Gorący temat

Hellblazer. Mike Carey, tom 2 – cholernie wredna magia [recenzja]

W drugim tomie “Hellblazera” ze scenariuszem Mike’a Careya John Constantine wpada w tarapaty, których stawka w końcu może się równać z tym, co zafundowali mu wcześniejsi scenarzyści. Jest brutalnie, bez żadnej taryfy ulgowej, a jednocześnie dostajemy naprawde intrygujące pomysły fabularne. 

Drugi tom “Hellblazera” potwierdza, że celem Mike;a Careya było stworzenie jednej, długiej i poruszającej opowieści, w której przeczołga proletariackiego maga przez to, co tylko może być dla niego najgorsze. Trochę wygląda to tak, jakby Carey licytował się z innymi scenarzystami, na to, że zgotuje Johnowi jeszcze większe piekło niż oni, ale jak tak dobrze pomyśleć, to czy w tej serii można inaczej? John zawsze wychodził z wszelkich problemów obronną ręką, zazwyczaj mocno poharatany tak fizycznie jak i psychicznie, ale cięgi zbierali zazwyczaj ludzie z jego bliskiego kręgu. Z takiej perspektywy w niniejszym tomie nie dzieje się nic nowego, Constantine znowu wpada po uszy w gówno, a siły zła dokopują zarówno jemu, jak i jego bliskim. Czy stawka jest w tym przypadku większa? Cóż, to zależy od kreatywności scenarzysty, który stara się stworzyć takie wrażenie. I Careyowi się to w większości przypadków udaje, choć przez pewne momenty lektury mamy wrażenie, że jedynie o to tutaj chodziło – o umiejętne podbicie stawki aby zadowolić czytelnika i próbować przebić na tym polu wcześniejszych scenarzystów. 

Finał pierwszego tomu, po wspólnych, ciężkich doświadczeniach z Gemmą i Angie zapowiadał nadejście jakiegoś niewyobrażalnego zagrożenia, które miało prawo skończyć się apokalipsą. Fakt, że firmuje je istota, czy też byt określany mianem czarnego psa może nie brzmi do końca poważnie, ale Carey i rysownicy serii podali temat tak sugestywnie, że ów wątek zapowiada się naprawde ekscytująco. Od tego właśnie – nadciągającego nieuchronnie zła zaczynamy drugi tom “Hellblazera”, czując rodzaj ekscytacji przed tym starciem I ekscytację tę twórcy umiejętnie podsycają – Carey za sprawą zmian fabularnej perspektywy i kolejnych cliffhangerów, natomiast Marcelo Frusin, którego pamiętamy [przecież z Hellblazera ze scenariuszem Briana Azzarello nadaje tej złowieszczej historii otoczkę umowności. Bardzo klimatycznej historii, dodajmy, bo jego kreska jest wypadkową stylów Mike’a Mignoli i Eduardo Risso. I apokalipsa owszem, nadchodzi, ale pełna zwrotów akcji i oszukańczych forteli, jakie umieją uprawiać tylko najwredniejsze demony.

 W przypadku tej historii, w ogóle w przypadku drugiego tomu nie należy zdradzać szczegółów kolejnych rozwiązań, bo Carey z całą pewnością potrafi mocno zaskakiwać czytelnika (choć pewnie dla niektórych będzie to pewnie odwracaniem kota ogonem. Złowrogi pies, demony, apokalipsa – wszystko to jest palce lizać, trochę po bandzie, ale to tylko rozbiegówka przed tym, co dostajemy w chwili, kiedy ziszcza się (w intrygującej formie) ziemskie pandemonium. Od zeszytu “Sala 24” nastrój zaczyna się robić coraz bardziej ciężki, duszny i mocno związany z aktualnym stanem Johna, który po pojedynku nie jest do końca sobą. Wykorzystywany i poniewierany rusza po omacku drogą pełną okropieństw i grzechów, a my jesteśmy świadkami jego bezradności. Zmieniają się też rysownicy, bo ten nastrój to już jednak inna para kaloszy i Frusin ze swoją charakterystyczną kreską mógłby wypaczyć te historie, choć wraca w prawdziwie bolesnej “Drodze krzyżowej” Johna. Wcześniej jednak, od zeszytu “Sala 24” za oprawę graficzną odpowiada Leonardo Manco, serwując nam prawdziwie brutalną jazdę, w której John pozbawiony jest swojego zwyczajowego uroku i idzie przez świat niczym dziecko we mgle. Jak to się dzieje? Cóż, warto sprawdzić to samemu bo tak jak napisałem wyżej – Carey potrafi tu zaskakiwać.

Niepostrzeżenie docieramy do jubileuszowego, dwusetnego numeru serii, bardzo ważnego dla dalszej fabuły, z trójka rysowników (Steve Dillon, Marcelo Frusin i Leonardo Manco), w którym Carey szykuje dla Constantine’a chyba najbardziej mroczne wyzwanie, przed jakim kiedykolwiek stał proletariacki mag. W tle mamy demonicę Rose, córkę Nergala, którego John niegdyś pokonał oraz układ, który będzie kosztował naszego bohatera więcej, niż mógłby sobie on wyobrazić. Od  tego momentu życie Johna zmienia się w koszmar na jawie, na którego wydaje się on nie mieć żadnego sposobu. Crey tutaj szaleje fabularnie i daje poszaleć rysownikom, choć czasem można mieć wrażenie, że za bardzo odjechał w funfowaniu demonicznego rollercoastera Johnowi i czytelnikom. W takich momentach przydają się nieco poważniejsze fragmenty, które pokazują złowieszczą moc zła i bezradność wobec niego, jak dostajemy to w jednozeszytowym “Horyzoncie zdarzeń”. Ta historia pozwala uświadomić sobie, jak niebezpieczne jest zajęcie, którym para się John – wystarczy bowiem zajrzeć do jego rekwizytorni  beztrosko dokonać kilku złych wyborów, by uwolnić krążące po Londynie, ziszczające się koszmary. Jest strasznie, choć ten strach co i rusz wkracza w rejony groteski, bo i groteskowe są trzy podmioty diabelskie( no dobra, nie tylko diabelskie) , które aktualnie uprzykrzają COnstantinowi życie.

I choć John jest tutaj nieustannie rozjeżdżany, to jednak seria wciąż pozostaje kozacką rozpierduchą, ale tym razem za sprawa kobiet, które krążą wokół Constantine’a i w pewien sposób przejmują jego rolę. Angie, a szczególnie Gemma Masters w “Powodach do radości” pokazuje, że jest wata swego wuja i ma wszelkie predyspozycje, by osiągnąć w przyszłości to, co dotąd osiągnął Constantine. Czyli właściwie, co? 

Z jednej strony to coraz łatwiejsza odpowiedz,  z drugiej coraz trudniejsza. Poznaliśmy już większośc spośród pierwszych dwustu kilku zeszytów serii (nie znamy paru pojedynczych, a cała seria ma trzysta zeszytów) i wyłania się przed nami obraz aroganckiego dupka i cwaniaka, który teoretycznie walczy ze złem, tyle że po trupach. Gdy dzieje się coś złego John po prostu nie odpuszcza, szkopuł w tym, że większość problemów stwarza on sam, a podczas ich pokonywania cierpią bliskie mu osoby. Czy on sam cierpi? Czy chciałby prowadzić inne życie? 

Próbował, ale nigdy mu się to nie udawało, bo zawsze na drodze stawało jakieś paskudztwo, które musiał zdezintegrować, a w walce z paskudztwem sam przecież musisz się zapaskudzić. W pewnym monecie staje się to grą w to, kto jest bardziej pomysłowym sukinsynem i tak właśnie funkcjonuje Constantine. Tyle, że wciąż go lubimy, wciąż mu kibicujemy, wciąż go żałujemy, choć powinniśmy żałować tych innych. Scenarzyście udało się wręcz pogłębić tę relację między bohaterem a czytelnikiem, bo wciąż wierzymy, że mimo wszystko Constantine ma dobre intencje i działa na ich rzecz, po drodze używając brudnych sztuczek i cholernie wrednej magii. A takie połączenie po prostu działa na czytelnicze emocje. I takiego właśnie, emocjonalnego dalszego ciągu powinniśmy spodziewać się w trzecim tomie opowieści ze scenariuszem Mike’a Careya.

Hellblazer. Mike Carey, tom 2

Nasza ocena: - 75%

75%

Scenariusz: Mike Carey. Rysunki: Marcelo Frusin i inni. Tłumaczenie: Jacek Żuławnik

User Rating: Be the first one !

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

RIP, tom 3: Ahmed. We właściwym miejscu o niewłaściwej porze – władca much [recenzja]

Trzeci tom serii “RIP” to komiks dla ludzi o mocnych…żołądkach. W przypadku tego tytułu to …

Leave a Reply