Gorący temat

Jim Cutlass, tom 2 – western na kwasie [recenzja]

W pierwszym tomie “Jma Cutlassa” twórcy skupili się na komplikowaniu życia tytułowemu bohaterowi. W drugim skupili się na komplikowaniu wydawałoby się prostej fabuły.

Kończąc lekturę “Jima Cutlassa” w pierwszych chwilach brakuje słów na opisanie i podsumowanie tego, co wydarzyło się w drugim tomie zbiorczego wydania tej westernowej przygody wymyślonej przez  Jeana Girauda i Christiana Rossiego. Owszem, mamy tu cudną westernową okładkę, która nijak nie pasuje do tego co właśnie przeczytaliśmy, choć ma w sobie coś prawdziwie archetypicznego dla tego gatunku. Oto trójka jeźdźców podąża przez bagnisty, grząski teren a za nimi albo wstaje dzień i całą przestrzeń wypełnia blask słońca albo zostawiają za sobą płonącą przeszłość. Tu wszystko może się jeszcze wydarzyć albo wszystko już się wydarzyło i czas na powrót do domu. A pod słowem wszystko, naprawdę możemy rozumieć wszystko, co tylko przyjdzie Giraudowi do głowy, zwłaszcza że pisząc tę historię był chyba bardziej Moebiusem

Druga część “Jima Cutlassa” to rodzaj westernowego tripu, który ma w głębokim poważaniu wszelkie zasady gatunku, ale zarazem hojnie z nich korzysta. Podczas gdy w pierwszym tomie całość była jeszcze trzymana w ryzach i kolejne przygody Cutlassa wynikały z poprzednich, nawet jeśli w dużym stopniu wydawać się mogły niewiarygodne, tak w drugim tomie Jean Giraud totalnie popłynął, jakby zapatrzony na osiągnięcia w tej dziedzinie swojego stałego współpracownika, czyli Alejandro Jodorowsky’ego. 

W scenopisarstwie Girauda jest jednak coś nieoczywistego, ślizganie się po różnych konwencjach i mniejsza dosłowność i dosadność niektórych rozwiązań fabularnych i narracyjnych. Jeśli ten komiks można porównać do innej konkretnej lektury, to nasuwają się skojarzenia z niedawno wydanym po polsku “Perramusem”, szczególnie w sposobie prowadzenia narracji. A takie porównanie sprawia, że czytelnicy oczekujący fabuły bardziej w stylu klasycznego westernu, czy po prostu “Blueberry’ego”, mogą skutecznie odbić się od “Jima Cutlassa”.

Tu nie ma sensu rozwodzić się nad fabułą drugiego tomu, bo w zasadzie trudno w niej odróżnić sen od jawy. Giraud przy pomocy rekwizytów rodem z opowieści niesamowitych, przywołując do życia hordy zombie ożywione przy pomocy wudu zagląda w krwawą przeszłość Południa zbudowaną na barkach niewolników, ale też jakimś sposobem zagląda w przyszłość, prorokując podniesienie głów przez czarnoskórych mieszkańców Ameryki. Dorzuca do tego oczywiście Ku Klux Klan, którego obrzędy  mieliśmy okazję podglądać w końcówce poprzedniego tomu, po czym wysyła zakapturzonych Południowców na wyspę pośrodku bagien, na której wiedzie żywot tajemniczy Biały Aligator. 

Gdzieś w tym całym zamieszaniu Cutlass zbyt często znika, tak samo jak za bardzo zniknęła z fabuły tak dla niej istotna Carolyn, ale w drugim tomie twórcy mieli najwyraźniej inne priorytety. Piękna jest tu incalowa okładka czwarte części komiksu, która w większym stopniu wyraża treść i formę niniejszego tomu, niż ta ostatecznie użyta.  I rzeczywiście – już w poprzednim wydaniu zbiorczym podejrzewaliśmy że Cutlass jest nowym wcieleniem Feralnego Majora, a w niniejszym wydaniu staje się jakby połączeniem Majora i Johna Difoola z “Incala”. Bohaterem, który zawsze daje się porwać przez nurt wydarzeń, nie myśląc ani przez chwilę, że mogą być one dla niego wybitnie wręcz niefortunne.

O to właśnie chodzi w “Jimie Cutlassie”. To jednocześnie western i nie western, prawda i fałsz, sen i jawa. W tę dziką przygodę porywają nas klasycznie przygodowe choć mocno wsparte onirycznymi elementami rysunki Rossiego, który musiał być przeszczęśliwy, że może robić przy tym tytule co tylko zechce. Może być zarówno na poważnie, jak i niepoważnie, choć szala z czasem przechyla się jednak w tę niepoważną stronę rzeczywistości świata przedstawionego, w której Cutlass-Difool-Major czuje się jak ryba w wodzie. Tej niepowagi doświadcza całkiem poważny i zaradny detektyw z Agencji Pinkertona, który pojawia się w fabule i dostaje zadanie schwytania Cutlassa. Od pierwszych kadrów z jego udziałem zostaje wplątany w wypychającą go z ram gatunku kabałę i kończy swój wątek na poszukiwania własnego konia o imieniu Betty, zamiast na poszukiwaniach Cutlassa. Perełka drugiego planu, do której Giraud co jakiś czas powraca w najmniej spodziewanych momentach, jakby trochę z nas sobie kpiąc i jednocześnie porozumiewawczo mrugając. Szukacie tu sensu, szukacie zasad? Cóż, znowu wywiodłem was na manowce. 

 

Jim Cutlass, tom 2

Nasza ocena: - 80%

80%

Scenariusz: Jean Giraud. Rysunki: Christian Rossi. Egmont 2020

User Rating: Be the first one !

Tomasz Miecznikowski

Avatar
Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

The Old Guard, tom 1: Otwarcie ognia – stara gwardia nie rdzewieje [recenzja]

Dynamiczna, a jednocześnie nostalgiczna opowieść o grupie nieśmiertelnych siepaczy. Filmowa adaptacja “The Old Guard” z …

Leave a Reply