Gorący temat

Parabella – pulpowa historia najwyższej próby [recenzja]

Gdyby  ad hoc uznać nowe słuchowisko Pawła Matuszka za historię czysto pulpową, byłoby to niewątpliwie dla „Parabelli” krzywdzące. I choć sam przymiotnik „pulpowy” nabrał, względem oryginalnego znaczenia, zupełnie nowego wydźwięku i wszedł do powszechnego użytku w owej zmodyfikowanej formie znaczeniowej, to jednak wg niej „pulpowy” oznacza dzieło tandetne, tanie i nie wymagające zbyt wiele od odbiorcy. A „Parabella” zdecydowanie taka nie jest.

Oryginalnie literaturę pulpową wydawano jako 128-stronicowe magazyny, na papierze gorszej jakości, a tematyka oscylowała głównie wokół takich gatunków jak fantastyka i horror. Ich największa popularność przypadła na okres między latami 20-tymi, a 50-tymi i dopiero deficyty papieru spowodowane II wojną światową wymusiły zmianę kierunku i powolny schyłek tego formatu, zastępowanego przez rosnącą popularność komiksów oraz książek w miękkich oprawach, (paperback). Synonim „pulpowy” odnosił się nie tylko do formy, ale – jak wspomniałem – także treści, bowiem powszechnie uznawano, że proza publikowana w tego typu magazynach jest literaturą niskiej jakości, tandetną, choć o dynamicznej akcji i oddziałująca na podstawowe emocje odbiorcy w sposób bardzo bezpośredni. Obecnie mianem „literatury pulpowej” określa się (niekoniecznie zasadnie i zgodnie z definicją) prozę zorientowaną wyłącznie na tandetną, chwytliwą rozrywkę , jednak często o niskiej jakości artystycznej, by nie rzec – kiczowatą. Polską „złotą erą” tak postrzeganej pulpowej literatury były lata 90-te i okres działalności wydawniczej Phantom Press, ale też serii wydawniczych Wydawnictwa Amber – m.in. Amber Horror. Ukazywało się w tamtym czasie mnóstwo tanich wydań takich autorów, jak kultowy Guy N. Smith, Graham Masterton, Brian Lumley, Harry Adam Knight i in.. Wydania te cechowały krzykliwe, przerysowane, często niekoniecznie dopasowane do fabuły okładki, kiepskie tłumaczenia i ogólnie niska jakość edytorska, włącznie z niejednokrotnie wątpliwym poszanowaniem praw autorskich. Miało być dużo, tanio i szybko, a zarazem stanowiło głęboki oddech po czasach literackiej PRL – owskiej posuchy, kiedy poza science fiction (rodzimą lub wschodnią) nie publikowano w Polsce prawie nic (poza klasykami, choćby w ramach tzw. „białej serii” Wydawnictwa Literackiego).

I choć pozornie „Parabella” wpisuje się w podobny trend literacki – przynajmniej w zakresie fabuły – to trzeba zaznaczyć, że warsztatowo proza Matuszka wyrasta ponad typowe, „pulpowe” treści.

Jest 1944 rok, Niemcy nazistowskie dominują na frontach II wojny światowej, a to w dużej mierze dzięki starożytnym technologiom, wytworzonym przez cywilizacje, które istniały na Ziemi na długo, zanim pojawiał się na niej współczesny człowiek. Jednak jeden z oficerów Ahnenerbe – elitarnej jednostki specjalizującej się właśnie w zdobywaniu owych artefaktów dla Hitlera – kapitan Hans Keller, dokonał odkrycia, za pomocą którego zamierza zniszczyć świat. Powstrzymać go może jedynie Kurtz Manf, niemiecki oficer, dawny protegowany Kellera. Człowiek honorowy, zasadniczy i konsekwentny. Z jednej strony wierny żołnierz, z drugiej osobnik o żelaznych zasadach – niejednokrotnie stojących w sprzeczności z wewnętrznymi tarciami wśród wierchuszki Rzeszy – który dodatkowo chroniony jest przez tajemniczą „Łaskę Anubisa”… Wyruszy najpierw do Afryki, a potem w jeszcze dalsze zakątki, w celu odnalezienia Kellera i powstrzymania jego szalonego planu…

Opis fabuły zapowiada szaloną mieszankę fantastyki i powieści przygodowej i to właśnie dostajemy. Akcja pędzi do przodu bez opamiętania, Kurtz w swojej straceńczej misji pakuje się w coraz to nowe kłopoty, wpadając przysłowiowo z deszczu pod rynnę, a to wszystko w nakreślonej z rozmachem, dopracowanej wizji świata, w której mokre sny Himmlera i reszty rozmiłowanego w okultyzmie otoczenia Fuhrera spełniły się, zmieniając w sposób drastyczny bieg wojny, jaki znamy z historii. Historia prowadzi nas przez pół Europy, potem na pustynie północnej Afryki i dalej, w głąb Czarnego Lądu, a wreszcie aż w przestrzeń kosmiczną. Po drodze spotkać nam przyjdzie zbuntowane oddziały, tajemniczych Posłańców starożytnych cywilizacji, szalonych naukowców i tajnych agentów, a nawet dzikie plemiona małpoludów broniących sekrety z zamierzchłej przeszłości.

Sam Manf jest bardzo ciekawą postacią, bowiem ciężko nam jednoznacznie z nim solidaryzować – wszak należy do nazistowskiej armii i jest w jej szeregach nie tylko wysoko postawionym, ale też zaufanym człowiekiem, któremu władze Rzeszy powierzają misje szczególnej natury – jak choćby właśnie odnalezienie renegata – Kellera. Kreacja Manfa łączy w sobie cechy agenta Jamesa Bonda z Indianą Jonesem czy Allanem Quatermainem, a tym samym uosabia najlepsze cechy bohaterów powieści przygodowych. I w pewnym momencie zaczynami jego staraniom zwyczajnie kibicować – wszak broni znanego nam świata, próbuje uratować go przed zagładą, a w dodatku, w wielu momentach okazuje wręcz, że posiada sumienie – rzecz rzadko zauważalna w strukturach nazistowskiej armii.

Matuszek znakomicie rozgrywa gatunkowe klisze, łącząc je ze sobą, spajając, niejednokrotnie przetwarzając, a tym samym flirtując z czytelniczą uwagą – czy uda się odbiorcy wychwycić wszystkie intertekstualne odniesienia, ukryte starannie w powieści? Fabuła jest starannie rozplanowana i udaje się autorowi utrzymać ją w ryzach i pozostawić wciąż czytelną, mimo licznych czasowych retrospekcji, mimo gwałtownym zmian, relokacji w czasie, jak i przestrzeni, mimo miotania bohaterem (dosłownie) od jednej granicy znanego nam świata, do drugiego, a czasem nawet poza jego ramy. Nie zaskakuje to jednak, bo przecież Matuszek już wcześniej pokazał, że potrafi stworzyć zaangażowaną, znakomitą prozę fantastyczną – głęboką i wieloznaczeniową – w onirycznym, zagadkowym i niezwykle złożonym świecie „Onikromosu”. W „Parabelli” zdecydowanie podąża w kierunku fabuły lżejszej, mniej wymagającej, co jednak nadal nie czyni treści płytką. Rozmach kreacji jest typowy dla tego twórcy, więc także tutaj buduje on świat kompletny i złożony. Mimo pulpowego sztafażu, zdolny ukrywać głębię i rozmach przedstawionej wizji. To fantastyka przygodowa, pozornie balansująca na granicy kiczu, a jednocześnie czerpiąca z najlepszych tradycji fantastycznego dorobku. Matuszek, mimo, że bawi się konwencją, to jednak raczej stroni od elementów pastiszowych, rozgrywając całą historię na poważnie. I z całą pewnością potrafi zachwycić plastycznością i rozmachem zaprezentowanej wizji.

Intertekstualna, kryjąca liczne – mniej lub bardziej czytelne – odniesienia do klasycznych motywów i treści popkultury „Parabella” to przykład tego, że pulpowe dzieła mogą być znakomite i w swojej kategorii naprawdę wartościowe, jeśli tylko weźmie się za ich tworzenie uzdolniony i doświadczony twórca. Bawiłem się świetnie i z pełną odpowiedzialnością polecam ten prawie dziesięciogodzinny serial audio od Storytel Original, czytany przez świetnego Jakuba Wieczorka.

Parabella

Nasza ocena: - 85%

85%

Paweł Matuszek. Czyta Jakub Wieczorek. Storytel Original 2022

User Rating: Be the first one !

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Plama światła – wszystkie dzieci Antrovisu [recenzja]

Sięgając po „Plamę światła” nie bardzo wiedziałem, czego się spodziewać. Owszem, znam twórczość Pawła Matei …

Leave a Reply