Gorący temat

Punisher Epic Collection. Krąg krwi – rozpoznanie terenu [recenzja]

Na okładce tomu pierwszego “Punisher Epic Collection” Frank Castle jakoś mało przypomina wersję marvelowskiego bohatera, którą znamy z serii “Punisher Max”, czy “Marvel Knights. Punisher”. Co wcale nie znaczy, że niniejsza wersja jest gorsza bądź uboższa. Wręcz przeciwnie.

Punisher to z pewnością jeden z ulubionych bohaterów ze stajni Marvela. W Polsce ma już dość solidną historię wydawniczą – pojawiał się regularnie w ramach TM Semic, potem Mandragora wydała początek runu Gartha Ennisa, serię ‘Born” i wreszcie“Punisher. Essential”, który zbierał pierwsze przygody Franka Castle’a od debiutu w serii “Amazing Spider-Man”. Essential zawierał również serię Punisher 1-5 z 1986 roku z rysunkami Mike’a Zecka i scenariuszem Stevena Granta, czyli z pierwszymi solowymi przygodami bohatera. I właśnie od tej historii, która zaczyna się podczas pobytu Castle’a w więzieniu rozpoczyna się egmontowski Epic Collection. 

Jak pamiętamy, 1986 rok to czas szczególny w historii komiksu superbohaterskiego. To wtedy ukazali się “Strażnicy” i “Powrót Mrocznego rycerza”, mroczne historie które zmieniły oblicze obrazkowego medium. W ten trend wpisuje się również solowy “Punisher”, z historią w której twórcy nie biorą jeńców i z wyczuciem tworzą mroczną fabułę. Po latach występów u boku innych superbohaterów Frank Castle wkracza na własną, naznaczoną zniszczeniem ścieżkę, która stworzy jednego z najbardziej wyrazistych komiksowych bohatera. A my mamy okazję sprawdzić, jak przebiegała jego ewolucja – bo przecież Frank Castle Gartha Ennisa i Steva Dillona to już całkiem inna osoba (czy raczej legenda) niż ta, z którą obcujemy w Epic Collection. I bynajmniej nie chodzi tylko o jej wygląd. 

W pierwszym, podwójnym zeszycie “Punishera” spotykamy między innymi dobrze znanego  fanom bohatera Jigsawa i z niejakim zdumieniem konstatujemy, że Castle wcale nie jawi się jeszcze jako niepowstrzymana zabójcza maszyna, tylko ktoś, komu zdarza się pójść na układ. W ten właśnie sposób ocala w więzieniu skórę i jeszcze godzi się na współpracę z tajemniczą grupą zwaną “Zaufanymi”, która już wcześniej była pod wrażeniem jego działalności. To dzięki Zaufanym nasz bohater opuszcza więzienie i potem rozpoczyna już polowanie na nowojorskich mafiosów. 

Nie zobaczymy tu jednak jatki w stylu znanym z “Punisher Max”, tylko solidne planowanie akcji na miarę możliwości jednej osoby, której jeszcze nie raz powinie się noga. I właśnie ten rodzaj brutalnego realizmu, który dotyka także Franka Castle jest tym co robi różnice. Choć rysunkowo mamy tu kreskę i kolorystykę, którą znamy z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, czyli solidny oldskul, który powinien zinfantylizować tę historię, to jednak scenariusz się broni.. Jest ponuro, jest ciekawie, jest walka o schedę po Kingpinie, mamy nawet fascynującą femme fatale w postaci Angeli, a rozpracowywanie złoczyńców to wcale nie bułka z masłem, choć sam tytuł tej historii, czyli “Krąg krwi” w widoczny sposób naznacza całą przyszłość bohatera. 

Za dalsze historie w tym tomie scenariuszowo odpowiada Mike Baron i w jego wykonaniu dostajemy fascynujący przegląd zmagań Punishera z przeciwnikami (bądź organizacjami) przeróżnej maści – może to być sekta, może to być organizacja byłych wojskowych, mogą to być zwykli gangsterzy, ale też arabscy terroryści. Widzimy tu wyraźnie eksplorowanie możliwości, jakie daje postać samotnego mściciela, rodzaj rozpoznania terenu, choć akurat w tym przypadku nie aż tak samotnego. Castle ma bowiem pomocnika, speca od zaopatrzenia wojskowego w osobie Microchipa oraz jego syna hakera, który z czasem aż za bardzo angażuje się w toczoną przez Punishera wojnę. 

Sam Castle, co ciekawe to nie jakiś ponury typ, który ma na wszystko wywalone, tylko sprawny taktyk i manipulator potrafiący przyjąć inną tożsamość, który jednak często w tych zeszytach pokazuje swoją bardziej ludzką twarz. Jeszcze nie tak cyniczny, jeszcze nie tak zabójczy w stylu “po trupach do celu,” tylko fachowiec, któremu zdarza się popełnić błędy w rozpoznaniu. Oczywiście, że masakruje swoich przeciwników, ale jeszcze bez tego straceńczego zapału, który znamy z “Punishera. Max”. Zresztą u takich tuzów graficznych jak Klaus Janson, czy Whilce Portacio raczej nie zobaczylibyśmy radosnych masakr w stylu Dillona – to wciąż oldskul z zasadami i takim jeszcze przez jakiś czas pozostawał

Z czasem w serii pojawia się również Daredevil, który zamierza powstrzymać Punishera przed jego krwawą vendettę. Dzięki temu wątkowi mamy starcie obydwu bohaterów, do którego najpewniej nawiązał kilkanaście lat później w serii “Witaj ponownie, Frank” Garth Ennis. Jednak u niego wyglądało to zupełnie inaczej i można powiedzieć, że właśnie to jego historia jest swoistą cezurą w  rozwoju postaci Franka Castle’a.

“Punisher. Epic Collection” pokazuje nam zatem innego bohatera, niż dotychczas znaliśmy z wydań Egmontu. To w ogóle dziwne zestawienie, bo te historie są z jednej strony realistyczne i przyziemne, ale wciąż mocno komiksowe, w sensie że w pewnych momentach wzbudzają dysonans między realizmem, a wiarygodnością przedstawianych wydarzeń. Twórcy nie raz muszą tu stanąć w rozkroku między wymaganiami medium w ówczesnych czasach, a chęcią opowiedzenia dojrzałej historii, ale to właśnie jest w nich fascynujące. Dobrym szukaniem takiego balansu jest ostatnia opowieść w tomie “Punisher. Gildia zabójców” – już inna rysunkowo, bardziej można rzec, że nowoczesna, także pod względem kolorystyki, z ciekawym fabularnym pomysłem poszerzającym świat z otoczenia Punishera. To widowiskowa historia eksplorująca nieco przegięte scenariuszowo pomysły, które w przyszłości staną się znakiem rozpoznawczym w historiach z Punisherem.  Całe “Epic Collection” też jest na swój sposób widowiskowe, niczym filmy sensacyjne z tego okresu, ma podobny klimat i powinno trafić do czytelników, którzy lubują się w takiej estetyce. Bardzo porządny zbiór, który rodzi apetyt na więcej. 

Punisher Epic Collection. Krąg krwi

Nasza ocena: - 80%

80%

Scenariusz: Steven Grant i inni. Rysunki: Mike Zeck i inni. Tłumaczenie: Marek Starosta. Egmont 2022

User Rating: Be the first one !

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

Powrót pszczołojada – piękno historii ukryte w jej prostocie [recenzja]

„Powrót pszczołojada” to debiut komiksowy niezwykle utalentowanej holenderskiej twórczyni Aimee de Jongh, którą polski czytelnik …

Leave a Reply