The Grudge: Klątwa – niekończący się jumpscare [recenzja]

Kiedy ogląda się horrory takie jak ten Nicolasa Pesce, trudno w którymś momencie uciec od refleksji nad tym co stanowi fundament prawdziwej ekranowej grozy. I jasne, każdego straszy co innego. Jedni boją się graficznej przemocy, inni wyskakujących na twarz w akompaniamencie głośnego dźwięku potworności, a są jeszcze tacy, którzy trzęsą się przy powoli budowanej atmosferze zagrożenia.

Powiedzmy to sobie wprost: żadnej z tych grup jednym filmem zadowolić się nie da. Stąd też możemy dziękować losowi, że żyjemy w czasach, kiedy opcji na wieczorny seans mamy do wyboru z każdego z tych podejść aż nadto. A jednak wciąż zdarzają się produkcje skierowane właściwie dla nikogo, pozbawione własnej tożsamości i grające w znacznej mierze na sentymentach. Znaczną większość z nich możemy też zwykle podciągnąć pod słowo „przesada”.

Fabularnie „Klątwa” AD. 2020 to pogrobowiec złotej ery azjatyckiego horroru z przełomu milleniów. Zachód wybuchł wtedy solidarną paniką na widok Sadako i Kayako, a popularność wkrótce przełożyła się na dziesiątki sequeli, remake’ów i dzieł inspirowanych, do stopnia w którym na samo określenie paranormalny horror, treść żołądka podchodziła widzom do gardła. Kilkanaście lat później, ktoś stwierdził jednak, że od zasłużonej tematyki odpoczęliśmy już wystarczająco i czas na kolejną opowieść „od początku”. Tym samym w filmie Pesce dostajemy przeniesioną na amerykański grunt historię trzech rodzin powiązanych tragicznymi wydarzeniami z przeklętym domem, a na nią wątek ogarniętego obsesją nim detektywa i najważniejszy dla całej historii motyw z nazbyt ciekawską policjantką, próbującą dotrzeć do sedna sprawy. Jest tego wszystkiego dużo, a dodatkowo scenariusz cały czas przenosi nas w przód i tył do innych linii czasowych, dzięki czemu, po nitce do kłębka odkrywamy cała tajemnicę.

Problem jak ma „The Grudge: Klątwa” sprowadza się w dużej mierze do tego, że pomysły wyglądające genialnie na kartce papieru, niekoniecznie sprawdzają się na ekranie. I tak, ciągłe przeskakiwanie między różnymi bohaterami kompletnie nie pozwala poczuć z nimi jakiejkolwiek więzi – a przecież powinno, bo każdy z nich zmaga się z ważkim, życiowym problemem. Być może nie byłoby to aż tak dojmująco zauważalne, gdyby pozostająca w centrum zagadka porażała oryginalnością, czy przynajmniej fundowała solidny twist. Gdzie tam jednak z takim zaangażowaniem twórców w materiał: kluczowe informacje znamy już na samym początku, a szczegóły w  postaci tego „jak dokładnie wyglądało czyjeś opuszczenie ziemskiego padołu” to dodatek który nie jest w stanie utrzymać naszego zaangażowania w wydarzenia na ekranie.

Ironiczne jest to, że „Klątwa” skonstruowana jest tak, jakby twórcy z kiepskiej kondycji tego fabularnego przekładańca doskonale zdawali sobie sprawę. Co można więc zrobić by wybudzać wyczerpanego seansem widza, skoro nie ma dramaturgii ani bohaterów których można się trzymać? Ano, dodać jumpscare’y. Najlepiej całe tony jumpscare’ów, tak co dwie minuty – w sam raz, żeby nawet największych fanów tego typu zabiegów zmusić do kręcenia głową z niedowierzaniem. I jasne, przy takiej ilości zdarzą się i takie, które trafią w tarczę. Siła statystyki, chciałoby się powiedzieć. Jeśli ktokolwiek łudził się jednak, że Pesce pobawi się tu w budowanie atmosfery, zostanie brutalnie wyprowadzony z błędu już w pierwszych sześćdziesięciu sekundach filmu.

„Klątwa” to więc ostatecznie film z jednej strony przekombinowany w tych miejscach, gdzie należało wykazać się zdroworozsądkową prostotą, a z drugiej zbyt przewidywalny w ogrywaniu wciąż tych samych realizacyjnych chwytów. Szkoda jedynie próbujących wycisnąć cokolwiek ze swoich postaci Andrei Riseborough i Demiana Bichira (oj nie ma chłop szczęścia do filmów grozy ostatnimi laty), niezłej, brudnej scenografii i poczucia beznadziei, a wreszcie i zaskakująco licznych, praktycznych efektów gore – bo wszystkie te pozytywne aspekty toną w morzu całkowicie spudłowanego pomysłu na film. A może po prostu jego braku.

Foto © United International Pictures Sp. z o.o.

The Grudge: Klątwa

Nasza ocena: - 30%

30%

Reżyseria: Nicolas Pesce. Obsada: Andrea Riseborough, Demian Bichir, William Sadler. USA, 2020.

User Rating: Be the first one !

Maciej Bachorski

Maciej Bachorski
Pasjonat staroszkolnych horrorów science fiction w stylu "Obcego", "Cosia" czy "Ukrytego Wymiaru", rockowej/metalowej muzyki i przyzwoitej (znaczy, nie tylko single malt) whisky. Pisywał dla "Playboya", "PIXELA", czy "Wiedzy i Życia", a obecnie współpracuje z "Nową Fantastyką", "CD-Action" i "Netfilmem".

Zobacz także

Nieobliczalny – a wystarczyło przeprosić [recenzja]

Zdarzyło się wam kiedyś mieć bardzo zły dzień, taki w którym klakson samochodu za wami …

Leave a Reply