Gorący temat

Hellblazer. Mike Carey tom 1 – mrocznie i krwawo [recenzja]

Polscy fani Johna Constantine’a od dłuższego czasu mają wiele powodów do zadowolenia. Zaledwie Egmont zakończył “Hellblazera” autorstwa Jamiego Delano, już możemy cieszyć się historiami, które wyszły spod ręki Mike’a Careya. 

Mike Carey zaczął pisać “Hellblazera” od zeszytu z numerem 175 i już ta liczba powinna dać nam wyobrażenie jak bardzo jest to rozbudowana seria. Po skompletowaniu runu Careya będziemy znać już po polsku grubo ponad połowę opowieści o londyńskim magu i miejmy nadzieję, że na tym się nie skończy. Dotychczas ukazały się u nas opowieści w większości z pierwszej połowy serii Vertigo, która dociągnęła aż do trzystu zeszytów, a sam Carey stworzył ich czterdzieści jeden, plus jedną powieść graficzną “All his engines”, która prawdopodobnie znajdzie się w trzecim tomie serii ze scenariuszami tegoż autora. Czyli będzie co czytać. Ale czy sama zawartość, oceniając pierwszy tom, jest zadowalająca?

Cóż, samo nazwisko Mike Carey jest synonimem jakości. Polscy czytelnicy znają go przede wszystkim z serii  “Lucyfer”, w której dopisał po “Sandmanie” dalsze losy Gwiazdy Zarannej i spisał się znakomicie. Co ciekawe, Mike Carey jest dobrze znany również wielbicielom powieściowego horroru za sprawą serii o Feliksie Castorze, który ma w sobie mnóstwo z komiksowego Johna Constantine’a. Serię z tym bohaterem można uznać za szczytowe osiągnięcie twórcy, który wcześniej na postaci Johna COnstantine przećwiczył rózne warianty mrocznych opowieści. I te fabularne ćwiczenia możemy prześledzić teraz w pierwszym tomie jego “Hellblazera”.

Serię zbiorczych wydań “Hellblazera” w twardej okładce Egmont zaczął od runu Briana Azzarello, czyli można powiedzieć że od środka serii, kończąc na zeszycie 174, by później zaprezentować nam wcześniejsze dokonania innych scenarzystów. Run Mike Careya to bezpośrednia kontynuacja serii Azzarello. Zaczynamy od 175 zeszytu, który w dużym stopniu  przypomina nam dokonania Gartha Ennisa. Johna wraca z Ameryki do Londynu, John jest powszechnie uznawany za zmarłego, John dowiaduje się, że  jego siostrzenica Cheryl popadła w tarapaty. To trzy najważniejsze elementy w punkcie wyjścia dla serii Careya, która jak z czasem zdążymy się zorientować, jest jedną długą opowieścią wiodącą do kulminacji czekającej na nas gdzieś w kolejnych tomach. A na razie John musi sobie powoli układać elementy mrocznej łamigłówki, które pojawiają się już w pierwszych historiach z niniejszego tomu.

Wspomniałem wyżej o podobieństwie do runu Ennisa w pierwszej opowieści “Upojenie życiem”. Na pewno jest tak za sprawą rysunków Johna Dillona, który był przecież głównym współpracownikiem Ennisa w wielu jego projektach. Dillon, plus jego widowiskowa i nieco karykaturalna brutalność objawiają nam się w pełni w “Upojonych życiem”, a tym samym powrót Johna do Anglii i jego interakcje z rodziną to jak powrót na stare, dobrze znane śmieci po kontrowersyjnym, szczególnie w końcówce, runie Azzarello. 

Później jednak Dillona zastępuje widziany już wcześniej w “Hellblazer” Marcelo Frusin i jest jakbyśmy jednak cofnęli się do amerykańskiej aury z wcześniejszego runu. Frusin bowiem współpracował tam z Azzarello, a jego rysunki mocno przypominają styl Eduardo Risso, który właśnie z Azzarello stworzył jego najważniejsze dzieło, czyli “100 naboi”. Sama opowieść, pod tajemniczym tytułem “Czerwone sepulkrum” to rodzaj sensacyjnego horroru, z demonami, wybuchami i tytułowym artefaktem. John stara się w niej uratować z opresji Cheryl, nie zdaje sobie sprawę z tego, że jest tylko kartą przetargową w rozgrywce innych graczy w konfrontacji Z Constantinem, a on sam, w swoim stylu rozdaje tu karty.

Jest krwawo i intensywnie, ale chyba nie aż tak głęboko, symbolicznie, czy depresyjnie jak u Delano, czy momentami u Ennisa. Carey jakby odrzucał ciężar przeszłości Johna oraz jego różne uwikłania chcąc nam pokazać przede wszystkim maga w działaniu. Dla jednych czytelników będzie to właściwa droga, dla innych jednak trochę za mało. Pamiętajmy jednak, że Carey dopiero się rozpędza i być może chciał spróbować czegoś innego niż w w pełnym symboliki i metafizyki “Lucyferze”. 

Kolejne opowieści z tego tomu, “Czarne kwiaty” oraz “Inne światy” wypadają już inaczej, atmosfera się zagęszcza, John wciąż błąka się po omacku wypatrując źródeł nadchodzącego, enigmatycznego zagrożenia. Warte odnotowania jest pojawienie się w drugiej z wymienionych opowieści Swamp Thinga, który ma od dawna wyrobione zdanie o naszym bohaterze oraz kobieca bohaterkę przewijającą się w historiach Careya, Angie Spatchcock, która z jednej strony zafascynowana jest Johnem, z drugiej jeszcze nie zdaje sobie do końca sprawy ile może ją kosztować bliższa znajomość z londyńskim magiem.

Ostatnią opowieścią w tym tomie jest “Do szpiku kości”, w której uwaga scenarzysty jest bardziej zogniskowana Cheryl udającą się z pewnym mało sympatycznym magiem z przeszłości Johna w niebezpieczną wyprawę. I choć w tym tomie mamy takie gwiazdy rysunku jak choćby  Lee Bermejo ( w opowieści ”Czarne kwiaty”), to najbardziej zwracają uwagę minimalistyczne prace Douga Alexandra Gregory’ego i oszczędna kolorystyka Lee Loughridge w tej ostatniej, smutnej w tonie opowieści. 

W porównaniu z poprzednimi tomami na pewno sporo się zmieniło, można rzec, że mamy u Careya więcej akcji niż dywagowania i to się sprawdza, choć czytelników przyzwyczajonych do społecznego szczególnie zaangażowania u Delano i Ennisa dokonania Careya mogą nieco rozczarować. Cóż, trzeba poczekać na kontynuację, na rozwój sytuacji by w pełni docenić niniejszy run i miejmy nadzieję, że Egmont w tej kwestii nie będzie zwlekał z wydaniem kolejnych tomów.

Hellbazer. Mike Carey, tom 1

Nasza ocena: - 70%

70%

Scenariusz: Mike Carey. Rysunki: Marcelo Frusin i inni. Tłumaczenie: Jacek Żuławnik. Egmont 2022

User Rating: Be the first one !

Tomasz Miecznikowski

Filmoznawca z wykształcenia. Nałogowy pochłaniacz seriali. Kocha twórczość Stephena Kinga i wielbi geniusz Alana Moore'a. Pisał artykuły do "Nowej Fantastyki" i Instytutu Książki, jego teksty i recenzje ukazują się na portalach fantastyka.pl i naekranie.pl. Wyróżniony przez użytkowników fantastyka.pl za najlepszy tekst publicystyczny 2013 roku.

Zobacz także

Giacomo C.: Maska w mrocznej paszczy / Upadek anioła – kryminalne przygody niejakiego Casanovy [recenzja]

„Giacomo C.” to francusko – belgijska seria komiksowa, zamykająca się w piętnastu tomach i opierająca …

Leave a Reply