Gorący temat

Andrzej Dunajski – potrafimy, lecz nie chcemy zobaczyć tego, co naprawdę widzimy [wywiad]

Z Andrzejem Dunajskim, dziennikarzem, poeta, pisarzem, autorem powieści “Tajemnica MINO”, wydanej przez Wydawnictwo Rzecz Gustu, rozmawiamy o poszukiwaniu, o znaczeniu słów i Słów, o emocjach i wartości pisania.

Pan spotkał MINO? Bo mam wrażenie, że cała pana książka jest o poszukiwaniu…

Trochę chyba tak, jak życie każdego z nas jest jakimś poszukiwaniem. Bez szukania, niczego nie odnajdziemy. Bez stawiania pytań, na nic nie odpowiemy. Jeśli istnieje w nas potrzeba ustalenia: skąd, dokąd i dlaczego?, w spokoju i w powolności każdy ma szansę spotkać MINO. Śmiem nawet odważnie stwierdzić, że nie ma możliwości nie spotkać MINO. Jest tylko jeden warunek, będący zresztą istotnym nie tylko dla tego spotkania. Wola.

Tajemnica MINO” jest w pewnym stopniu autobiograficzna? Opowiada o panu? To pan jest w niej narratorem?

Zwykły człowiek jest narratorem. W tym sensie, że zdarzyło mi się nosić w sobie imię z pierwszej litery alfabetu. Nie nazwałem go Adamem, bo to wprost oznacza człowieka. Andrzej jest raczej tym, który – czy tego chce, czy nie – ma jakiś wymiar rozpoczynania, a przynajmniej próby zaczęcia czegoś, co daje szansę roztropnego dojścia do końca alfabetu. Bo przecież, czy tego chcemy, czy nie, taka droga dana jest raz – i tylko raz – każdemu z nas. Od nas zależy, czy na drogę z MINO zechcemy wejść.

Pan także – jak bohater – narrator – porzucił kierat, by odnaleźć w końcu spokój? I sens?

W jakimś szerszym – choć wcale nie tak daleko szerszym – znaczeniu, kieratem korporacyjnym nazwałbym dzisiaj cały współczesny świat. Można udawać, że on wcale nie jest taki wszędobylski, ogarniający swoim cieniem całą przestrzeń ziemi, ale to nic nie da. Czy chcemy to zobaczyć, czy nie, znowu zależy wyłącznie od nas. A zatem zewnętrzne „wyjście” możliwe nie jest. „Wewnętrzne” zawsze i w każdej chwili. Potrzeba jednak innego spojrzenia. I tego właśnie dzięki człowiekowi z pierwszej litery alfabetu o imieniu Andrzej nauczyła mnie MINO.

Mocno wyczuwalny – choć nieoczywisty – jest kontekst religijny tej historii. Pan również zagubił się w życiu? Zawędrował „do piwnicy”?

Jeśli z poziomu naszego widzenia możemy coś zobaczyć, w najczęstszym spojrzeniu jest to, co „na dole” i co „u góry”, czyli pod nami i nad nami. Czasami przed nami, lecz to się szybko mija. W tym sensie każdy, znowu, czy tego chce, czy nie, ma te dwa zasadnicze pola widzenia. A w nich jest „piwnica”. Dobra wiadomość jest taka, że każdy posiada też wnętrze samego siebie i co jeszcze ważniejsze, może spotkać na swojej drodze MINO.

To historia z jednej strony bardzo skondensowana, a z drugiej kryjąca w sobie bardzo wiele „pomiędzy wierszami”. Trudno było się tak otworzyć, uzewnętrznić?

Jeśli na serio chcemy traktować siebie jako ludzi stawiających ważne pytania, na serio powinniśmy być prawdziwi zarówno wobec siebie, jak też, a może przede wszystkim wobec innych. Nie da się opowiedzieć żadnej historii w prawdzie, o ile nie jest ona prawdziwa. Jednocześnie swoja prawda nie powinna przesłaniać prawdy drugiego, jakiekolwiek te prawdy miałyby być. A jednocześnie warto, jak mi się głęboko wydaje, na tyle delikatnie bronić swojej prawdy, żeby nie ranić wolnej woli drugiego. Stąd między ludźmi, czy to w rozmowie słowem mówionym, czy w książce słowem spisanym, zawsze będzie istniało to „między wierszami”.

Miejsce akcji „Tajemnicy MINO” jest ograniczone przestrzennie do ledwie dwóch lokalizacji – mieszkania bohatera i nadmorskiej plaży. A czas to zaledwie tydzień. Łatwo było Panu utrzymać postać w ryzach? Nie dać mu zawędrować dalej, przynajmniej fizycznie?

I tak. I nie. Łatwo i niełatwo było utrzymać bohaterów w ryzach przestrzeni. Łatwo, ponieważ większość naszego istnienia zależy od naszego wnętrza, więc zewnętrze posiada mniejsze znaczenie. Nawet, jeśli mijamy w podróżach tysiące kilometrów, nasze wnętrze pozostaje nienaruszone. To trochę bardziej tłumaczy delikatność, o której wspominałem w poprzedniej odpowiedzi na pytanie. Nie, bo zawsze istnieją pokusy, żeby przekroczyć te granice. Nawet, jeśli w pokorze dojdzie się do namysłu, że akurat tych granic przekroczyć się nie da, co w istocie znowu pozwala w pogodzie na ułatwienie wypowiedzenia, że łatwo” – możemy usunąć, przy czym po zdaniu przed tym usuniętym, czyli: „Nie (łatwo), bo zawsze istnieją pokusy, żeby przekroczyć te granice”, trzeba dodać następujące zdanie – zamiast tego usuniętego – „Z pokusami można jednak sobie szczęśliwie poradzić”.

To historia kpiąca od emocji. O poszukiwaniu – jak już mówiliśmy – ale też o odnajdywaniu. Nie chcę zdradzać zbyt wiele z fabuły, ale czy Pana celem było nakreślenie ścieżki dla potencjalnych czytelników? By także szukali?

Zdecydowanie tak. Zdaje mi się, że nie ma innej drogi, prócz tej poszukującej. Bo nawet, jeśli ktoś bardzo uparty będzie przekonywał, że niczego poszukiwać nie musi, minie go ktoś, kroczący w drugą stronę, ale tą samą drogą i go ominie. Chodzi o to, by nie ominąć MINO. Z kolei nie do końca byłbym skłonny zgodzić się z wyrażeniem „emocje”. Dzisiaj większość spraw próbuje wytłumaczyć się przez emocje. A emocje to trochę więcej niż skrajność, która gromadzi wielkie ryzyko. Spadnięcia z drogi w przepaść. Zdecydowanie preferuję spokój. Bo tam, gdzie spokój, tam nie będą nas prowadzić w przepaść emocje. Gdyby jednak ktoś próbował dzielić emocje na: „dobre”, lub „złe”, i tutaj zalecałbym roztropność w rozumieniu i widzeniu. Emocje, to emocje. Spokój, to spokój. Bardzo pięknie tłumaczy to MINO.

Słowa”, czy „słowa”? Nadaje Pan określnikom większy ciężar, przez ich zapis dużą literą. Ma im to nadać większą moc znaczeniową? Moc sprawczą?

Tak jest w istocie. Zapiszmy choćby jedno z piękniejszych słów, jakie przychodzi mi teraz na myśl: „Mama”. Gdybym zapisał je tak: ”mama”, nadałbym mniejsze znaczenie Mamie. Dotyczy to równie ważnych innych „Słów” i „słów”, a także myśli i spraw będących poza tymi myślami. To, że nie myślimy o czymś, albo czegoś nie widzimy nie oznacza, że nie istnieje.

Wracając do religijnych odniesień. Wierzy Pan, że każdy może na swojej drodze spotkać taką przewodniczkę, jak MINO?

Nie tylko może spotkać. Każdy spotka, jeśli zechce uwierzyć w to, że spotka. Bez wiary w spotkanie, nie ma szans. Bo nawet, jak spotka, nie uwierzy, że spotkał. Bez wiary w spotkanie, napotkana MINO zostanie ominięta. Nawet, jeśli pomoże komuś przerwać koszmarny sen. Obudzony przez MINO mogłem przecież podziękować, wstać i odejść z plaży, zostawiwszy Ją poza swoim widzeniem.

Jej niepełnosprawność (jest niewidoma) okazuje się nie być przeszkodą. Wręcz przeciwnie – daje jej możliwość zobaczyć więcej. To – mam wrażenie – oczywista alegoria. Patrzymy, ale nie potrafimy widzieć, tak naprawdę?

Powiedziałbym, że potrafimy, lecz nie chcemy zobaczyć tego, co naprawdę widzimy. Przed prawdą zamykamy oczy. Chcemy zobaczyć coś, co sami nazywamy prawdą, a co wcale nią najczęściej nie jest. Jednocześnie najczęściej kierujemy swoje oczy (albo one kierują za nas) tam, gdzie nie mamy szans zobaczyć więcej. Na przykład w dół, lub przed siebie. Rzadko w któryś z kierunków wschodu, czy zachodu słońca. A najrzadziej w Niebo. Odbieramy sobie coś, co mamy na przysłowiowe wyciągnięcie ręki, choć w tym kontekście powinienem powiedzieć: wyciągnięcie wzroku. MINO patrzy inaczej. Co nie znaczy, że widzi mniej.

Luc Besson w filmie „Angel-a” z 2005 roku zdaje się podążać w podobnym, co Pan w „Tajemnicy MINO” kierunku, choć czyni to banalniejszymi, podanymi nazbyt bezpośrednio sposobami. Jego bohater chce zakończyć życie w młodym wieku, pana postać to człowiek niejako u jego schyłku, który pragnie żyć, ale dopiero odkrywa, co to naprawdę znaczy. Potrafimy zrozumieć sens życia dopiero spoglądając wstecz? Ucząc się na błędach?

Moim ulubionym filmem jest „Prosta historia” Davida Lyncha. Bohater, starszy już człowiek, „przełamuje” się pod koniec swojego życia, gdzie potrafi zobaczyć istotę przebaczenia, trochę wbrew upartemu charakterowi. Jego „zobaczeniem” i drogą do tegoż przebaczenia, zachwycają się inni, i ci, w podobnym jemu wieku, i ci, dużo młodsi. Film oparty jest na faktach, więc przemawia żywy człowiek.

Nie obawia się Pan, że przekaz Pana powieści zostanie odebrany jako nazbyt banalny, oczywisty?

Odpowiedziałbym przewrotnie i odwrotnie. Ludzkie życie, mimo swojej banalności i oczywistości, skłania człowieka do poszukiwania „czegoś”, lub „Kogoś”, kto zamieniłby w niebanalne i nieoczywiste. Tymczasem to właśnie od człowieka zależy nazwanie tego, co i jak zobaczy. Jeśli w MINO ujrzy banalny i oczywisty przekaz, oznaczać będzie, że jest niebanalny i nieoczywisty. Jeżeli odwrotnie, efekt będzie podobny, tylko w drugą stronę. Najistotniejsze, że w obu przypadkach dojdzie do spotkania, które naprawdę może „przemienić” życie w coś więcej niż tylko banalne i oczywiste.

Pana proza mówi tak naprawdę o rzeczach prostych, o których niby wiemy, ale zapominamy, albo nie umiemy wcielić w życie.

Nie chcemy. Proza jest życiem. Słowo jest życiem. Człowiek życiem bywa, jeśli zostanie nazwany przez Słowo. Czy komuś się to podoba, czy nie podoba, na początku musiało być Słowo. Bez Słowa ten, który jest człowiekiem, nie byłby w stanie nazwać się człowiekiem. Słowo jest większe od widzenia. Jednak ja mniejszy jestem od MINO, więc zachęcam do zobaczenia Jej Słów, bo mądrze i pięknie tłumaczy te niby oczywiste i nieoczywiste zarazem nasze życia. Życia będące trochę tutaj i trochę Tam.

Czy to w ogóle możliwe? W biegu codzienności żyć wg takiej recepty, jaką odkrywa bohater książki? Czy to nie tak, że ona spełnia się jedynie na papierze? Nie w realnym świecie?

Możliwe. Potrzeba tylko, a czasami może aż, o czym wspominałem wcześniej, mocno uwierzyć, że nawet świat, w którym żyjemy, istnieje trochę inaczej, niż nam się wydaje, że istnieje. Potrzeba widzieć nie to, co chcemy, lecz to, co naprawdę jest. Podam banalny przykład: Lubię jeść pomidory. Zajadam się pomidorami. Czy kiedykolwiek zastanawiałem się, ile musi się wydarzyć i jak musi się wydarzyć, żebym mógł tym zajadaniem radować podniebienie? A pomidor jest wyśmiewany w grze… w „pomidora”. Radziłbym nie żartować, nie tylko z pomidorów.

Powieściowy język zdaje się mocno nie przystawać do tego, jakim pisze się prozę współczesną w Polsce. Jest mniej dosadny, mniej dosłowny i oszczędny. Krytycy przyrównują Pana zresztą do literatów francuskich, jak choćby Oliver Bourdeaut. Onieśmielają Pana takie porównania? Schlebiają Panu?

Ani jedno, ani drugie. Każdy z pisarzy posiada jakiś swój zamysł. Nie nazywałbym tego stylem. Jedno zwykłe słowo potrafi dla wielu znaczyć zupełnie inaczej. Dla wszystkich pisarzy mam ogromny szacunek, choć spośród wielu, niewielu jestem w stanie zobaczyć słowa. To niemożliwe w tak krótkim życiu, choć bardzo bym tego chciał.

Większość swojego życia był pan dziennikarzem. Teraz zmienia Pan dziennikarski fach na trud bycia literatem. A może bardziej: uzupełnia go. Bo także poetą Pan już bywał. Warto?

Słowo było przede mną i będzie po mnie, więc to znacznie więcej, niż „warto”. To „bardzo warto”! I gdybym nawet miał taką moc, nie zamieniłbym swojego imienia na żadną inną literę alfabetu.

Każdy człowiek ma choćby tę jedną, jedyną opowieść, którą winien światu opowiedzieć? Tak, jak zrobił to Pan, na podbudowie życiowych doświadczeń i przemyśleń? Każdy powinien dostać swoją szansę?

I każdy, kto o swojej woli decyduje, taką sposobność otrzymuje. O ile oczywiście tego chce. W ostatnich dwóch, może nawet trzech dekadach, widzę, że coraz więcej ludzi chce. Skoro chce, nie widzę przeszkód, by nie dawać im szansy.

A jakie są Pana literackie inspiracje? Fascynacje? Pod czyim wpływem, urokiem Pan pisze?

Ostatnia powieść powstała pod urokiem MINO. I przyznać muszę, że urok nie odchodzi. Nadal jest wyraźny i fascynujący. Gdybym miał wymieniać przeczytane książki, które zostawiły mnie w nich na dłużej niż chwilę, obawiam się, że mógłbym kogoś pominąć, bo trochę takich książek powstało. Natomiast wpływu jako takiego na samo pisanie raczej to nie miało. Zacząłem dość wcześnie pisać. Wcześniej, niż niektóre z ulubionych moich książek zostały napisane.

A kogo Pan czytuje, dla przyjemności? Preferuje Pan autorów polskich, czy obcych?

Z przyjemnością trochę jest dla mnie tak, że zdając sobie sprawę z istnienia ich wielu, wiem, iż nigdy nie doświadczę wszystkich, więc raczej jej sobie odbieram. Kiedy jednak mocno podkuszony literaturą bardzo słowem pogłębioną odmówić jej nie mogę, sięgam po Zbigniewa Herberta. Ostatnio wróciłem na chwilę do „Biesów” Dostojewskiego. W podróży pociągiem: w jedną stronę sięgnąłem do „Czterech róż dla Lucienne” Rolanda Topora, w powrotną do „Nienawiści do świata” Chantal Delsol. A już poza podróżą otworzyłem słowa Paula K. Mosera, z jego „Surowością Boga”.

Tajemnica MINO” to Pana pierwsza powieść beletrystyczna. Czy ostatnia?

Pierwsza w tym znaczeniu, że postanowiłem podzielić się Nią z innymi. Powoli, w spokoju, nadaję sens w słowach kolejnej. Czy wyjdzie w świat? Bardzo bym chciał, lecz jeszcze tego nie wiem. Zadecydują o tym słowa lub Słowa.

Mariusz Wojteczek

Rrocznik '82. Obecnie Krakus, trochę z przypadku, trochę z zasiedzenia. Redaktor portali o popkulturze, recenzent, publicysta. Współtwórca i redaktor portalu BadLoopus – W pętli popkultury. Pisze opowiadania, które dotychczas publikował m.in. w Grabarzu Polskim, Okolicy Strachu, Bramie, Histerii oraz w antologiach, jak „Słowiańskie koszmary”, „Licho nie śpi”, „City 4” i „Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Laureat czwartego miejsca w konkursie „X” na dziesięciolecie magazynu Creatio Fantastica. W 2018 wydał autorski zbiór opowiadań „Ballady morderców”. Miłośnik popkultury i dobrej muzyki, nałogowy zbieracz książek, komiksów i płyt. Zakochany bez pamięci w swojej żonie i popkulturze – w takiej właśnie kolejności.

Zobacz także

Jake Adelstein: gazety w Japonii są trochę jak yakuza [wywiad]

Z Jakiem Adelsteinem, autorem książki „Tokyo Vice” i zarazem bohaterem serialu wyprodukowanego przez HBO MAX, …

Leave a Reply