn”, nawiązującego w przewrotny sposób do Daphne Du Marier, czy podjęcie estetyki techno-thrillera w „Kodawirusie”).

Sięga Grzelak także po horror gore. Przesycony wulgaryzmem i brutalnością, ale niespodziewanie dobrze wybrzmiewający w swoim przekazie. Realizm „Patostreamera” szokuje, wulgarność odpycha, ale to opowiadanie, które naprawdę potrafi zmrozić. Autentycznie przerazić. Głównie przez swoje prawdopodobieństwo. Każdy, kto rozumie, jak mroczne zakamarki kryje internet, dostrzeże zasadne zobrazowanie patologii internetowych patostreamingów z jednoczesną szokującą atrakcyjnością, jaką zdają się prezentować dla całej rzeszy odbiorców. Jak kuszące okazuje się w dzisiejszym świecie podglądanie realnego cierpienia transmitowanego w sieci. Zaburzenie moralnego porządku, otępienie odczuwania empatii i współczucia, z jednoczesnym maniakalnym pragnieniem podglądactwa zła dziejącego się tu i teraz, ale z bezpiecznej odległości za sprawą internetowego łącza, które oferuje i anonimowość i odseparowanie od rzeczywistego zagrożenia – to obnaża między wierszami „Patostreamer”. To nie jest opowiadanie, które – mówiąc wprost – ma prawo się podobać. Ono szokuje, zniesmacza, ale taka jest rola gore. I — jak nieliczni twórcy tej estetyki w Polsce – Grzelak uchwycił jej sedno. Bardziej pulpowo w tym sztafażu gatunkowym wypada „Maximum Carnage”, które nadal jest makabryczne i wulgarne do granic, ale potrafi zachować określone granice oczywistego odrealnienia fabuły. Pozbawienia jej prawdopodobieństwa, ale nadal zachowania spójności w warstwie fabularnej, także ze zgrabnie zaskakującym zakończeniem. To historia, która śmiało mogłaby wyjść spod pióra Edwarda Lee, zresztą nieco kojarzy się w rysie fabularnym z jego „Ludźmi z bagien”.

Bardzo przypadło mi do gustu niby proste w konstrukcji, ale bardzo klimatyczne i dopracowane językowo tytułowe „Brnąc przez kosodrzewinę”. Zabieg zaburzenia czasoprzestrzeni użyty przez autora w tym opowiadaniu jest niby oczywisty, co jednak nie psuje, a wręcz podbija wydźwięk całości. Bardzo dobry tekst.

Lubuje się Grzelak także w grozie słowiańskiej, o czym świadczy zgrabny „Pożóg”, czy ciekawie rozpisana „Szeptucha”, ale też mniej oczywisty, ale nawiązujący do ludowych przesądów „Kot czarny, los marny”. To zapewne i pokłosie wzrostu popularności „słowiańszczyzny” na polskim rynku, ale i na tym polu wybija się Grzelak wyraźną stylistyczną i historyczną sprawnością ponad przeciętność.

Dobrze – i bardzo realistycznie – prezentuje się też „ukraińska” historia z tego zbioru, „Dziewczynka z granatami” Napisana na fali wciąż aktualnych zdarzeń, w ramach projektu charytatywnej antologii „24.02.2022”, udatnie wkomponowuje się elementem fantastycznym w realia miejskich działań wojennych. Z jednej strony obnaża koszmar wojny, z drugiej, niesie iskrę nadziei. I zwyczajnie wzrusza.

Zaskoczył mnie Grzelak, bo choć w Polsce chyba więcej ludzi grozę pisze, niż ją czyta, to tych nazwisk naprawdę godnych uwagi nie ma znów aż tak wiele. Autor „Brnąc przez kosodrzewinę” nie jest jeszcze twórcą w pełni ukształtowanym, zupełnie dojrzałym, ale z pewnością będącym na najlepszej drodze do tego. Warto go obserwować, bo z każdą historią – mam wrażenie – będzie lepszy, ciekawszy, bardziej zaskakujący. Może i nie zamknie się w jednej gatunkowej estetyce, ale każdej podejmowanej nada swój własny, rozpoznawalny sznyt. Czego i czytelnikom, i samemu autorowi życzę.

Brnąc przez kosodrzewinę

Nasza ocena: - 70%

70%

Artur Grzelak. Wydawnictwo Planeta Czytelnika 2023

User Rating: 5 ( 1 votes)

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Kiedyś Krakus z przypadku, teraz Białostoczanin, z wyboru. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4”, „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”, „Żertwa”, „The best of Histeria”, „Zwierzozwierz” i „Wszystkie kręgi piekła”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. Wydał autorskie zbiory opowiadań: „Ballady morderców” (Phantom Books 2018) oraz „Dreszcze” (Wydawnictwo IX 2021) oraz powieść „Ćmy i ludzie” (Wydawnictwo IX 2022). Pracuje nad kilkoma innymi projektami (które być może nigdy nie doczekają się ukończenia). Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie Martynie oraz popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Uniwersum metro 2033. Paryż: Lewy brzeg – postapo eksperymentalne? [recenzja]

Z najnowszą odsłoną UM2033 mam poważny problem. Bo z jednej strony „Paryż: Lewy brzeg” Pierre’a …

Leave a Reply