Gorący temat

Zadzwoń do Saula, sezon 6, część pierwsza – igraszki z diabłem [recenzja]

Bardzo długo musieliśmy czekać na ostatnią odsłonę prequela “Breaking Bad”, a kiedy już wyczekiwany, szósty sezon się pojawił, to i tak na ostateczną, finałową rozgrywkę musimy jeszcze chwilę poczekać. A jest na co czekać, bo te pierwsze siedem odcinków po raz kolejny potwierdziło, że opowieść o sympatycznym prawniku-krętaczu jest jedną z najlepszych w ostatnich latach spośród wszystkich serialowych produkcji.

Wielu widzów czeka i wciąż nie może się doczekać pojawienia się w “Better Call Saul” pary Walter White i Jesse Pinkman. Być może zobaczymy ich dosłownie w ostatnim odcinku, ale przez te wszystkie lata od 2015 roku, serial o Saulu Goodmanie, a w zasadzie o Jimmym McGillu stał się w pełni autonomiczną opowieścią, mimo że występuje w niej mnóstwo postaci znanych z “Breaking Bad”, na czele z Gustavo Fringiem. W zamian dostaliśmy kompletną opowieść o wygadanym prawniku z kreacją Boba Odenkirka chyba nawet pełniejszą niż ta Bryana Cranstona, o którego przemiana Waltera White’a w Heisenberga była znacznie szybsza niż przemiana McGilla w Saula Goodmana. W szóstym sezonie wciąż jesteśmy daleko od miejsca, w którym Saul był w “Breaking Bad”, a co więcej nadal zachodzimy w głowę, co takiego wydarzy się z postaciami, które w serialowym poprzedniku w ogóle się nie pojawiły.

Teoretycznie odpowiedź jest prosta – Kim Walker, Lalo Salamanka, Howard Hamlin, Nacho i inni nie pojawili się w “Breaking Bad”, bo tego czasu ci bohaterowie zapewne zdążyli opuścić ziemski padół. W przypadku części z wyżej wymienionych, cóż, wiemy już na czym stoimy. Co się stało z bratem Saula, Chuckiem McGillem wiemy już od dawna, a pierwsze trzy sezony kręciły się wokół tej właśnie relacji, nie mniej fascynującej niż ta między Walterem i Jessem. Jednak niewiedza dotycząca przede wszystkim losu Kim Walker (świetna Rhea Seehorn), pierwszoplanowej kobiecej postaci w serialu i to do tego tak ważnej w życiu głównego  bohatera ma w sobie coś z tortury, bo po prostu tak polubiliśmy tę rezolutną i co ciekawe, niezwykle psychologicznie skomplikowaną bohaterkę. No i jest jeszcze Lalo Salamanca, ale o nim pozwólcie, że za chwilę. 

W “Breaking Bad” Vince Gilligan stworzył precyzyjny mikrokosmos, rządzący się własną logiką. Historia o chorującym na raka nauczycielu chemii, który zostaje mózgiem wielkiego, przestępczego przedsięwzięcia była jedną z najbardziej zadziwiających mieszanek w historii telewizji. Można w niej było znaleźć dramat rodzinny, komedię pomyłek i przypadków, kino amoralnego niepokoju, westernowe zagrywki i co najważniejsze – kawał wyśmienitej rozrywki. Dużo, a pewnie nie wszystko wymieniłem. Urzekała poetyka absurdu, szczególnie w mistrzowskim użyciu ścieżki dźwiękowej, ale i w scenkach rodzajowych. Widok klientów w poczekalni kiczowatej kancelarii Saula Goodmana przywoływał reminiscencje z filmów Barei.

 Otóż to – polski widz mógł się w scenerii “Breaking Bad” odnaleźć bez problemu. “Zadzwoń do Saula” dał twórcom jeszcze większe pole do popisu, szczególnie w pogłębieniu portretów dobrze znanych postaci i relacji między nimi. Taką jest choćby ta między Gustavo Fringiem a Hectorem Salamancą, która okazuje mieć znacznie głębsze podłoże, niż mogłoby się wydawać i jest jeszcze bardziej pasjonująca, zwłaszcza że znamy jej wybuchowy finał. W każdym sezonie “Zadzwoń do Saula” widzimy jej kolejne, mrożące krew w żyłach etapy z punktem kulminacyjnym w trzecim odcinku niniejszego sezonu, w niezwykle emocjonalnym domknięciu wątku Nacho. Tak się jakoś składało i w Breaking Bad”, i w “Zadzwoń do Saula”, że co jakiś czas wpadał odcinek, który był po prostu  formalnym  i emocjonalnym majstersztykiem, a w tym sezonie, jak na razie mieliśmy takie dwa. Trzeci oraz siódmy.

Poprzedni sezon zakończył się atakiem na hacjendę Lalo Salamanki, który cudem uniknął śmierci. Przez krótki czas Fring, Mike, a także Kim i Saul są przeświadczeni o jego śmieci, ale Lalo wraca niczym zły duch pokazując, kogo tak naprawdę najbardziej na swojej drodze obawiał się Fring. Lalo, bohater grany ze swadą przez Tony’ego Daltona to kolejny w galerii czarnych charakterów z pierwszej ligi wykreowanych przez Vince’a Gilligana, który  dołączył do schludnego Fringa, nie ukazującego emocji Todda, czy po prostu Waltera White’a. I kolejny, który elektryzuje swoimi przymiotami  – z początku, te dwa sezony wcześniej wydawało nam się, że jest to zwykły pionek do szybkiego zbicia, tymczasem ów pionek to prawdziwy diabeł ukryty za czarującym sposobem bycia i  bezpośredniością, taki który zabija z uśmiechem na ustach. Piekielnie przebiegły, o czym przekonują się kolejni bohaterowie, którzy mieli z nim do czynienia, na czel z Kim i Saulem, którzy myśleli, że już na zawsze zniknął z ich życia. 

Kim i Saul w tym czasie zajęci są swoją własną rozgrywką, której obiektem stał się Howard Hamlin. Nie jest to może postać z którą sympatyzujemy, ale Saul i Kim przekraczają pewną moralną granicę w przygotowaniu przekrętu, który ma zdyskredytować Howarda w oczach współpracowników. Finałowy przekręt to prawdziwy majstersztyk, dopracowany w każdym szczególe, a nawet w ostatnie fazie z niezależnych przyczyn improwizowany. Natomiast w kontrapunkcie mamy na spokojnie planowany ruchy Lalo, który wrócił z Niemiec (!) i już wie, co takiego ukrywa Fring. Kim i Saul w tym czasie prowadzą swoją grę, ale w finale okazuje się, że tak naprawdę były to igraszki z diabłem, który choć tak jak Marek Kondrat w pamiętnym spektaklu Teatru Telewizji nosi wąsy, to w tym serialu jest diabłem z prawdziwego zdarzenia. Takim, który potrafi wywołać u grzeszników przerażenie, jak w genialnej, ostatniej sekwencji finałowego odcinka pierwszej odsłony szóstego sezonu. Koniec igraszek, drogi Saulu i droga Kim, właśnie przekroczyliście nieprzekraczalną granicę. Czas by za to zapłacić, choć jak naprawdę będzie, dowiemy się dopiero za kilka miesięcy. 

Zadzwoń do Saula, sezon szósty, część pierwsza

Nasza ocena: - 90%

90%

Twórcy: Vince Gilligan. Występują: Bob Odenkirk, Rhea Seehorn, Jonathan Banks i inni. AMC 2022

User Rating: Be the first one !

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

Miasto jest nasze – w poczuciu bezradności [recenzja]

Filmowa ekipa odpowiedzialna kiedyś za “Prawo ulicy” wróciła do Baltimore. Efekt znowu jest świetny, choć …

Leave a Reply