Spadające kobiety i umykające szczegóły, czyli kwestia ceny w “Tenecie”

“Tenet”  jest na ekranach już od kilku tygodni, a my wciąż nad nim rozmyślamy. Tym razem w połączeniu z “Kwestią ceny” Zygmunta Miłoszewskiego.

Po seansie “Tenetu” chyba do każdego widza dotarło, że aby w pełni zrozumieć jego pędzącą do przodu i do tyłu fabułę, jeden seans to za mało. Znajdą się pewnie tacy widzowie, którym ten jeden seans w zupełności wystarczy, bo do nich “Tenet” nie trafił. Znajdą się też tacy, którzy na Nolana się obrazili, bo zrobił film nudny,  bez duszy i serca, który nie miał szans by być tym właśnie tytułem, który zmieni pandemiczne zasady gry i przywrócić kinową normalność. A czy ktoś w ogóle zauważył, że tym razem Christopher Nolan w fascynujący sposób poddał analizie naszą rzeczywistość?

W ostatnich wywiadach z Jackiem Dukajem przy okazji książkowego wydana “Imperium Chmur” można znaleźć jego aktualne obserwacje na temat medialnej rzeczywistości. Rządzi się ona głównie wektorem generowanych przez nią emocji, a nie dbaniem o rzetelność informacji. Jak mówi pisarz, aby zdobyć twarde, a nawet brutale dane na temat otaczającego świata trzeba sięgnąć do bardzo specjalistycznych i najczęściej płatnych serwisów A kogo z nas stać na takie fanaberie? Zwłaszcza, że głównie preferujemy utwierdzanie się we własnym mniemaniu.

“Tenet” jest bardzo często określany jako film generujący sztuczne emocje lub po prostu jako film ich pozbawiony. Być może rzeczywiście w tym tkwi problem i aby przyciągnąć widzów z powrotem do kin trzeba czegoś na miarę “Titanica”, czy “Braveheart”. Powtarzają się głosy o aktorskim szarżowaniu Kennetha Branagha, miałkości postaci granej przez Elizabeth Debicki i zmarnowaniu figury Protagonisty odgrywanego przez Johna Davida Washingtona. Zbiera pochwały głównie Robert Pattinson, ale to właśnie jego rola jest najbardziej zagadkowa (proponuję poszperać w necie za ciekawymi rewelacjami na jej temat) i mocno filmowa. Reszta postaci to jakieś sztuczne twory, symulacje wyjęte z umysłu Nolana, który tchnął w nie ekranowe życie i podładował płaskimi emocjami. 

Dlaczego zatem na seansie “Tenetu” odczuwałem coś na kształt ekscytacji i to najczęściej w momentach, kiedy fabularne i istotne szczegóły uciekały przede mną nie dając się łatwo złapać w siatkę wzajemnych, skomplikowanych powiązań? Wiem tyle, że “Tenet” obejrzę ponownie, zapewne więcej niż jeden raz i najchętniej na dużym ekranie, co jednak wykluczy możliwość zatrzymania odtwarzania w dowolnym momencie, a już marzeniem pozostanie opcja generowania komend, które przy pomocy ruchów rąk mogłyby powiększać szczegóły wybranych kadrów. Całkiem przyjemna wizja znana z wielu filmów i seriali, niestety trudna do zrealizowania, ale jednocześnie dająca pogląd na sedno nolanowskiej produkcji. 

Filmów Nolana nie oglądam wcale dla fabularnych emocji, które zapewniają mi dziesiątki innych produkcji. Filmy Nolana to swoista, wysokobudżetowa nisza, która zajmuje się myślowymi konstruktami, która poddaje analizie mechanizmy naszego postrzegania definiowane przez rzeczywistość i czas (a może po prostu przez czasoprzestrzeń). Przy takim podejściu i po przeczytaniu wywiadu z Dukajem, “Tenet” zaczął mi przypominać odpowiednik przywołanych przez Dukaja płatnych i specjalistycznych serwisów przekazujących prawdę o naszej rzeczywistości. Oczywiście, w sensie metaforycznym. 

Nasza percepcja “Tenetu” przy pierwszym podejściu przegrywa z tempem, w którym toczy się fabuła filmu. Widzimy zarys układanki, ale nie widzimy jej w całości. Analizować musimy w przód i wstecz strzałki czasu, by udało nam się złożyć pełny obraz. Szczegóły w czasie pierwszego seansu umykają jak spłoszone zające i z ogarnięciem całości nie dajemy rady. Fascynujące jest to, że poruszając się w przód i potem w tył Nolan opowiada nam tę samą historię, tyle że podczas pierwszej godziny nie byliśmy w posiadaniu danych, które otrzymujemy podczas drugiej. Niektóre zresztą będziemy musieli pozyskać we własnym zakresie, a dotyczą one otwierającej film sceny ataku terrorystycznego w operze, ponieważ do tego momentu fabuła się nie cofa, a przecież już podczas tej sekwencji Nolan uruchamia filmowy mechanizm dekoncentracji naszej percepcji. 

O czym jest “Tenet” można zatem zastąpić pytaniem czym jest “Tenet”. Tenet jest tym, co nam umyka i co odpuszczamy na własne życzenie. Nie mamy już sił ani ochoty na dogłębny research rzeczywistości, na przesiew danych, na próbę stworzenia obiektywnego obrazu tego, co nas otacza. Nie dokonujemy analizy, bo jest ona czasochłonna (“Tenet” należy obejrzeć więcej niż raz), nie mamy ochoty na bawienie się w powiązywanie szczegółów, powiązywanie faktów zwłaszcza, jeśli trzeba się jeszcze cofać w czasie, by obraz uzyskał pełnię. Interesuje nas tylko tu i teraz oraz modelowanie teraźniejszości zgodnej z naszym punktem widzenia wypływającym z tu i teraz. Wystarczy obejrzeć serwisy informacyjne wszystkich większych stacji telewizyjnych. Jesteśmy tu i teraz. Mówiąc bardziej dosadnie – jesteśmy w dupie. 

Symboliczną cezurę dla tego właśnie miejsca i stanu wyznaczył w powieściowej “Kwestii ceny” Zygmunt Miłoszewski. Dawno nie dane mi było widzieć tak znakomicie dobranej do fabularnego konceptu i samego tytułu okładkowej grafiki. Widzimy na niej zawieszoną w powietrzu, sylwetkę spadającej kobiety, która mimowolnie kojarzy się ze wspomnianym najpierw w fabule, a potem już obejrzanym w “Tenecie” skokiem do wody. 

Dla “Kwestii ceny” ów okładkowy upadek to moment przełomowy, dla “Tenetu” na pewno jeden z najbardziej istotnych. Miłoszewski w tym symbolicznym obrazku uchwycił pokłosie konfliktu między mechanizmem generowania i sterowania  emocjami, a zdroworozsądkowym, można dopowiedzieć, że naukowo-racjonalnym podejściem do rzeczywistości. W obydwu dziełach chodzi zresztą o ocalenie świata (czytaj ludzkości) przed zagładą. U Miłoszewskiego jest to o tyle istotne, że chodzi o ocalenie właśnie za pomocą częściowej zagłady, co jest zresztą dość modnym w popkulturze motywem (serial “Utopia”, czy “Dwanaście małp” Gilliama). Miłoszewski musi jednak grać zgodnie z regułami gatunku, bo przecież to właśnie literatura popularna jest właściwym miejscem dla generowania emocji. Dlatego też  wygrywają u niego kierowani emocjami bohaterowie, choć lektura pozostawia w nas uzasadnione wątpliwości co do tej wygranej, na której kładzie się cieniem zaskakująca  definicja opiewanego przez sztukę humanizmu, który jest tu opisany jako tocząca ludzkość irracjonalna zaraza indywidualizmu. 

Nolan w “Tenecie” poszedł podobną fabularną drogą (ostatecznie znowu poszło o kobietę) i gdyby był zrealizowany w bardziej przystępny sposób, mógłby wygenerować emocje porównywalne do tych z “Kwestii ceny”. Jednak to u Miłoszewskiego ów tytułowy dylemat jest zarysowany bardziej wyraziście. Co istotne w innej sferze to fakt, że obydwa dzieła zmuszają nas do analizy otaczającej nas rzeczywistości. Miłoszewski, przemycając do powieści część swoich poglądów nakłania nas do tegoż analizowania wprost, w poruszający sposób opisując stawkę, którą jest nasza przyszłość. Nolan natomiast przemawia do nas w sposób zawoalowany, nie grzmiąc i nie strasząc, tylko proponując rodzaj umysłowego ćwiczenia, które może stanowić wstęp do pogłębionej analizy.

Sprawdź gdzie kupić:

Na seansie “Tenetu” widz czuje się zagubiony w wykreowanej przez Nolana rzeczywistości, ponieważ taka właśnie jest globalna rzeczywistość – skomplikowana i niełatwa do ogarnięcia. Morał zaś z tego taki, że właśnie to – umysłowe ćwiczenia –  są nam w naszej udręczonej skrajnymi emocjami codzienności niezwykle potrzebne.  Bez analizy i polegając jedynie na sprzedawanych nam emocjach, które coraz częściej wygrywają z racjonalnym podejściem do rzeczywistości, po prostu polegniemy. Próbujmy zatem odnaleźć poczucie normalności w świecie, który dawno przestał  być normalny. Bo tym właśnie jest kwestia ceny w “Tenecie” – naszą normalnością pożeraną przez chaos współczesności. Ten emocjonalny chaos, podpowiada Nolan, można próbować poskromić.  W przypadku filmu wystarczy poustawiać we właściwy sposób rozsypane, fabularne klocki. W prawdziwym życiu jest do zrobienia dużo więcej.

© Warner Bros. Entertainment Polska Sp. z o. o. / Wydawnictwo W.A.B.

Tomasz Miecznikowski

Avatar
Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

Godzilla w komiksowym kadrze

Godzilla to nie tylko kinowe filmy. To także dochodowa licencja, która rozprzestrzeniła się na przemysł …

Leave a Reply